Nie pamięta, czy w dzieciństwie marzył, by zostać kierowcą, ale kiedy pierwszy raz usiadł za kierownicą ciężarówki wiedział, że to jest właśnie to, co chce robić w życiu. I robi, od 10 lat. W poniedziałek rano wyjeżdża w pierwszą w tygodniu trasę, wraca w piątek, a bywa że dopiero w sobotę. I choć sporo ważnych wydarzeń w życiu jego rodziny odbyło się bez niego, to nie zmieniłby tej pracy na żadną inną. Na pytanie, dlaczego wybrał sobie taką ścieżkę zawodową, Marek odpowiada bez wahania. – Tak wyszło. Najpierw zrobiłem uprawnienia na koparkę, ale widziałem, że koledzy z pracy znacznie więcej zarabiają, jeżdżąc ciężarówką. W domu była żona z dwójką małych dzieci, więc decyzja była łatwa. Zrobiłem kurs, a szwagier wciągnął mnie do firmy, w której pracował. Zacząłem jeździć za granicę, głównie do portu w Hamburgu, skąd woziłem kontenery. Do domu przyjeżdżałem tylko na weekend, gdzie czekała na mnie Aldona z małymi dziećmi. Było ciężko, ale przynajmniej finansowo nie mogliśmy narzekać – opowiada. Tak upływało Markowi życie, prawie 8 lat w trasie. Owszem, chciał być blisko rodziny, ale w okolicy Płocka pracy nie było, więc to rozwiązanie wydawało się najlepsze. Pocieszał się, że ludzie pracują w delegacji, w innej części kraju, wracają do domu na sobotę i niedzielę, albo dojeżdżają do Warszawy i w domu tylko nocują. Wtedy usiadł, podliczył wszystkie za i przeciw, i zdecydował się założyć własną firmę. Zrobił certyfikat kompetencji zawodowych i zaczął jeździć na własny rachunek. Pierwsze pół roku nadal jeździł za granicę.
Jola Marciniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze