Działając na scenie od ponad 20 lat z zachowaniem - mimo zmieniających się stylów i mód - z grubsza tego samego arsenału muzyczno-tekstowych środków wyrazu oraz zadziwiającej, jak na wykonawcę z czasem coraz bardziej popularnego, wiarygodności artystycznej, Nick Cave stał się - obok Toma Waitsa czy Davida Byrne’a - jednym z symboli niezależności twórczej w świecie rządzonym przez prawa masowej sprzedaży.I to niezależności nie tylko od wymogów rynku, ale także od presji oczekiwań wieloletnich wielbicieli i krępujących stereotypów, na jakie narażony bywa każdy artysta opatrzony tak łatwo i bezmyślnie doczepianą metką: „kultowy”. Pierwsza zmiana wizerunku, towarzysząca rozpadnięciu się The Birthday Party i powstaniu grupy Nick Cave And The Bad Seeds, nie miała szans wzbudzić większych kontrowersji, bo po pierwsze wszystko działo się jeszcze w odizolowanym świecie muzycznego undergroundu, po drugie zaś ewolucja wydawała się logicznym i nieuchronnym efektem osiągnięcia przez Cave’a zarówno wystarczającej niezależności, jak i dojrzałości artystycznej. Później bardzo często nie bywało to już tak oczywiste i pozytywne, zaś artysta bywał odsądzany od kontestacyjnej czci i rockowej wiary za swoje kompromitujące status muzycznego buntownika fascynacje. Na razie jednak, wiosną 1983r. w Berlinie, muzycy pozyskani do The Bad Seeds - czyli Mick Harvey (grający wcześniej z The Birthday Party, a także w zespole Crime And The City Solution), Blixa Bargeld (z awangardowej grupy Einsturzende Neubauten) i Barry Adamson (ze znakomitego nowofalowego Magazine) - stanowili skład, który mógł budzić podziw. Już samo to, że zdecydowali się oni wesprzeć poczynania w zasadzie nieznanego, zwariowanego Australijczyka najlepiej świadczy o sile jego muzycznych wizji. Apokalipsa według św. Nicka Kiedy rok później, w maju 1984r. do sklepów trafił album „From Her To Eternity” nie było wątpliwości, że muzykom udało się wypracować niezwykle nośny styl i w zasadzie nową jakość muzycznej wypowiedzi. Otwierająca płytę upiornie zdeformowana, pełna brudu i zgiełku wersja ballady Leonarda Cohena „Avalanche” stanowiła tego stylu i jakości najlepszą reprezentację. Ekstatyczne dźwiękowe szaleństwo The Birthday Party zostało tu nasycone mroczną melancholią bluesa i gospel, elementami elektronicznej deformacji (celował w nich Bargeld, którego ambicją było granie na gitarze za pomocą możliwie najmniej kojarzących się z tą czynnością przedmiotów np. elektryczną maszynką do golenia) i wyrafinowaną, groteskowo spowolnioną rytmiką. Wydana rok później druga płyta grupy „The Firstborn Is Dead” była kolejnym krokiem w tę samą stronę, ale krokiem chyba bardziej przemyślanym, bo miejsce licznych hałaśliwych wybuchów niekontrolowanych emocji zajęła większa staranność doboru środków i konsekwencja w budowaniu nastroju, nawet jeśli nadal był to nastrój grozy i apokalipsy. Całość idealnie dopełniały teksty Cave’a wyrosłe ze starotestamentowych inspiracji, w których pod płaszczem biblijnych symboli i nieraz szokujących poetyckich metafor zawarł własne doświadczenia walki o twórczą niezależność i trudności z ułożeniem sobie życia osobistego, a szczególnie erotycznego. W całej muzyce rockowej lat 80-tych trudno o bardziej dojrzały i mocniej osadzony w wyznaczonych ramach debiut, grupa stanęła zatem przed wyborem: albo z płyty na płytę powielać wypracowaną receptę, prawdopodobnie nigdy nie dosięgając wyśrubowanego już na starcie poziomu, albo spróbować zmian, poluzować kaftan stylistycznej czystości, posmakować uroków artystycznej niekonsekwencji. Cave zdecydował się na to drugie i już od kolejnej płyty („Kicking Against The Pricks”, zawierającej przekornie same covery, nagrania wykonawców, którzy wywarli największy wpływ na twórczość artysty) jego działalność polegała na przemian - to na powrotach do wypracowanej na początku, brutalnej i hałaśliwej stylistyki (którą zdobył sobie oddane grono wielbicieli, spragnionych mocnych wrażeń), to znów na uwalnianiu się od przyprawionej „gęby” muzycznego terrorysty i skandalisty przez stopniowe rozszerzanie kręgu inspiracji o muzykę pełną coraz oszczędniej i subtelniej wyrażanych emocji (czym narażał się wśród najwierniejszych fanów na oskarżenie o zdradę ideałów muzycznej „ekstremy”). O ile na początku częstsze były powroty do źródeł, do rockowych - pełnych dźwiękowego zgiełku i tekstowej prowokacji - korzeni (albumy „Your Funeral... My Trial” z 1986r., a zwłaszcza koncertowy „Live Seeds” z 1993r.), o tyle z czasem melancholijna strona duszy muzyka coraz częściej zaczęła być górą, zaś utwory zyskiwały delikatniejszą aurę, niekiedy osiągając wręcz poetycki liryzm (począwszy od płyt „The Good Soon” z 1990r., „Henry’s Dream” z 1992 i swoiście kompromisowej pomiędzy stylistyką rockową, a już całkiem jawnie balladową „Let Love In” z 1994r.). Wydany w 1996r. album „Murder Ballads” wyznaczył chyba kolejną granicę i wyraźnie określił estetyczne wybory bez mała czterdziestoletniego Cave’a, który znalazł inspirację u wykonawców takich jak Leonard Cohen, Bob Dylan, Scott Walker czy wręcz Burt Bacharach. Promujący płytę singiel z piosenką „Where The Wild Roses Grow”, zaśpiewaną wraz z popową gwiazdką Kylie Minogue, był dla ortodoksyjnych fanów kroplą, która przelała czarę goryczy, gwoździem do trumny undergroundowej legendy. Ale dla samego artysty - jak pokazała już następna płyta, wyciszona i nastrojowa „The Boatman’s Call” - oznaczało to ostateczne uwolnienie się od stereotypu antymieszczańskiego obrazoburcy i prowokatora. Dwanaście prawie nie gniewnych piosenek Wydana właśnie nowa płyta Nicka Cave’a i The Bad Seeds o znamiennym tytule „No More Shall We Part” jest z jednej strony całkiem przekonującym potwierdzeniem konieczności takiego wyzwolenia, by w pozbawionych dawnej, hałaśliwej muzycznej retoryki utworach przeprowadzić bardziej skupiony i uważny rozrachunek z własną sztuką i życiem, z drugiej strony jednak pokazuje jak na dłoni wszystkie słabości Cave’a jako subtelnego liryka i balladzisty. Osobisty ton utworów - opowiadających o problemach uczuciowych, o trudnym podtrzymywaniu gasnących namiętności, gdzie obok ujmujących prostotą deklaracji i wyznań miłosnych, znajdziemy równie bezpośrednie zwierzenia z własnych błędów i bolesnych porażek - nieuchronnie obnaża jej wykonawcę, nie ukrytego tym razem za tarczą literackich figur i metafor. Zawęża pole manewru, nie pozwalając tak swobodnie operować nastrojem i emocjami słuchacza. Ceną za szczerość jest brak tego fascynującego niepokoju, groteskowo zdeformowanego dystansu do świata, pełnej teatralnego zacięcia pasji w budowaniu swojej postaci nawiedzonego song-writtera, jaki wypełniał szczególnie wczesne płyty Cave’a. Kilka znakomitych kompozycji (otwierający płytę „As I Sat Sadly By Her Side”, dynamiczny „Fifeen Feet Of Pure White Snow”, podniosły w nastroju „Oh My Lord”) wybija się wyraźnie ponad monotonne, zbyt mało urozmaicone melodycznie ballady („Love Letter”, „Sweetheart Come”), a choć kilka nastrojowych, lirycznych kawałków pozostaje na długo w pamięci (przywołujący atmosferę z „The Boatman’s Call” melodyjny utwór tytułowy albo „The Sorrowfull Wife”, który zaczyna się niczym typowa ballada, oparta na chwytliwej frazie fortepianu, by stopniowo przerodzić się w rockowy zgiełk), to są i takie, które mogą wydać się zwyczajnie nudne. Utworów na płycie jest w sumie 12. I pomimo wszelkich słabości, każdy z nich może być wystarczającą przyczyną do posłuchania Nicka Cave’a, pokazując większość dobrych i złych stron sytuacji, w jakiej znalazł się artysta rockowy, który przestał już być buntownikiem, ale na inne gotowe pozy, maski i formy ekspresji nie ma co liczyć. Każdy mówi nam więcej o szansach i trudnościach popularnego artysty, który nie chce ulegać trendom czy modom i nie sprowadza swojej działalności do produkcji infantylnej papki, jakiej pełno w telewizji, na listach przebojów czy w kolorowych gazetach. Każdy jest równie dobrym powodem, by zacząć słuchać płyt Cave’a jeszcze raz, od początku. Maciej Woźniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze