Fala w wojsku to temat doskonale znany z prasy, radia i telewizji. Fala w szkole, choć znacznie trudniejsza do udowodnienia, również istnieje. Starsi uczniowie, w ten specyficzny sposób pokazują młodszym kolegom, że nauka wcale nie musi im przychodzić łatwo, nawet tym najzdolniejszym. Dlatego muszą znać, szanować i wypełniać rozkazy starszych po to, by jakoś wytrzymać w szkole, w I klasie. A za rok, być może będą mogli sami dręczyć nowych kolegów.Ale jest jeszcze jedno miejsce, skupisko młodzieży, uczniów klas I i starszych, gdzie fala ma wyjątkowo brutalne oblicze. W nocy, kiedy teoretycznie panuje cisza, za zamkniętymi drzwiami pokojów internackich rozgrywają się dramaty I-klasistów. Nie śpią, bo nie wiedzą, jakie atrakcje na najbliższą noc przygotują im starsi koledzy, ale wiedzą, że to nie będzie nic przyjemnego, bo “pomysłowość” nie zna granic. Młodzież, która rozpoczęła naukę w I klasie i mieszkanie w jednym z płockich internatów, to przede wszystkim chłopcy, spokojni, wyciszeni, którzy chcą się uczyć. Oni doskonale wiedzą, że technikum lub liceum zawodowe to dla nich jedyna szansa na wyrwanie się ze wsi, na zdobycie lepszego zawodu, na próbkę nieco lepszego życia. Dlatego z całą determinacją na jaką ich stać, zaciskają zęby i zgadzają się na wszystko, co ich dotyczy. Wiedzą, nauczeni ciężkim życiem na wsi, że nic łatwo nie przyjdzie. A bywa i tak, że znają stosunki między młodszymi starszymi z opowiadań kolegów, choćby i takich, którzy wrócili z wojska. O swoich problemach nie chcą opowiadać. Udało nam się namówić matkę jednego z uczniów, by opowiedziała historię szykanowania jej syna. Wolała zabrać chłopca z internatu niż walczyć o to, by zyskał on spokój. - Szybko zauważyłam – mówi - że mój syn po wyjeździe do Płocka bardzo się zmienił. Pytaliśmy, jak się urządził, jakie ma warunki, jakich kolegów. Ale on nic nie chciał mówić. Najgorzej było w niedzielę po południu, kiedy już miał zbierać się do wyjazdu z domu. Widziałam, że coś go dręczy, że czegoś się boi, ale nic nie mówił, a ja nie potrafiłam mu pomóc. Wreszcie przyjechał pewnego piątku i powiedział, że dłużej nie wytrzyma, że więcej nie pojedzie do internatu. Zaczęłam dopytywać, o co chodzi i najpierw się przeraziłam, a potem zdecydowałam zabrać dziecko z internatu. Przez pierwsze dni roku szkolnego było w porządku. Cisza nocna zaczynała się o godz. 22.00 i zwykle rzeczywiście była to cisza. Ale po kilku pierwszych dniach do pokojów młodszych chłopców przychodzili starsi i zaczynało się dręczenie tych, którzy bali się wzywać pomocy. W jaki sposób byli dręczeni? – Przede wszystkim było to dręczenie psychiczne – opowiada matka. – Potrafili usiąść w kilku dookoła syna i zadawać pytania. A skąd jesteś, ile macie kur, jakie duże gospodarstwo i po każdej odpowiedzi wybuchali śmiechem. Oczywiście pytali o to, czy są bogaci i dostawali odpowiedź, że nie. Ale to nie wystarczyło. Jeśli odpowiedzi się nie podobały, albo nie satysfakcjonowały pytających, to zaczynało się dręczenie fizyczne. O takich drobiazgach jak pompki, to nawet nie ma co wspominać. Syn często dostawał paczki z domu, żeby sobie podjadł, dziś nawet nie wiem, czy to on jadł, czy starsi, którzy zabierali jedzenie. Najdotkliwsze jednak były prysznice, na zmianę, gorącą i zimną wodą. Oni tak mogli w nieskończoność, najpierw lodowata długo, potem krótko wrzątek, albo odwrotnie. Oczywiście chłopcy nie mogli przy tym wydawać żadnych dźwięków, bo starsi już czekali ze zwiniętymi ręcznikami, i bardzo ich to bawiło. Nawet im do głowy nie przyszło, jakim taka zabawa była upokorzeniem dla mojego syna. Kiedy jeden ze starszych brał do ręki scyzoryk, młody musiał kłaść dłoń z rozcapierzonymi palcami, a starszy trenował wbijanie ostrza między palcami. Nie trzeba dodawać, że młodzi bardzo się tego bali. Na szczęście nigdy nie doszło do takiego wypadku, by trzeba było interweniować. Normalnością były zbiórki pieniędzy, bo starszemu na coś brakowało. Chodziło o niewielkie sumy, ale dla młodych to był spory wydatek, pieniądze, które odkładali na dożywianie lub książkę, musieli oddać starszemu “koledze”. O takich drobiazgach jak sprzątanie w pokojach, wyrzucanie śmieci, ścielenie łóżek, nawet nie ma co wspominać. Także nie można było nazwać koleżeńską przysługą przynoszenie posiłków do pokojów, odnoszenie talerzy, wysługiwanie się młodszymi na każdym kroku. Najtrudniejsze dla młodych było to, że czasami po ciszy nocnej, kiedy nikomu z wychowanków nie można opuszczać internatu, starszemu coś się zachciało ze sklepu. Wtedy nie było żadnego tłumaczenia. Wybrany delikwent musiał w nocy wykradać się poza budynek i biec do sklepu, żeby starszy się nie zdenerwował. Do tego trzeba dodać tortury psychiczne, stałe wyśmiewanie się z młodszego i jego rodziny, rodziców i rodzeństwa, z ubrania, często z biedy, którą widać było na każdym kroku. I oczywiście z pędu do wiedzy, który kazał młodym poświęcać każdą wolną chwilę na naukę, by zdać do następnej klasy i to z dobrymi ocenami. Zajęcia “pozalekcyjne” odbywały się w nocy, kończyły zwykle o 2, 3 nad ranem, kiedy starszy był już na tyle zmęczony lub znudzony, że dawał młodszym spokój. Ale następnej nocy znów mogło się zacząć. Młody chłopak czekał wieczorem zdenerwowany, czy znów zapukają do jego drzwi, czy wejdą, a on będzie musiał znosić upokorzenia. Co na to wychowawcy w internacie. Czy wiedzieli, co się dzieje na ich dyżurach? Zwykle wiedzieli, ale reagować raczej nie mogli. Bo i skąd znaleźć dowody, że dzieje się coś niedobrego, jeśli sam poszkodowany nie chce nic mówić, nie skarży się. Widać tylko, że się boi? Opiekun, który zgodził się z nami rozmawiać, nie chciał ujawnić nazwiska, bo chce nadal pracować. A praca nie jest wcale łatwa, jeden opiekun na dyżurze nocnym, w dużym internacie, bez portiera, pomocnika, dozorcy. Pod opieką jest kilkudziesięciu chłopaków, w różnym wieku. - Czy wiedzieliśmy? – zadaje pytanie wychowawca. Wiedzieliśmy, bo trudno nie słyszeć hałasu w pustym, dużym budynku. Ale kiedy ktoś z nas szedł w stronę tego hałasu, słychać było tylko cichy gwizd, ostrzegający innych i natychmiast w pokojach robiło się cichutko. Nic się nie działo. Gdyby choć któryś z chłopaków odważył się raz poskarżyć! Doskonale rozumiem, że oni się bali, że byli zastraszeni, że zdawali sobie sprawę, co się będzie działo, kiedy coś powiedzą, ale proszę zrozumieć i nas. Człowiek jest sam jeden na dyżurze w dużym budynku i nie może być jednocześnie we wszystkich miejscach. Trudno wymagać, żebym bawił się w podchody, gdzieś ukrywał, żeby cokolwiek wytropić. Młodzież nie narzeka, to nam nie pozostaje nic innego jak czekać, jak ta sprawa się rozwinie. A sprawa się rozwinęła na szczęście dobrze dla młodych. Jeden powiedział rodzicom, został zabrany z internatu. Przeniesiony do innej placówki został jeden z dręczących, kilku dostało nagany i dziś jest chyba spokój. Chyba, bo nikt nie wie, czy starsi nie działają w większej konspiracji, czy nie stosują wymyślniejszych metod, by nadal zabawiać się z młodszymi. Niby wszyscy chodzą wcześniej spać, nie ma nocnych odwiedzin w pokojach, nie ma wykradania się z internatu. Ale czy na długo. Wychowankowie boją się powrotu jednego z prowodyrów “z wygnania” do innej placówki. Nikt tego nie wie na pewno, ale plotki chodzą, że został przeniesiony tylko na kilka tygodni. Przynajmniej na ten czas, wszyscy odetchnęli. A młodzi powinni wiedzieć, że nie wolno zgadzać się na przemoc. Muszą skończyć szkołę, zdobywać wykształcenie, a tego nie da się zrobić w atmosferze strachu. Nie da się też zastraszonym funkcjonować w społeczeństwie. Jola Marciniak Fot. D. Ossowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze