Tytułem uzupełnienia refleksji sprzed tygodnia o naszej narodowej oświacie, która wciąż stawia sobie ambitny cel wydania na świat prawdziwego patrioty-myśliciela, wypada jeszcze wspomnieć o maturze rozszerzonej z języka polskiego, o której za sprawą wyjątkowo kreatywnego tematu zrobiło się głośno w całej Polsce. Matura odbyła się tydzień temu, ale rozżalenie młodzieży i nauczycieli będzie trwać jeszcze bardzo długo. Ja rozumiem, że władze za wszelką cenę chcą zrobić z wszystkich Polaków już nie tylko zaawansowanych interpretatorów poezji (jeden z tematów na maturze na poziomie podstawowym to od lat pisemna interpretacja wiersza, a na poziomie rozszerzonym interpretacja porównawcza dwóch wierszy), ale także zaawansowanych teoretyków literatury. Rok temu w atmosferze zagrożenia pandemicznego władza zaproponowała wszystkim absolwentom rozmyślanie na doniosły z punktu widzenia problemów egzystencji temat: „Jak wprowadzenie elementów fantastycznych do utworu wpływa na przesłanie tego utworu?”. Rewelacja! Więcej takich tematów, a zapomnimy o realnym życiu.
Z kolei w tym roku postąpiono jeszcze ambitniej. Młodzież piszącą maturę na poziomie rozszerzonym z języka polskiego uraczono tekstem wybitnego uczonego Jana Błońskiego. Wyjątkowość tematu zwanego „wypowiedzią argumentacyjną” polega na tym, że młodym adeptom nauk humanistycznych proponuje się napisanie wypracowania na temat, który najpierw sami muszą sobie sformułować, ale w zgodzie z załączonym w arkuszu tekstem, zazwyczaj dosyć trudnym, nadającym się na konwersatorium uniwersyteckie na studiach polonistycznych. Zazwyczaj tekst dotyczy jakiegoś problemu z zakresu teorii literatury, mimo że maturę rozszerzoną z języka ojczystego zdają częściej przyszli studenci prawa, dziennikarstwa, psychologii, i wielu innych nauk społecznych, a najrzadziej przyszli poloniści (bo i kto dziś studiuje polonistykę?). I władza o tym na pewno wie, a jednak z wszystkich przyszłych wykonawców bardzo różnych i ważnych zawodów na siłę chce zrobić teoretyków literatury. Dlaczego?
Dlaczego w szkole od 20 lat nie może być normalnie? Dlaczego nie można przede wszystkim rozmawiać o treści dzieł, o przeróżnych problemach, jakie niesie z sobą życie, wykorzystując do tego literaturę, teatr, kino i inne sztuki? Dlaczego przede wszystkim trzeba roztrząsać nieżyciowe, wydumane problemy dotyczące formy dzieła („w jaki sposób artysta przedstawił…”)? I w tym roku młodzież dostała do zbadania taki arcyważny problem, jaką to też wielką rolę w utworze dramatycznym może odgrywać tzw. „przestrzeń”, czyli, mówiąc prościej, miejsce zdarzeń. Profesor Błoński dwoi się i troi, żeby wyróżnić przestrzeń „unaocznioną” i „współprzedstawioną”, „mikrokosmos” i „makrokosmos”, „to, co widać” i „to, czego trzeba się domyślić”. I co z tym dalej ma zrobić w stresie abiturient mający świadomość, że od tego, co zrobi, będzie zależeć jego rekrutacja na studia prawnicze, socjologiczne, dziennikarskie i inne, a nie jest jeszcze studentem polonistyki? Czyżby naprawdę władze sądziły, że od przemyślenia tak arcyważnych spraw jak „przestrzeń” w dziele literackim przez przyszłych sędziów, adwokatów, prokuratorów, biznesmenów, socjologów, politologów, psychologów ubędzie afer gospodarczych, przybędzie praworządności, wzrośnie poziom zdrowia psychicznego? Jeśli tak, to na zdrowie! Ja jednak wątpię i próbuję zrozumieć ten fenomen naszych reform edukacyjnych, w ramach których regularnie od 20 lat przesuwa się zainteresowania młodzieży z treści dzieł, czyli z poważnych problemów życia, na ich formę. Może Państwo wiedzą, dlaczego?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze