Serial wyborczy za nami i wypadałoby zmienić temat, to znaczy po kilku tygodniach monotonii (wiele żon to poligamia, a jedna to… monotonia) i zająć się wreszcie sprawami poważnymi. Jednak zima nie nadchodzi, doroczne zaskoczenie drogowców opadami śniegu jeszcze nie nastąpiło, most nadal nieczynny… Sezon ogórkowy, zatem nie pozostaje nic innego, jak napisać coś o polityce. Wybory zakończyły się wprawdzie bez niespodzianek, ale już pierwsza sesja nowo wybranej Rady Miasta dostarczyła obserwatorom niejakich atrakcji. Może nie tym, którzy znają kulisy lokalnej polityki, ale postronnym obserwatorom na pewno. Podzielił się trzeci co do wielkości klub radnych. Trójka przystąpiła do koalicji wspierającej urzędującego prezydenta, dwaj panowie pozostali w opozycji. Z perspektywy krajowej takie podziały nie zaskakują, bo miały miejsce i gdzie indziej. Rodzą się jednak pytania. Czy radny (poseł, senator – niepotrzebne skreślić, tylko się za bardzo nie rozpędzać – jakaś władza jednak jest w kraju potrzebna) jest człowiekiem wolnym w takim stopniu, że może w trakcie kadencji dowolnie zmieniać poglądy i barwy polityczne? Czy nie został aby „wynajęty” przez swoich wyborców do reprezentowania na forum rady ich poglądów i interesów?
Nie jestem wprawdzie wytrawnym znawcą demokracji, nie żywię też do tego ustroju zbyt wielkich złudzeń, ale problem wydaje się wart rozważenia. Oczywiste jest, że człowiek jest wolny i do zmiany poglądów ma prawo. Ale ma to prawo jako osoba prywatna. A jako przedstawiciel elektoratu? Wydaje się, że nie! Czy dopuszczalne jest na przykład, by adwokat znienacka zamiast bronić klienta zaczął go oskarżać? Albo menedżer zamiast promować produkty swojej firmy reklamował ofertę konkurentów? Oczywiście pierwszy może uznać, że klient nie zasługuje na obronę, a drugi dojść do wniosku, że wyroby firmy, którą kieruje to w porównaniu z ofertą konkurencji „barachło”. Tyle, że zanim zaczną z owych odkryć czynić użytek na forum publicznym, powinni swoim mocodawcom wypowiedzieć umowę! A polityk, który zmienił poglądy – zrezygnować z mandatu. Tak by wyglądał polityczny bą tą, sawuar wiwr i fer plej.
Oczywiście politykom należy zostawić pole manewru, przynajmniej w sprawie taktyki. To czy wejść w koalicję i rządzić, czy też pozostać w opozycji nie powinno być przedmiotem konsultacji z „elektoratem”. W końcu to polityk jest fachowcem i on wie najlepiej jaka taktyka jest w danej chwili najbardziej skuteczna. A gdyby jakiś „elektorat” miał inne zdanie w tej kwestii, to nic nie stoi na przeszkodzie, by samemu zakasał rękawy i zabrał się do czynnego uprawiania polityki. Jak daleko jednak te „uprawnienia” mają sięgać? Czy zmiana przynależności partyjnej nie może być elementem taktyki? Chyba jednak nie. To partia bowiem składa ofertę polityczną wyborcom i partia ponosi odpowiedzialność za jej realizację. A jak się z tej obietnicy wywiązać, to właśnie sprawa taktyki, którą wypada ustalać na płaszczyźnie wewnątrzpartyjnej, a nie w drodze migracji między partiami.
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze