Reklama

Powiat płocki. Zbrodnie popełnione w Łęgu niedaleko Płocka szokują! Czy dzięki odkryciom IPN uda się rozwikłać tajemnicę sprzed lat?

To był wieczór, za oknem już ciemno. Członkowie szwadronu śmierci weszli do domu, kazali im się ubierać i iść ze sobą. Dokąd i po co? Nie powiedzieli. Trzej Gujscy nigdy już nie wrócili. Tak opowieść o tragicznej historii swojej rodziny rozpoczyna Janina Lewicka. To była druga połowa 1945 roku. Tego wieczora trójka jej wujków – Ryszard (l. 32) , Julian (l. 36) i Kazimierz (l. 23) zaginęła, a ich szczątków do dziś nie udało się odnaleźć. Wszyscy byli żołnierzami Armii Krajowej. Gujscy, bo o nich mowa, stali się lokalnym symbolem tego, co tuż po wojnie działo się w Łęgu, na Mazowszu i w całej Polsce – wojny polsko-polskiej, brutalnego i bezwzględnego wprowadzania komunizmu i radzieckiej dominacji, eliminacji patriotów i lokalnych elit. Teraz, blisko 80 lat od tamtych wydarzeń, historia ta ponownie daje o sobie znać – za sprawą odkryć dokonanych przez Instytut Pamięci Narodowej. To daje nadzieję, że uda się raz na zawsze zakończyć ten bolesny rozdział.

Historia Gujskich była przekazywana z pokolenia na pokolenie, wszystko oczywiście w ścisłej tajemnicy, bo głośne mówienie o tym groziło poważnymi represjami dla całej rodziny. Dla krewnych zamordowanych ta historia zawsze była żywa. Ale dla świata Gujscy byli martwi i nikogo nie obchodziło, co się z nimi stało. Ot, kolejni zmarli, których w czasie wojny i tuż po niej były miliony. Zwykłe cyfry w statystykach. Dla komunistów byli wrogami ludu i przeszkodą, która stała na drodze do wprowadzenia nowego ustroju. Nikt nie miał zamiaru pomóc rodzinie w poszukiwaniach ich ciał. Mieli zostać zapomniani na zawsze.

 

Reklama

 

Zbrodnie bez kary

Ryszard, Julian i Kazimierz Gujscy dosłownie rozpłynęli się w powietrzu. Ślad po nich zaginął. Mimo upływu lat wciąż nikt nie wie, gdzie są ich szczątki. Ale takich przypadków było wiele więcej. Ludzie wychodzili z domu i nigdy nie wracali. Wielu z nich zginęło z rąk tzw. „szwadronu śmierci” – oddziału dowodzonego przez Władysława Rypińskiego (ps. „Rypa”, „Stary”), który swoją „bazę” miał w Łęgu. Instytut Pamięci Narodowej bada zbrodnie popełnione właśnie przez tę grupę, która w latach 1945-1947 uprowadzała i mordowała na północnym Mazowszu osoby związane z Polskim Stronnictwem Ludowym oraz podziemiem niepodległościowym. Ofiarami byli m.in. mieszkańcy powiatu płockiego i sierpeckiego. Z rąk grupy dowodzonej przez Rypińskiego zginęło ok. 100 osób. W samym Łęgu i jego najbliższej okolicy ma ich być kilkadziesiąt. Ale czy to wszyscy? Tego nie wie nikt...

Reklama

Ludzie, którzy dokonali tych zbrodni, nigdy za nie odpowiedzieli, choć w latach 50. i 90. XX wieku prowadzono dochodzenia i postępowania w tej sprawie. Stąd dość dobry materiał badawczy, m.in. liczne zeznania, z których korzystali badacze. Mimo to nigdy nie zdecydowano się na przeprowadzenie badań w miejscach, gdzie mogły być ukryte ciała ofiar. Sprawcy już nie żyją, zbrodnia pozostała bez kary. Jednak wciąż jest szansa na przywrócenie pamięci ofiarom i zapewnienie im godnego pochówku.

 

Obietnica złożona na łożu śmierci

Łęg Probostwo to malownicza i spokojna miejscowość położona w gminie Drobin. Pod tym sielskim obrazem, pełnym pól, łąk i olszyn, pulsuje jednak niezabliźniona rana. To tragedia, która dotknęła mieszkańców, a jej cień nadal pada na miejscowość. Doszło tu bowiem do makabrycznych zbrodni, dokonanych tuż po zakończeniu II wojny światowej. To w Łęgu, jak w soczewce, można było zobaczyć, jak władza ludowa przejmowała schedę na tych terenach tuż po zakończeniu niemieckiej okupacji. Brutalnie i bezwzględnie.

Reklama

Teraz pojawiła się minimalna szansa na odnalezienie i zidentyfikowanie kolejnych ofiar tej bezwzględnej walki o władzę. Wszystko za sprawą odkrycia w Łęgu Probostwie, gdzie w budynku gospodarczym – znajdującym się tuż obok dawnego posterunku Milicji Obywatelskiej – odkopano cztery szkielety. Czy są wśród nich bracia Gujscy? Tego jeszcze nie wiemy, ale wszystko wskazuje na to, że nie. Ale rodzina braci, w tym córka ich siostry Eleonory – Janina Lewicka – nie ustaje w poszukiwaniach. Jak wyznaje, obiecała swojej mamie, gdy ta była na łożu śmierci, że odnajdzie szczątki jej braci. I zrobi wszystko, żeby dotrzymać tej obietnicy. Zgodnie z tą ideą działają także jej krewni rozsiani po całej Polsce. Rodzina cały czas walczy o odnalezienie miejsca pochówku braci Gujskich.

Janina Lewicka urodziła się w 1946 roku, już po zaginięciu trójki jej wujków. Nie była zatem naocznym świadkiem tamtych wydarzeń. Ale doskonale wie, co się wtedy stało, wszystko ze szczegółami opowiedziały jej babcia i mama. To właśnie jej babcia od strony mamy była matką zaginionych braci.

Reklama

- Rodzina Gujskich była niezwykle ciepła i zżyta ze sobą. Rodzeństwo poszłoby za sobą w ogień. Łącznie dziadkowie mieli dwanaścioro dzieci. To byli wyjątkowi ludzie, wierni swoim wartościom, pobożni, pełni patriotyzmu, bardzo odważni, honorowi i zakochani w Polsce. Czasem mam wrażenie, że takich ludzi już nie ma. W czasie wojny aktywnie działali w Armii Krajowej. Zawsze uważali, że to ich powinność i najświętszy obowiązek, aby bronić naszej Ojczyzny. Wuj Stanisław był dowódcą oddziału Armii Krajowej w Łęgu, reszta w nim działała. I właśnie ten patriotyzm i miłość ściągnęły na naszą rodzinę tragiczne wydarzenia późniejszych lat – mówi Janina Lewicka.

 

Reklama

[paywall]

 

„Ta ziemia jest przesiąknięta krwią”

Łęg to jedno z tych miejsc, gdzie mury i pola opowiadają tragiczną historię. Milczą za to ludzie. To, co działo się tam tuż po wojnie, było tak straszne i okrutne, że mało kto chciał o tym mówić. Ludzie się bali, w kraju panował terror, a nawet jedno rzucone nieopatrznie w nieodpowiednim towarzystwie słowo mogło zwiastować kolejne tragedie. To były straszne czasy. Milczenie pozwalało zachować względne bezpieczeństwo. Nawet po 1989 roku, kiedy w kraju zaszły przełomowe zmiany, ludzie nadal milczeli. Chcieli tylko normalnie żyć, zapomnieć o tragicznych wydarzeniach II wojny światowej i tego, co działo się tuż po niej. Wciąż się bali. Ten strach, w którym żyli przez lata, na stałe zagnieździł się w ich umysłach. Był ich nieodzowną częścią, pulsował pod skórą niczym tętnice.

Reklama

- Wojna i to, co się działo po niej, było tak okrutne i bestialskie, że trudno sobie to nawet wyobrazić. Nie sądzę, aby ludzie, którzy urodzili się w późniejszych czasach, byli w stanie to zrozumieć. To był bezmiar okrucieństwa i zła, z którym ludzie musieli się wtedy mierzyć – mówi Janina Lewicka.

- To było coś okropnego, tragicznego... Należy robić wszystko, aby nigdy więcej do tego nie dopuścić. Ludzie chcieli zapomnieć, milczeli. Głównie dlatego, że się bali. Wielu bało się poszukiwać swoich bliskich, bo jako rodziny wrogów ludu w ten sposób mogli nad siebie ściągnąć jeszcze większe kłopoty – wyjaśnia.

Reklama

 

 

Zmarli „przemówili”

Żywi milczeli, ale zmarli – zamęczeni, upodleni, pozbawieni godności, zakopani w przydrożnych rowach, na polach i w piwnicach – nie dali o sobie zapomnieć. Ich zbezczeszczone i porzucone ciała wciąż przypominały o tym, że czas oddać im to, co należne – godny pochówek. Ludzie rozmawiali między sobą, w kręgu rodziny czy zaufanych przyjaciół, że w różnych miejscach znajdowane są czaszki i kości. Po cichu opowiadali o tym, gdzie mogą być miejsca pochówku zakatowanych ludzi. Jednocześnie przeraźliwie się bali. Bali się, że mówiąc o tym, co znaleźli albo co wiedzieli, może ich spotkać ta sama kara – śmierć. Strach był paraliżujący i powszechny. I milczeli. Nikt nie chciał ściągać na siebie oczu, które mogły zadecydować o ich życiu i śmierci.

Reklama

 

Przyjaciele, którzy stali się wrogami...

Naoczni świadkowie wydarzeń odeszli już z tego świata i dziś próżno ich szukać. Zostali za to ich potomkowie – dzieci, wnuki i prawnuki. I w nich jest ostatnia nadzieja na poznanie prawdy. Prawdy, której poszukują czasami przez całe swoje życie.

W historii, która wydarzyła się w Łęgu Probostwie, wiele jest tragicznych momentów, bestialstwa i cierpienia. Ale w tym wszystkim, co się tam zdarzyło, najbardziej tragiczne jest to, że sąsiedzi zabijali sąsiadów, a dawni przyjaciele stawali się wrogami. To było jak wojna polsko-polska.

Reklama

- Wuj Ryszard był bardzo inteligentnym, wykształconym i oczytanym człowiekiem. Znał języki, między innymi niemiecki. Pracował jako sekretarz w urzędzie gminy w Łęgu. Dzięki temu miał możliwości, aby pomagać mieszkańcom i cały czas je wykorzystywał. On pomógł tylu ludziom... Także Rypińskiemu, który potem odwdzięczył mu się za to wydaniem rozkazu jego zabicia... Kiedy pewnego dnia Ryszard podsłuchał, jak Niemcy naradzają się, aby pojmać Rypińskiego, od razu zaalarmowano jego rodzinę. Ostrzegł ich, co pozwoliło mu na skuteczną ucieczkę. W dowód wdzięczności za ten szczególny czyn, Rypiński nadał imię Ryszard swojemu synowi, a sam Gujski został ojcem chrzestnym małego Rysia. Co nieoczekiwane i tragiczne, zaledwie kilka lat później banda, której przewodził Rypiński, zabiła Ryszarda – opowiada Janina Lewicka.

 

Reklama

 

„Babcia na kolanach błagała o oddanie ciała syna...”

Jak wspomina pani Janina, kiedy oprawcy przyszli po braci Gujskich, chcieli też zabrać jej dziadka. Zapytali, ile ma lat. Odpowiedział, że jest po 70-tce. Był stary i schorowany, więc pozwolili mu zostać. Po tej tragicznej listopadowej nocy ślad zaginął po całej trójce. Pojawiały się różne pogłoski, ale nic z nich nie wynikało.

- Kilka miesięcy później, w kwietniu, w jednym z okolicznych zbiorników wodnych znaleziono ciało. To był Ryszard. Zawiadomiono władzę, które przyjechały na miejsce z wozem. Wieść się rozniosła, dotarła już do mojej babci, która była na miejscu, gdy przyjechali... Na kolanach błagała komunistów, żeby oddali jej ciało. Chciała go tylko pochować. Obiecała, że będzie milczała na wieki, byleby tylko oddali jej ciało. Nie oddali... Zapakowali je tak, jak zostało wyłowione na wóz. Tak jakby to było zwierzę, a nie człowiek... Gdzie je wywieziono? Tego nadal nie wiadomo. Pracownicy IPN-u, z którymi rozmawiałam, twierdzą, że z całej trójki to właśnie jego będzie najtrudniej odnaleźć. Bo może być dosłownie wszędzie – opowiada Janina Lewicka.

O tajemniczych zaginięciach chodziły rożne plotki. Tajemnicą poliszynela było natomiast to, kto był ich sprawcą. Ludzie albo wiedzieli albo podejrzewali, kto był za to odpowiedzialny. Także rodzina Gujskich. Podczas wyprowadzenia bliskich ich matka poznała jednego z oprawców. Kilka miesięcy później na spotkaniu, na której była cała wieś, wyszła na scenę i wykrzyczała do niego: „Gdzie są moi synowie? Oddajcie mi ich!”. To była niesłychana odwaga, ale nic to nie dało. Wszyscy nabrali wody w usta. Nikt nie chciał nic mówić. Ludzie, którzy mogli coś wiedzieć, byli sterroryzowani. A oprawcy ani myśleli wydawać ciało, które świadczyło o ich zbrodniach.

 

Nękanie, szykany, problemy...

Dla nowej, komunistycznej władzy Gujscy byli wrogami ludu. Jak mówi pani Janina, represje z ich strony rozpoczęły się już pod koniec wojny. W jej trakcie wojny mama pani Janiny została sama z dziećmi. Jej tata, Czesław, został wysłany do Niemiec na roboty i wrócił dopiero w 1945 roku. Pani Janina zaznacza, że jej mamie pomagali okoliczni mieszkańcy. I tylko dzięki temu udało się jej przetrwać. Komuniści nękali ich pod różnymi pozorami. Przychodzili w nocy, kazali jej wchodzić z nimi na poddasze szopki. Sprawdzali, czy nikt się nie ukrywa. Wtedy jej bracia byli w lesie. Ich rodzina była cały czas nachodzona. Ale mieli też przyjaciół w swojej miejscowości, którzy stawali na czatach, dzięki którym bracia Gujscy mogli wrócić do domu choć na chwilę, aby się umyć, przebrać czy coś zjeść.

Rodzina nawet wiele lat po tych wydarzeniach była szykanowana. Pani Janina wspomina, że kiedy zaczęła naukę w szkole w Płocku, bardzo często była wzywana do komendy Milicji Obywatelskiej, zlokalizowanej na ulicy 1 Maja. Wspominała, że strasznie bała się tych przesłuchań, że wypytywano ją o resztę rodziny. Gdzie są jej wujowie i ciotki? Co robią? Czym się zajmują? Gdzie pracują? Ale ona nie wiedziała. Wiedziała tylko, gdzie mieszkają. Wszyscy uciekli, rozjechali się po Polsce, głównie na tzw. ziemie odzyskane. Nie mieli innego wyjścia, bo za ich działalność w Armii Krajowej czekało ich tylko jedno – śmierć. Gdyby tego nie zrobili, prawdopodobnie wszyscy by zginęli. Siostrzenica braci Gujskich powiadała, że nawet po latach, kiedy spotkała osobę, która ją przesłuchiwała, czuła ogromny strach. Tak ogromny, że wszystko się w niej trzęsło.

 

Nigdy nie przestali szukać krewnych

Zaciekłą walkę o odnalezienie swoich braci prowadził Stanisław Gujski. To on był komendantem placówki AK w Łęgu. Wtedy, gdy przyszli po jego braci, nie było go w domu. Był na Wybrzeżu. Przez dziesięć kolejnych lat nikt go nie widział. Ukrywał się w różnych miejscach w Polsce. Jak wspomina pani Janina, Stanisław ujawnił się dopiero w 1956 roku. Wrócił do Łęga. Pierwszy raz zobaczyła wuja zupełnie niespodziewanie.

- Kiedy szłam do szkoły, po drodze minęłam nieznajomego mężczyznę jadącego na rowerze. Od razu pobiegłam do swojej siostry, która mieszkała w Łęgu. I opowiedziałam jej o tym, że w drodze do szkoły spotkałam mężczyznę, który był uderzająco podobny do naszej mamy. Jak się później okazało, to był właśnie wuj Stanisław, który zmierzał na spotkanie z moją mamą – Eleonorą, zwaną przez bliskich Olą – wyjaśnia pani Janina.

- Stanisław cały czas szukał swoich braci. Jeździł do Warszawy, ale nic to nie dało. Były nawet jakieś przesłuchania i procesy, ale nikt nie poniósł odpowiedzialności za te czyny. Ale jemu nie chodziło wcale o poszukiwanie sprawiedliwości. Robił to wszystko po to, żeby poznać miejsce pochowania szczątków jego braci, aby można było ich godnie pochować. Właśnie o to mu chodziło. Bo przecież życia nie można było już im wrócić. Na sprawiedliwość też nie było szansy. Ludzie wiedzieli, kto był sprawcą, kto brał w tym udział, kto był w bandzie „Rypy”. Ale wszyscy się bali, mimo że sam Rypiński został zabity w 1947 roku, w zasadzce zorganizowanej przez oddział Wiktora Stryjeńskiego ps. „Cacko”.

 

Jak podkreśla pani Janina, były sprawy w sądzie, o które wnosił jej wujek Stanisław, ale ani jej mama, ani jej brat Marcel nie brali w nich udziału. Bali się tego, że przyjdą po nich albo ich dzieci.

Sprawa zbrodni komunistycznych w Łęgu nie dotyczy jedynie rodziny Gujskich. Dotyczy wielu rodzin, w Łęgu i jego okolicach zginęło mnóstwo ludzi. Sprawą w XXI wielu zainteresował się IPN, badał ją m.in. dr Jacek Pawłowicz. Na podstawie ustaleń w ramach cyklu „Z archiwum IPN-u” powstał film dokumentalny „Czerwona oberża”. Można go znaleźć m.in. w serwisie YouTube. Zainteresowanie badaczy  sprawiło, że mieszkańcy zaczęli opowiadać swoje historie. W 2014 roku  odsłonięto tablicę upamiętniającą ofiary. Ale miejsca ukrycia ciał nadal pozostały nieodnalezione, choć już wtedy oficjalnie mówiono m.in o pochówku w budynku gospodarczym w sąsiedztwie dawnej siedziby MO.

Problemem w rozwiązaniu tej sprawy jest to, że w okolicy nadal mieszkają potomkowie tych, którzy dokonali  zbrodni. Jest to trudna i bolesna historia dla obu stron.

- Dla mnie jasne jest, że nikt nie może odpowiadać za to, co zrobili jego przodkowie czy potomkowie - mówi Janina Lewicka. 

 

W 2023 roku podczas prac drogowych w przydrożnym rowie znaleziono ludzkie szczątki. Sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa w Sierpcu, a także Biuro Poszukiwań i Identyfikacji IPN-u.

- Wszystko wskazuje na to, że znalezione w przydrożnym rowie szczątki zostały tam podrzucone. Według naszych ustaleń szczątki mogły zostać przez kogoś znalezione w gdzieś indziej. W miejscu ich odkrycia znajduje się kapliczka, więc być może ich znalazca chciał umieścić je w poświęconej ziemi. Przeprowadziliśmy badania antropologiczne i genetyczne, czekamy na ich wyniki – wyjaśnia Sylwia Kurzyp, naczelnik Wydziału Analiz Historycznych Biura Identyfikacji i Poszukiwań Instytutu Pamięci Narodowej.

 

Pani Janina podkreśla, że przez całe swoje życie chciała jednego – odnalezienia szczątków, aby można je było godnie pochować. I to właśnie obiecała swojej mamie, gdy ta była już na łożu śmierci. Podobną motywacją kierują się jej liczni krwni, którzy również robią wszystko by wyjaśnić tragedię sprzed lat.

- Zostali zamordowani za to, że wierzyli w Boga i nie wyrzekli się tej wiary, a nade wszystko kochali swoją Ojczyznę i nie mogli pogodzić się z faktem decydowania o jej losie przez Ruskich – mówi pani Janina.

 

 

Szczątki, które mogą zmienić bieg historii

W maju tego roku IPN odnalazł szczątki w budynku gospodarczym, który należał wcześniej do posterunku Milicji Obywatelskiej w Łęgu. Budynek gospodarczy stoi tuż obok obiektu, w którym znajduje się teraz biblioteka. Ludzie podejrzewali, szeptali o tym, że mogą tam być ukryte zwłoki. I okazało się to prawdą.

- Zakończyliśmy już I etap naszych prac, w wyniku których odkryliśmy i zabezpieczyliśmy szczątki czterech osób we wcześniej wytypowanym na podstawie informacji z akt oraz rozmów z okolicznymi mieszkańcami na miejscu. Szczątki zostały zabezpieczone. Będą one poddane badaniom, które, mam nadzieję, pozwolą na identyfikację ofiar. Cały ten proces może potrwać ok. roku. Jeżeli w swoich bazach genetycznych posiadamy materiał krewnych ofiar i uda nam się zidentyfikować ofiary, szczątki zostaną przekazane rodzinom, aby te mogły je godnie pochować. W przypadku sytuacji, kiedy nie uda się zidentyfikować tych osób urządzamy im godny pochówek, ale są one składane do grobów jako NN. W tym jednak przypadku nie zakładamy takiej możliwości, jestem przekonana, że zidentyfikujemy tych ludzi – mówi Sylwia Kurzyp.

 

Ale to nie jedyne miejsce, które jest typowane na miejsce kaźni i ukrycia zwłok. Tuż po wojnie Rypiński przejął pałac w Łęgu. To właśnie tam mieszkał w czasie, gdy dowodził swoją bandą. I to ten pałac ma być miejscem ukrycia kolejnych szczątków. Jak podkreśla pani Janina, od wielu różnych osób, w tym naocznych świadków, słyszała różne opowieści. Na polach w okolicy pałacu miejscowi mieli znajdować ludzkie szczątki. Miejscem ukrycia zwłok miała być m.in. piwnica, tzw. ziemianka, która znajdowała się w okolicy pałacu. IPN chce zbadać także tamten teren.

- Przygotowujemy się do przeprowadzenia drugiego etapu prac. Wytypowaliśmy kolejne miejsca, które z dużym prawdopodobieństwem mogą być miejscem ukrycia zwłok ofiar. Już niebawem chcemy rozpocząć tam prace. Chodzi m.in. o dawne piwnice znajdujące się w okolicy pałacu, w którym mieszkał Rypiński. Mam podstawy, by twierdzić, że mogą tam się znajdować ludzkie szczątki. Są jeszcze inne miejsce, co do których są takie podejrzenia, będziemy starali się, aby również tam zostały przeprowadzone prace – wyjaśnia Sylwia Kurzyp.

 

Jak podkreśla Sylwia Kurzyp, z odnalezieniem szczątków niektórych ofiar może być spory problem.

- Szczątki wielu zaginionych będą trudne do odnalezienia, ponieważ z posiadanej przez nas dokumentacji wynika, że część ciał ofiar była wywożona przez funkcjonariuszy UB w kierunku Płocka. Czy tam dotarły, tego nie wiadomo. Jest możliwość, że zostały ukryte gdzieś po drodze. A to olbrzymi obszar – wyjaśnia.

 

 

„Moja nadzieja na odnalezienie wujów umarła...”

Choć od wydarzeń z lat 1945-1947 minęło wiele dekad, rodzina Gujskich nigdy nie zapomniała o swoich bliskich. Jednak z biegiem lat pani Janina powoli traci nadzieję na pochowanie wujów.

- Moim jedynym życzeniem jest odnalezienie szczątków wujów i pochowanie ich. Straciłam już wszelką nadzieję, moim zdaniem nie ma na to żadnych widoków. Nie wierzę już w to, że uda się to zrobić, ale bardzo bym tego chciała – podsumowuje.

 

I zaznacza, że jej wuj Stanisław, który zmarł w 1992 roku, całe życie walczył o to, żeby dowiedzieć się, gdzie są szczątki jego braci. Napisał także swoje wspomnienia – książkę, którą pani Janina, która zawodowo zajmowała się maszynopisaniem, przepisała w kilku kopiach i rozdała swoim krewnym. Już w latach 90-tych, po upadku systemu komunistycznego w Polsce, została ona wydana dzięki pomocy księdza Michała Grzybowskiego. Było to w 1995 roku.

Jak podkreśla kobieta, wielokrotnie spotykała się z pracownikami IPN-u, którzy interesują się sprawą i prowadzą badania w tym temacie. 

- Ja i cała nasza rodzina jesteśmy niezmiernie wdzięczni pracownikom IPN-u, którzy zajęli się tą sprawą. To dla nas wielka rzecz - mówi Janina Lewicka.

Jednak w rozmowach z pracownikami przyznała, że nie pokłada nadziei w tym, że poradzą coś w sprawie jej rodziny. Wyjaśnia, że jest za późno, że to wszystko powinno być zrobione wcześniej, kiedy żyli jeszcze naoczni świadkowie tamtych wydarzeń. Do tej pory odkryto zaledwie kilka ciał. To wciąż niewielki ułamek osób, które zaginęły i nigdy nie powróciły do swoich domów.

Sylwia Kurzyp podkreśla, że Biuro cały czas poszukuje osób, których bliscy zginęli w tamtym okresie. To bardzo ważne, bo tylko, dzięki badaniom można zidentyfikować ofiary. Chodzi o pobranie materiału genetycznego niezbędnego do badań. Osoby, które mają podejrzenia, że ich bliscy mogli być ofiarami „szwadronu śmierci” dowodzonego przez Rypińskiego, mogą zgłaszać się do biura. Można to zrobić mailowo na adres: sylwia.kurzyp@ipn.gov.pl lub magdalena.bukowska@ipn.gov.pl.

- W ostatnim czasie, w związku z odkryciem w Łęgu, zgłosiło się do nas kilka osób. Mamy też w bazie osoby z tego terenu, do których zwróciliśmy się sami wcześniej a także osoby, które same zgłosiły się jeszcze wcześniej. To daje nam nadzieję, że uda się zidentyfikować ofiary tego mordu – wyjaśnia Sylwia Kurzyp.

 

Pani Janina ma dla wszystkich przestrogę. Jak podkreśla, choć nie przeżyła tego wszystkiego na własnej skórze, to wie jedno – wojna i to, co działo się później, było czymś strasznym i nie może się powtórzyć.

- Najgorszym bólem i nieszczęściem dla świata i dla Polski byłoby to, gdyby takie czasy nastąpiły ponownie – mówi.

Łęska ziemia jest przesiąknięta krwią. Czy mroczne tajemnice Łęga i okolic w końcu zostaną rozwiązane? Jest na to szansa. Za rok minie 80 lat od tych wydarzeń. To najwyższy czas, żeby ta rana, którą wówczas zadano społeczeństwu i wspólnocie, mogła się zabliźnić. Ale to nie będzie możliwe, dopóki nie zostaną odnalezione i zidentyfikowane ofiary tych zbrodni. Tylko wtedy proces będzie mógł się dokonać. Czas zamknąć tę historię. Badania IPN-u dają na to nadzieję. Być może chociaż dla części ofiar i ich rodzin ta bolesna historia w końcu znajdzie swoje zakończenie...

 

Fot. Archiwum prywatne, IPN

Miejsce zdarzenia mapa Płock
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 04/06/2024 12:28
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Stefek - niezalogowany 2024-06-04 19:38:25

    Wiele się tu nie zmieniło w ludzkiej mentalności. Gdyby mieli dostęp do broni to na pewno kilka osób by zginęło od kuli.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości