Pieniądze i sława to przypadłości, których skutkiem bywa często drenaż umysłów i serc u osób nimi dotkniętych, odsączenie wszelkich życiodajnych substancji, a w końcu staranne zasuszenie wypełniających głowę i klatkę piersiową skorup, by mogły pełnić rolę wygodnych, poręcznych protez.Chorego można zwykle rozpoznać po tym, że z mechaniczną sprawnością, bez śladu emocji, prawie automatycznie pokonuje większość trudności życiowych, jakie od normalnego człowieka wymagają niemałego zachodu i wyrzeczeń, lecz w sytuacjach domagających się czynnego, spontanicznego, nie ujętego w szczegółowej instrukcji obsługi użycia któregoś z obumarłych organów, okazuje on rozbrajającą bezradność. A ta kończyć się może dziecinnymi wybuchami gniewu lub płaczu. Dotychczasowy podziw i zazdrość reszty społeczeństwa, w przypadku wyjścia na jaw kłopotliwych i zawstydzających objawów tej szczególnej odmiany autyzmu, zastępuje zwyczajne współczucie. Światy polityki, międzynarodowych finansów, arystokratycznych rodów czy zawodowego sportu przypominają momentami zamknięte szpitale psychiatryczne. Wstęp do nich ma tylko najbliższa rodzina i współpracownicy pensjonariuszy, o których zmaganiach z chorobą dowiadujemy się jedynie przy okazji jakichś wyjątkowo spektakularnych wyczynów, ataków furii, niepohamowanej namiętności, albo wymykających się spod kontroli sanitariuszy – czyli rzeczników prasowych, osobistych ochroniarzy, sekretarzy i asystentów – publicznych seansów głupoty i otępienia. Zadziwiająco podobnych u narażonych na częste fizyczne urazy głowy zawodowych bokserów i wykonujących, wydawać by się mogło, bezpieczną, biurową pracę członków rządu czy szefów partii politycznych. Poza tymi sezonowymi skandalami cała reszta ich życia pozostaje ukryta przed niezdrową ludzką ciekawością i strzeżona tajemnicą lekarską. Wyjątkiem od zasady pozostają światy sztuki i rozrywki, pomieszane we wrzącym tyglu kultury masowej. Tutaj wszelkie symptomy zarażenia skutkami wielocyfrowego konta bankowego czy miłości tysięcy wielbicieli oraz spowodowanej nimi odchylenia od normy, neurozy, fobie i fiksacje, są jak najmilej widziane. Zastępują bilet wizytowy w snobistycznym towarzystwie, a przy okazji bywają najbardziej skuteczną reklamą. Szczególnie muzyczny show biznes – napędzany teledyskami i sesjami fotograficznymi, artykułami w pismach muzycznych i plotkarskimi rubrykami w kolorowych niczym wenezuelskie seriale tygodnikach – coraz bardziej przypomina pensjonat dla nie zrównoważonych psychicznie, tym jednak różniących się od tradycyjnych tego typu placówek, że ten jest dostępny dla zwiedzających, na terenie nie obowiązuje cisza, zaś wpatrzeni zezem w czubki własnych nosów pacjenci, nawet nie myślą o oddaleniu się poza ogrodzenie. Czterech mężczyzn z bagażami Oglądając okładkę nowej płyty grupy U2, gdzie widać czterech uchwyconych przez obiektyw dość przypadkowo i niedbale mężczyzn z podróżnymi torbami, pośrodku zanurzonej w łagodnym, szarym świetle hali lotniska czy dworca, zdałem sobie sprawę, że zdjęcie przedstawia jeden z najpopularniejszych od dobrych kilkunastu lat zespołów na świecie, którego płyty kupiło przez ten czas wiele milionów wielbicieli z różnych kontynentów i którego koncerty są w stanie zapełnić całe stadiony publicznością, wniebowziętą samym faktem uczestnictwa w rockowym misterium. Zdałem sobie sprawę, że celowo nie ostra, dbająca raczej o uchwycenie specyfiki czasu i miejsca, niż o sportretowanie głównym bohaterów, fotografia, tak bardzo kontrastująca z rolą i znaczeniem grupy w muzycznym biznesie, a także z artystycznymi ambicjami muzyków, to element przemyślanej strategii. Strategii, której celem jest uniknięcie pułapki zastawionej przez pieniądze i sławę, zachowanie przynajmniej cienia spontaniczności, prostoty i anonimowości, uratowanie wynikającego z nich daru wyobraźni i wrażliwości oraz wewnętrznych organów za wyobraźnię i wrażliwość odpowiedzialnych, czyli umysłu i serca. W przypadku muzyków U2 jest to tym trudniejsze, że są rozpoznawani na ulicy, codziennie tropieni przez żądną mocnych wrażeń prasę i pałających agresywnymi uczuciami fanów, a jednocześnie drążeni od środka przez rozwijające się w takich warunkach, jak na najlepszym nawozie, pasożyty zarozumiałości, arogancji i zapatrzenia w siebie. Niepozorne, czarno-białe zdjęcie, banalne torby, nie zwracające uwagi ciemne ubrania, niewyraźne, rozmyte twarze, nie zdradzające zainteresowania obiektywem aparatu, który także przygląda się im raczej obojętnie – to z pewnością za mało, by zdjąć z ramion ciężar sławy, ale przy pierwszym kontakcie z płytą robi o wiele lepsze wrażenie od strojących zarozumiałe miny lub głupio uśmiechniętych wykonawców na okładkach płyt z sąsiednich półek w sklepie. Sugeruje, że być może ważniejsza od nienagannego stanu wyszczerzonego uzębienia, rozmiaru i jędrności wypiętego biustu czy pośladków, intensywności wyrazu narkotycznie wytrzeszczonych oczu jest w tym wypadku sama zawartość kompaktowego krążka, pełna autentycznych emocji, ożywcza i autentyczna, a przy tym zwyczajnie mądra muzyka. 20 lat później Trzeba przyznać, że w przypadku zawrotnego sukcesu U2 i gwałtownego awansu z funkcji prowincjonalnego rockowego bandu z Dublina (lata 1975-80) do statusu międzynarodowej gwiazdy, dyktującej warunki i mody (począwszy od wydania w 1987 r. najpopularniejszego albumu „The Joshua Three”, uznanego przez krytykę i miliony wielbicieli za jedną z najlepszych płyt dekady), uniknięcie typowych chorób infekowanych przez pieniądze i sławę wydawało się prawie niemożliwe. Cóż, bywało różnie. Szczególnie wokalista i lider grupy Bono miewał niebezpieczne ataki politycznej aktywności czy mistycznego zacięcia, kreując się na rockowego proroka z dostępem do mass mediów, czyli możliwościach technicznych znacznie lepszych niż Chrystus, Mahometi Budda razem wzięci. Nowa płyta U2 dowodzi jednak, że okres burzy i naporu grupa ma już za sobą i może się skoncentrować na tym, co potrafi robić najlepiej, czyli na komponowaniu i graniu. „All That You Can’t Leave Behind” to album na pewno nie tak oryginalny i frapujący artystycznie jak poprzednia płyta grupy, zatytułowana przekornie „Pop”. Tym razem jednak tytuł można brać całkiem serio („Wszystko, czego nie możesz zostawić za sobą”), bo towarzyszy mu muzyka stanowiąca krótki przegląd stylów i środków z okresu, gdy grupa dopiero wspinała się na szczyty popularności. Krążek wypełniają rasowe, dynamiczne, ale zarazem melodyjne utwory z wyrazistymi partiami gitary, chwytliwymi refrenami i ekspresyjnymi wokalizami Bono. Przeboje w rodzaju „Beautiful Day” czy „New York” uzupełnione zostają według sprawdzonych dobrych 20 lat temu proporcji lirycznymi, nastrojowymi kompozycjami, z których najlepsza jest zamykająca album „Grace”. Na całej płycie słychać wyraźnie nieprzemijającą, mimo upływu lat, radość zespołowego grania. Słychać wyraźnie, że utrzymujący się przez ćwierć wieku niezmienny skład grupy nie jest tylko kreowanym dla potrzeb reklamy wizerunkiem, ale kryje za sobą coś więcej. Słychać, że w muzyce i samym istnieniu U2 chodzi o coś więcej niż dopisanie kolejnych zer do bankowego konta, kolejne plakaty na drzwiach fanów oraz kolejne, jeszcze większe telebimy i jeszcze efektowniejsze lasery na koncertach. Powrót do prostoty i bezpretensjonalności, który sygnalizuje zdjęcie na okładce to wyzwanie rzucone pieniądzom, sławie i przychodzącemu wraz z nimi stopniowemu zatracaniu wyobraźni i uczuć, obumieraniu umysłu i serca. Maciej Woźniak Za płyty i życzliwość dziękujemy stoisku płytowemu „Swing” w Domu Handlowym TSS, na I piętrze.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze