Opowiedzianą historię przedstawiamy w pierwszej osobie, tak, jak została nam przekazana. Trochę ku przestrodze, a trochę po to, żeby opowiedzieć los kobiety, która nie rozumie, dlaczego po 35 latach małżeństwa została potraktowana przez swego męża jak rzecz, której należy pozbyć się z domu. Dziś bardzo żałuje, że mu uwierzyła, ufając, iż wszystko może jeszcze zmienić się na lepsze. Stało się jednak odwrotnie.- Moje małżeństwo nie należało do udanych, ale mijały lata, dorobiliśmy się własnego, dużego mieszkania w bloku w Płocku. Synowie się usamodzielnili, zostaliśmy sami – opowiada pani Stanisława. Wtedy mąż postanowił spełnić swoje marzenie sprzed lat i po przejściu na emeryturę zamieszkać na wsi, w swoich stronach rodzinnych. Wypatrzył dom do kupienia w gminie Słubice. Wahałam się, nie bardzo chciałam się przeprowadzać poza miasto, ponieważ od 10 lat opiekuję się moją dziś 77-letnią matką, która jest niepełnosprawna, a mieszka samotnie. Długo nie chciałam się zgodzić, ale mąż przekonywał, że moja matka na wsi też będzie mieć lepiej niż obecnie. Mamę przekonywał, że będzie mogła na wsi wypoczywać, ale te argumenty jednak nie trafiały jej do przekonania. Ja za to wreszcie uległam. Miałam nadzieję, że po przeprowadzce sytuacja rodzinna się unormuje i po prostu będzie lepiej. Zgodziłam się na sprzedaż naszego wspólnego, własnościowego mieszkania w bloku, wszystko zostało załatwione u notariusza za moją zgodą. Sprzedaż mieszkania okazała się bardzo korzystna finansowo, bo dom na wsi był tańszy. Kolejne lata małżeństwa chciałam spędzić w spokoju, od kilku lat jestem na emeryturze (przepracowałam 30 lat).
Bardzo się pomyliłam. Kiedy dwa lata temu zamieszkaliśmy na wsi, zaczął się dramat, mąż pokazał swoje prawdziwe oblicze. Wszystko przestało mu się się podobać, wszystko go drażniło. Nie chciał przywieźć na wieś mojej matki. Szybko zaczęłam żałować swojej decyzji. Pół wsi to rodzina męża, m.in. mieszka tam jego dwóch braci. Wciąż przychodzili jacyś znajomi, czuli się u nas bardzo dobrze, za to ja czułam się coraz bardziej obco. Nie mogłam przywozić matki, ponieważ mąż źle ją traktował. Sytuacja pogarszała się z dnia na dzień. Wreszcie doszło do tego, że mąż zaczął mnie wyrzucać z naszego wspólnego domu. Złożył wniosek o separację, drzwi w domu zaczął zamykać na klucz, z czasem porobił nowe zamki w drzwiach. Urządzał awantury z byle powodu.
Moja gehenna trwa już półtora roku. Obaj synowie starali się z ojcem rozmawiać, ale bez skutku. Mąż zachowuje się jak psychopata. Posuwa się do rękoczynów (interweniowała policja), wmawia, że ja tu nic nie mam. Utarła się opinia, że jak on nie pije, to jest dobrym człowiekiem, dobrym mężem, a on jest bardzo agresywny, w domu wciąż prowokuje awantury, bije, znęca się. Skierowałam sprawę do sądu, mąż dostał trzy miesiące w zawieszeniu na trzy lata i przez dwa lata nadzór kuratora. Na sprawie adwokatka męża pytała, po co walczę o rodzinę, skoro mąż nie chce ze mną być. Przeciwko mnie miał świadczyć fakt, że nie mam obdukcji po pobiciu.
Moja mama nie mogła z nami zamieszkać, więc muszę do niej jeździć kilka razy w tygodniu. Mam ponad 480 zł renty, a dojazdy kosztują. Mąż pracował w Orlenie, dużo zarabiał, ma akcje, nigdy mi tych pieniędzy nie dawał, teraz pobiera zasiłek przedemerytalny. Sąd w Płocku przyznał mi 150 zł alimentów miesięcznie od listopada na dojazdy do mamy, ale mąż ani razu mi ich nie dał. W sierpniu założył sprawę rozwodową. Boję się, że zostanę z niczym. Mąż jest u siebie, zabrał samochód, czuję się ze wszystkiego okradziona.
Od dwóch lat jestem pogrążona w depresji i ofiarą przemocy. Boję się, że po rozwodzie mąż posunie się do jeszcze gorszych rzeczy. Już teraz wygraża, że umrę z głodu i zimna – wyłączył mi centralne ogrzewanie, kiedy złożyłam wniosek o alimenty. Podczas interwencji policjant poradził mi, żebym z mężem rozmawiała tylko przy świadkach. Moje nerwy są na wyczerpaniu, znacznie pogorszył się stan zdrowia. W ciągu ostatnich dwóch lat dwa razy byłam leczona kardiologicznie, czeka mnie operacja oka. Zaczęłam szukać wsparcia w instytucjach pomagających ofiarom przemocy, ale boję się, że po rozwodzie będzie jeszcze gorzej. Mąż nie chce ugody ani kompromisu. Jest mściwy. Powiedział, że mnie zniszczy. Wszyscy wiedzą, że ma inną kobietę i że to przez nią będzie rozwód. Boję się, że po rozwodzie zamieszka ona pod naszym dachem. Nie walczę o meble czy inne dobra, chciałabym tylko, żeby na sprawie rozwodowej mąż zgodził się przeprowadzić do tej strony domu, w której obecnie ja mieszkam – to przy niej znajduje się brama, będzie mógł do woli przyjmować znajomych, a ja nie będę musiała się z tymi wszystkimi ludźmi kontaktować. W wigilię Bożego Narodzenia siedziałam sama w swoim pokoju i płakałam, a za ścianą mąż przyjmował gości. W najczarniejszych snach nie przypuszczałam, że takie będzie moje życie – mówi zrozpaczona kobieta.
Zanotowała (eg)
Komornik z Gostynina wyjaśnił nam, że pani Stanisława może złożyć do sądu wniosek, do jakiego odrębnego majątku męża może odwołać się sąd i ewentualnie zająć go z powodu niepłacenia żonie alimentów. Niestety, główny bohater opowiedzianej historii nie chciał z nami rozmawiać.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze