Pierwsze dni nowego roku upływają nam zdecydowanie pod hasłem „afery lustracyjnej” w polskim kościele. W każdym razie media o niczym innym nie mówią. Przy czym emocje narastają, niczym w poprawnie skonstruowanym filmie sensacyjnym. Nie chcę przez to powiedzieć, że mamy do czynienia z precyzyjnie realizowanym przez jakiś „układ” scenariuszem. W każdym razie nie umiałbym poprzeć takiej tezy żadnymi dowodami. Mają za to niezbite dowody ci, co stoją na stanowisku, że... No, właśnie! Że co? Czego „niezbicie dowodzą” opublikowane właśnie w Internecie papiery? Przestudiowałem je dokładnie i z pewnością można stwierdzić jedno: nieprawdą jest, jakoby „figurant” (to określenie „fachowe” panów ze służb) „niczego nie podpisywał”. Są tam bowiem dwa „kwity” podpisane przez niego – w obu przypadkach pseudonimami. O ile zatem podpisy te nie zostały podrobione – mamy do czynienia z, mówiąc delikatnie, mijaniem się z prawdą. No, ale to już robota dla grafologa. Ja, amator wiarygodnej oceny wystawić nie potrafię.Cała reszta tych papierów to zapiski panów ze służb formułowane w taki sposób, iż trudno jednoznacznie stwierdzić, że mieli do czynienia ze współpracownikiem szczególnie gorliwym. Przeciwnie, z tego co zapisali wynika, że tak naprawdę żadnych poważnych zadań stawianych „figurantowi” tenże nie wykonał, albo wykonał, ale z przedstawionych zapisków nijak nie można dociec, z jakim rezultatem. Poprzestaje się bowiem na stwierdzeniach: odbyłem rozmowę z agentem na temat..., agent przekazał informacje dotyczące... Brak jakichkolwiek szczegółów, raportów pisanych ręką „figuranta”... Zaś tam, gdzie miał on wykonać ważne zadania – na przykład przeniknąć do struktur polskiej rozgłośni radiowej za granicą, rezultatów brak, a komentarz głosi, że „figurant” wykazał się biernością i brakiem zaangażowania w realizację powierzonej mu misji. Zatem podsumowując trzeba stwierdzić, że gdyby literalnie rozumieć słowo „współpraca”, to mamy tu do czynienia raczej z jej unikaniem. W miarę możliwości oczywiście...
Czy zatem problemu, moim zdaniem, nie ma? Czy został sztucznie rozdmuchany? Nie, problem jest. A nawet dwa. Po pierwsze, na tak kluczowym stanowisku w kościelnej hierarchii wolałbym widzieć człowieka mniej, powiedzmy, „skłonnego do kompromisów”, a po drugie – bardziej skutecznego w korzystaniu z zasobów własnej pamięci. Jako naukowiec pamięć ma bowiem na pewno dobrą i „wygrzebanie” z niej faktu, że jednak jakieś podpisy w pewnych okolicznościach były złożone nie powinno stanowić większego problemu... I jeszcze jedno. Nasi radni, decydując o tytule honorowego obywatela miasta, wykonali krok, który jakoś kojarzy mi się z określeniem użytym ongiś przez sławnego reżysera na określenie bojkotu telewizji przez aktorów w stanie wojenyym. Sytuacja jest może nieadekwatna, ale sam termin... Nie przytoczę go, kto dociekliwy na pewno znajdzie...
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze