Reklama

Zbrodnie bez kary

19/11/2003 11:20
W oddalonym o dwadzieścia kilometrów od Płocka Łęgu rolnicy do dziś wyorują w polu ludzkie kości, znajdują je w stodole lub piwnicy. W dworku w Łęgu Kościelnym i okolicach w latach 1945-1947 funkcjonariusze miejscowej Milicji Obywatelskiej mordowali AK-owców. Do dziś nikt nie zajął się ekshumacją zwłok, postępowania w sądach umarzano, niedawno zmarł ostatni ze sprawców tamtych wydarzeń. Co może się wydać szokujące, po pięćdziesięciu latach sprawa wciąż okryta jest zmową milczenia. Ludzie się boją, nieliczni pamiętający tamte czasy odmawiają wypowiedzi. Wciąż żyją krewni tych, którzy mordowali swoich sąsiadów i znajomych. Po wyzwoleniu w 1945 na Mazowszu Płockim NKWD, UB i AL-wcy aresztowali 11,5 tys. osób, w większości AK-owców (w większości przypadków wrócili oni do kraju po 2 latach z Syberii, kilkudziesięciu nie wróciło nigdy.). Reakcją było utworzenie Ruchu Oporu Armii Krajowej. Dowodzili nim: Jan Nowak - ostatni komendant obwodu płockiego AK i Michał Tomczak - ostatni inspektor płocko-sierpecki AK. W lipcu 1945 r. Nowak podjął rozmowy z ówczesnym szefem UB w Płocku Tadeuszem Konopką. Ich efektem było m.in. ujawnienie się w Łęgu niespełna 30 żołnierzy kierownictwa ROAK obwodu płockiego. Z amnestii skorzystali nieliczni, uważali, że jedynym sposobem na odzyskanie niepodległości Polski jest walka z komunistami. W terenie zapanował jednak pozorny spokój: - Taka sytuacja trwała do połowy listopada 1945 r. Wtedy na terenie gminy Bielsk i okolicy zaczynają ginąć ludzie. Przychodzą do nich w nocy umundurowani, zamaskowani mężczyźni, wyprowadzają z domu. Ci ludzie nigdy nie wracają. W pierwszej chwili władza próbuje to zrzucić na podziemie - to “bandyci” z lasu przychodzą i mordują niewinnych ludzi. Następne akcje są już na tyle bezczelnie przeprowadzane, że mordercy przestają się maskować - członkowie rodzin wyprowadzanych z domu osób rozpoznają w nich funkcjonariuszy MO lub UB z Łęga, Bielska, Lelic, Zągot. To dawni żołnierzy AL-u, podkomendni Jakuba Krajewskiego - sekretarza komitetu powiatowego PPR (potem KC PPR) w Płocku, w większości to ludzie z oddziału, którym w czasie wojny dowodził Władysław Rypiński (AL). Wieść szybko rozchodzi się w terenie, zapanowuje strach. Podziemie wydaje wyrok na Rypińskiego, ale kilkanaście prób jego likwidacji kończy się niepowodzeniem - relacjonuje Jacek Pawłowicz (na zdjęciu), historyk warszawskiego oddziału IPN, narrator dokumentalnego filmu o powojennych zbrodniach w Łęgu, który 2 listopada wyemitowany został w telewizji Polsat.


Sprawa Gójskich
Najbardziej znana sprawa dotyczy aresztowania braci Gójskich: Ryszarda, Juliana i Kazimierza, w czasie okupacji niemieckiej bardzo zaangażowanych w działalność AK. Stanisław Gójski - jedyny z braci, który przeżył, był komendantem placówki AK w Łęgu, w czasie mordów akurat przebywał w Gdańsku. Gójskich uprowadzono nocą, wśród sprawców matka rozpoznała Edwarda Tyburskiego ps. Pepeszka - milicjanta z Łęga. Zapytała, dlaczego zabierają synów. Usłyszała odpowiedź, że zaraz wrócą. Nie wrócili nigdy. Z dokumentów IPN wiadomo, że zostali przewiezieni na posterunek milicji w Bielsku, tam byli torturowani, potem zostali przewiezieni do dworku w Łęgu Kościelnym, zajętym przez W. Rypińskiego. Tam pojedynczo byli wyprowadzani do znajdującej się obok dworku piwnicy, gdzie był już wykopany dół, zostali zastrzeleni i zakopani. Leżą tam do dziś, ich szczątków nigdy nie ekshumowano. W rok po uprowadzeniu w stawie w Łęgu wypłynęły zwłoki Ryszarda Gójskiego. Zostały zabrane przez UB i nigdy nie zwrócone rodzinie. Grobem dla innych zamordowanych stał się sam dworek oraz najbliższe okolice - pracujący w polu rolnicy często znajdują ludzkie kości. Jedna z kobiet relacjonowała przed laty, że w jej chlewiku (wcześniej stodole, która sąsiadowała z posterunkiem MO w Bielsku) świnie wykopały ludzkie czaszki.
Kim był Rypiński?
Władysław Rypiński przed wojną był typowym reprezentantem wiejskiej biedoty, analfabetą, ojcem dziewięciorga dzieci. W czasie wojny związał się z lewicą, zakładał PPR i oddział AL, podporządkowany J. Krajewskiemu. W czasie wojny Rypiński musiał się ukrywać, jego rodziną opiekowali się Gójscy - Ryszard, którego Rypiński zabił, był ojcem chrzestnym jego najmłodszego dziecka. Gójski, który w czasie wojny był sekretarzem gminy w Łęgu, wystawiał mu “lewe” dokumenty. Po wojnie Rypiński obwołał się przewodniczącym gminnej rady narodowej w Łęgu, zajął dworek, zajął młyn i poniemiecki sklep. Mordował Gójskich - wrogów klasowych - na polecenie Krajewskiego, ale nie tylko. Działalność tzw. grupy Rypińskiego (jednej z trzech, jakie podlegały pod Krajewskiego) była akceptowana przez Henryka Jóźwiaka - szefa powiatowej policji i KC PPR: Władysława Gomułkę, Zygmunta Kliszko.
Po zamordowaniu Gójskich do Łęga wraca Stanisław Gójski (zaangażowany wówczas w działalność PSL) i rozpoczyna poszukiwania braci: - Wyjeżdża do Warszawy, interweniuje w wojewódzkim komitecie PSL. Do Łęga przyjeżdża fikcyjna komisja, która ma ustalić, co się stało z Gójskimi. Są w niej: Jakub Krajewski, Tadeusz Konopka, Edward Tyburski, Władysław Rypiński. Część z osób mordujących jest przeniesiona do Warszawy, w Grójcu mordują członków PSL, zostają zatrzymani, wypuszczeni po interwencji Krajewskiego. Sprawa przycicha, ale ludzie giną nadal. Michała Tomczaka najpierw pobito w domu tak, że ściany wewnątrz były zbryzgane krwią, ostateczna egzekucja odbyła się przed domem. Pierwsze pęknięcie w grupie Rypińskiego następuje, kiedy jeden z uczestników grupy, Władysław Kwiatkowski mówi, że nie chce już mordować swoich kolegów. Na polecenie Rypińskiego zostaje powieszony na posterunku w Bielsku. Widzi to Władysław Gaitka - funkcjonariusz MO z Bielska, w grupie nie był, ale o wszystkim wiedział. W obawie, że może być kolejny po Kwiatkowskim (byli kolegami), dezerteruje. Jest za nim wysłany list gończy - opowiada Jacek Pawłowicz.
Pierwsza wpadka
Historia mordów w Łęgu jest znana od 1946 r. kiedy funkcjonariusze Rypińskiego mieli w Grójcu zlikwidować czterech członków PSL. Egzekucji dokonali, ale jednej z osób udało się wykopać z grobu, dotrzeć do Warszawy i wszystko opowiedzieć Stanisławowi Mikołajczykowi. Przez pewien czas nawet członkowie tej grupy byli zatrzymani przez milicję w ówczesnej komendzie głównej MO w Otwocku. Po 2 tygodniach zjawia się Jakub Krajewski, po jego interwencji wszyscy zostają zwolnieni.
W 1950 r. w Gdańsku zostaje aresztowany Władysław Gaitka, UB sądzi go za dezercję, tłumaczy się, że bał się “bandytów z lasu” (czyli podziemia) i dlatego uciekł. W czasie rozprawy przed sądem świadkiem jest Wacław Michalski - jeden z członków grupy Rypińskiego. Gaitka nie wytrzymuje i mówi, że naprawdę bał się swoich kolegów, bo widział, że zamordowali jednego z kolegów. Sąd przerywa rozprawę, aresztuje Michalskiego. Zatrzymanych jest też kilka innych osób z grupy m.in. Tyburski, potem dość szybko zwolnionych. Gaitka jest zwolniony z więzienia, nie stawia mu się żadnego zarzutu, śledztwo jest umorzone. Członkowie grupy Rypińskiego są kierowani przez UB w różne miejsca w Polsce: Tyburski do KBW, kilku na Białostoczczyźnie, w grupach UB pacyfikuje podziemie, kilka osób rezygnuje z “pracy” w UB. Relacje o grupie Rypińskiego znane są także za sprawą Józefa Światło - dyrektora departamentu śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który uciekł na Zachód w latach 50 r. Sprawę braci Gójskich opisuje również w swoich wspomnieniach Michał Korboński
Kolejna cisza wokół sprawy trwa 6 lat. W 1956 r. w Warszawie ujawnia się Stanisław Gójski, zgłasza do prokuratury doniesienie o zamordowaniu swoich braci przez funkcjonariuszy MO z Łęga: - Wszczęte śledztwo dość szybko ujawnia mechanizmy, zgodnie z którymi pracowała grupa: kto dowodził, kto w niej był, kto kogo mordował. Zatrzymani ze szczegółami opowiadają kogo i w jaki sposób mordowali: ofiary musiały same kopać sobie groby, rozebrać się, położyć się w grobie, płakali, prosili żeby ich nie zabijać - mordercy jakby chwalili się swoimi osiągnięciami. Jednocześnie ujawniają, że o swojej działalności na bieżąco informowali Gomułkę i Jóźwiaka, oczywiście poza Krajewskim, który miał bezpośrednie informacje - mówi J. Pawłowicz.
W 1958 r., po dwóch latach śledztwa, wszystko zostaje umorzone ze względu na “młody” wiek sprawców, którym imponował dowódca Rypiński, wreszcie dlatego, że ich przestępstwa zostają objęte amnestią. Samego Rypińskiego sprawiedliwość spotyka 11 października 1947 r. Ginie z rąk oddziału dowodzonego przez Franciszka Majewskiego “Słonego” z ROAK, egzekucji dokonał patrol dowodzony przez Wiktora Stryjewskiego “Cackę”. Została wykonana po agitacyjnym wiecu, jaki Rypiński zorganizował dla rolników w odległym o 5 km od Łęga Chudzynku. Miał pecha, ponieważ sołtys był współpracownikiem podziemia. W strzelaninie na drodze zginął Rypiński, Władysław Gajdziński - ówczesny zastępca komendanta posterunku w Łęgu (nie był związany z grupą), woźnica, została ranna kobieta, która dawała znać partyzantom.
Sprawcy nie żyją
Mieszkanka dworku w Łęgu Kościelnym znalezione w dworku i jego sąsiedztwie kości pochowała obok miejsca kaźni. Do piwnicy przy dworku nigdy niczego nie chowano, bo fetor rozkładających się zwłok unosił się w niej przez lata. W końcu piwnica się zapadła. Sprawcy zbrodni leżą na cmentarzach. Grób Rypińskiego w Łęgu jest systematycznie bezczeszczony - o czym nie chce pamiętać wymiar sprawiedliwości, o tym pamiętają ludzie. W samym Łęgu zamordowano około 15 osób, w okręgu płocko-sierpeckim około 100, znanych jest tylko 40 nazwisk osób pomordowanych.
Sprawa nigdy nie znalazła finału w sądzie, nikt nigdy nie został pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Po 1989 r. prokuratura w Płocku wprawdzie wszczęła śledztwo, długo je prowadziła, choć żyli jeszcze członkowie grupy Rypińskiego, słynnej w Polsce z wyjątkowego okrucieństwa. Jej działalność jest dowodem na to, że komuniści w powojennej Polsce posługiwali się takimi samymi metodami, jak gestapo. Jeden z podwładnych Rypińskiego pojechał do Łęgu z prokuratorem, pokazywał, gdzie zakopywano ludzi. Zmarł niedawno. Był ostatnim żyjącym świadkiem powojennego dramatu w Łęgu. Całkiem niedawno zmarł także Jakub Krajewski, który nigdy nie był sądzony za swoje zbrodnie.
Po emisji filmu w “Polsacie” do IPN-u dzwonili ludzie z pytaniem, czy wiadomo, gdzie są groby ich ojców. W kilku przypadkach uda się to ustalić. Poza tym Instytut wzbogaci swoją kolekcję zdjęć osób zamordowanych. Chociaż czy aż tyle, bo miejscowa ludność nie chce rozmawiać o dramatycznych losach powojennych. Niektórzy mówią wprost, że się boją. Czyżby upiory przeszłości nie spały?
Elżbieta Grzybowska




Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości