Jesień życia to zbieranie plonów przeżytych długich lat. Przez ten czas człowiek zdążył już zebrać wiele doświadczeń. To one nadają tej jesieni prawdziwie bogatych, nasyconych kolorów, albo przemieniają życie w pełną nostalgii, smutną i zimną, ziejącą pustką listopadową noc. Czy poddamy się, wszystko zależy od nas. Życie przecież nikogo nie rozpieszcza. Janina Oziemblewska ma 82 lata. Jest tryskającą energią i humorem starszą panią. Podobnie zresztą jak 77-letnia Janina Pietruszewicz. One znają prawdziwe kolory jesieni, lata i wiosny i cieszą się nimiObydwie panie spotkałam w Klubie Osiedlowym przy ul. Łukasiewicza. To było wydawać by się mogło zwykłe spotkanie, na którym prezentowano wystawę rękodzieła członkiń Klubu Seniora. W dużym pokoju panie porozkładały ręcznie robione i bardzo pracochłonne serwetki, wełniane czapki, sweterki, sukienki dla dzieci, autorstwa: Teresy Trzcińskiej, Stefanii Mokrzanowskiej, Anny Kordalii. W kącie, na przybranym białym obrusem stole, stały wełniane cudaki: kaczki, gołębie, napuszony kot i czarny jak smoła diabeł.
- To wszystko powstało z mojej starej głowy. Nie widzę stworzenia, ale wszystko jestem w stanie wymyślić. Wszystko z własnej pamięci, a mam już 82 lata – zaznacza starsza uśmiechnięta pani. Jej nietypowa pasja pojawiła się w chwili odejścia na emeryturę. Przez kilkadziesiąt lat współpracowała z Harcerskim Zespołem Pieśni i Tańca “Dzieci Płocka”.
– Prasowałem, szyłam, haftowałam, robiłam tam, co mogłam. Potem za swoją pracę zostałam nawet odznaczona. Ale co robić, gdy już człowiek nie jest nikomu potrzebny? Wcześniej nie było czasu o tym myśleć.
Mąż pani Janiny umarł w wieku 45 lat. - Nikt mi nie pomagał. Sama wychowałam pięcioro dzieci i dopiero, gdy dorosły i poszły na swoje, postanowiłam wyjść za mąż ponownie. Dziś mam już 19 prawnuków i 24 wnuki. Najmłodszym pociechom nie daję moich zwierzaków. Serce by mi pękło, gdyby je popsuli. Starsi ich nie chcą. Mówią, że to babci praca. Dałam więc swoje cudaki do przedszkola nr 17 i nr 19 oraz do domów dzieci niepełnosprawnych. No i tu do klubu.
Każdego miesiąca powstają nowe prace. - Przecież im człowiek więcej pracuje, tym mniej myśli o starości, tym dłużej będzie żył – przekonuje Janina Oziemblewska i wciąż kupuje kolejne motki wełny. - Nie robię teraz na drutach innych rzeczy. Wzrok na to nie pozwala.
Chciałaby swoje cudaki pokazywać ludziom. – Miałam na razie jedną wystawę w Warszawie. Ale przecież przy okazji różnych imprez można by prezentować działalność emerytów i rencistów. Tylu z nas przecież coś robi. O sprzedaży nie myślę. Kiedyś, ktoś chciał mi dać za maskotkę 5 zł, a przecież to kosztuje znacznie więcej.
Jedną maskotkę robi w trzy godziny, później wypycha ją dobrą wełną. Mąż też pomaga i robi z drutów nogi. Pani Janina pokazuje mi z dumą swoją ulubioną maskotkę - szarego kota, którego nikomu nie odda. - Jak już nie będę mogła patrzeć na oczy, to chociaż sobie podotykam moje cudaki. Znam je przecież wszystkie na pamięć, są porozstawiane na regale. Jak przyszedł do mnie ksiądz po kolędzie, to koniecznie chciał do mnie wrócić. Pytam się czy na herbatkę, a on na to, że nie, raczej do muzeum. Sama jak nie mogę usnąć, to też na nie patrzę. Dochodzę do połowy regału i zasypiam. To lepsze niż proszek nasenny – śmieje się pani Janina, która podkreśla, że na zdrowie absolutnie nie narzeka. – U lekarza byłam może z 10 lat temu. Mam 82 lata, a czuję się na 50. Wszystko dlatego, że uprawiam gimnastykę. Jak tylko dostanę emeryturę, to lecę do sklepu i robię zakupy. Wracam później obładowana torbami. To mnie utrzymuje w świetnej kondycji – dodaje ze śmiechem aktywna seniorka.
Sweter za mąkę
Życie 77-letniej Janiny Pietruszewicz również obraca się wokół wełny. - Miałam siedem lat kiedy zaczęła się niemiecka okupacja. Pamiętam, że nastała wtedy ogromna bieda. Chleb był na kartki i to jeszcze w małych ilościach, nie mówiąc już o innych produktach. Moja siostra przed wojną ukończyła siedem lat szkoły powszechnej. Nauczyła mnie i moją sześcioletnią wtedy siostrę robótek na drutach. Ludzie we wsi przynosili nam po kryjomu wełnę, bo nie wolno było za okupacji używać wełny owczej, a myśmy robiły swetry. Jedna rękaw, druga ściągacze, trzecia przód lub tył. Za te swetry dostawałyśmy np. mąkę. Mama szła do sąsiadów piec chleb i już przez kilka dni mieliśmy co jeść. Innym razem ktoś nam kurę przyniósł, a to połeć słoniny za zrobienie skarpet albo kapci, rękawiczek, szalików i czapek. Robiłyśmy na drutach do późnych godzin nocnych. Zdarzało się, że SS-mani pukali karabinem w okno, by gasić światło. Paliłyśmy wtedy lampy naftowe i robiłyśmy dalej. Trzeba było za coś żyć. Tata był listonoszem, a nas było sześcioro dzieci.
Po wojnie pani Janina pracowała jako kelnerka na lotnisku w Dęblinie. Poznała tam męża, technika samolotowego. - Mąż nie chciał zostać w wojsku. Zamieszkaliśmy w Strzelcach Kujawskich, gdzie 17 lat był zawiadowcą stacji. Znów robiłam ludziom ze wsi wełniane sweterki i bluzki. Tak zarabiałam, bo z pensji kolejowej nie wyżyłaby nasza pięcioosobowa rodzina. Za komuny wojskowych emerytów przenosili do Płocka albo do Nowego Dworu i tak znalazłam się w tym mieście – opowiada pani Janina. Mija siódmy rok jak jej mąż nie żyje. - Ale przeżyliśmy wspólnie 50 lat i trzy miesiące. Wychowaliśmy trójkę dzieci. Wszystkie nauczyłam robić na drutach i na szydełku, teraz sama swoim prawnukom robię ciepłe wełniane kamizelki i kapetki. Wszystkich rozpieszczam też wypiekami i jeżdżę po świcie. Nie siedzę w domu. W wolnych chwilach przychodzę do klubu na Łukasiewcza. Dzięki temu miałam pierwszą w życiu wystawę. To też jest ważne – przekonuje starsza pani i częstuje mnie najlepszą babką, jaką kiedykolwiek jadłam.
W klubie przy Łukasiewicza mogłabym spotkać jeszcze niejedną mistrzynię rękodzieła artystycznego, która potrafi cieszyć się życiem i dzielić się tą radością z innymi. Tego dnia miałam szczęście i spotkałam aż dwie takie panie.
Tekst i fot. BeeS
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze