W „Castorpie”, najnowszej powieści Pawła Huellego, tak dobrej jak wszystkie poprzednie, jest scena znakomita. Młody bohater, znany nam dobrze z „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna Hans Castorp, student Politechniki Gdańskiej, kupuje bilet tramwajowy i wręcza niesympatycznemu konduktorowi odliczoną co do feniga sumę. Otrzymuje bilet i resztę. Zdumiony sytuacją, przeczuwając prawdopodobieństwo pomyłki, natychmiast honorowo interweniuje: „Przejazd ulgowy mi nie przysługuje. Ściśle rzecz biorąc, studentem będę od jutra, to jest od dnia immatrykulacji!” Na co słyszy taką odpowiedź: „Formalność to nie to samo co faktyczność. Jedź pan spokojnie i nie zawracaj sobie głowy”. Co za czasy, co za logika. Rzecz dzieje się na początku XX wieku.
Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu wydał parę dni temu precedensowe orzeczenie w sprawie pewnej Francuzki wietnamskiego pochodzenia, której w drodze potwornej pomyłki lekarskiej usunięto 6-miesięczną ciążę. Pani Vo oskarżyła szpital o nieumyślne zabójstwo dziecka i …przegrała. Odwołała się do Trybunału w Strasburgu, powołując się na złamanie art. 2 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, chroniącego ponoć prawo człowieka do życia. I …przegrała po raz drugi. W uzasadnieniu werdyktu pojawiły się sformułowania kuriozalne. „Sąd uznał, że kwestię, kiedy rozpoczyna się prawo do życia, należy rozpatrywać na poziomie narodowym. Nie ma w Europie konsensusu dotyczącego tego, kiedy z naukowego lub prawnego punktu widzenia rozpoczyna się życie”. I dalej: „Sąd był przekonany, że w obecnej sytuacji odpowiedź na abstrakcyjne pytanie, czy nienarodzone dziecko (uwaga: użyto słowa „dziecko”!) jest człowiekiem z punktu widzenia art. 2 Konwencji, nie jest ani pożądana, ani możliwa”.
Wygląda więc na to, że doczekaliśmy czasów, w których o tym, od kiedy przysługuje prawo do życia Francuzom, Niemcom, Włochom, czy Polakom, będą decydować ich parlamenty krajowe. „Gazeta Wyborcza” taki werdykt nazwała entuzjastycznie Salomonowym (przecież powstrzymał delegalizację aborcji w całej Europie), „Nasz Dziennik” legislacyjnym skandalem. W każdym razie wyrok nie zapadł jednogłośnie. Trzech sędziów było odmiennego zdania. To niewiele, ale i tak powstała spora rysa w rozumowaniu, które legło u podstaw orzeczenia. Czyżby jednak ktoś upomniał się o faktyczność, choć to sprawa „niepożądana” i „niemożliwa”?
A to się porobiło z prawami człowieka. A przecież uznaje się je niemal powszechnie za wielką zdobycz cywilizacji Zachodu. Stały się nawet czymś w rodzaju nowej religii liberalnej demokracji. Wydawało się dotąd, że rozpoznano w nich szczególne uprawnienia przysługujące człowiekowi tylko i wyłącznie z tej racji, że jest człowiekiem. A to coś znaczy. Są to więc prawa ponadnarodowe, uniwersalne, niezależne od woli ustawodawcy któregokolwiek z państw. Jego zadaniem jest co najwyżej uruchomić mechanizmy ochrony tych praw. Jednym zaś z mechanizmów ponadnarodowych miała być wspomniana Konwencja, na straży której od 1959 roku stoi Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Czy w świetle orzeczenia z 8 lipca nadal stoi w sposób wolny od ideologicznych przekłamań? Sędziowie bliżsi byli mądrości Salomona czy gestu Piłata?
No bo jak chronić prawa człowieka, jeśli na poziomie najwyższej instytucji w Europie do tego powołanej nie wiadomo dziś, od kiedy prawo to człowiekowi przysługuje, a pytanie o ten fakt wydaje się jurystom nazbyt abstrakcyjne, zaś odpowiedź na nie niepożądana (to się nazywa szczerość) i niemożliwa (w epoce nauki?). Co zatem oznaczają zapisy w kodeksach cywilnych państw europejskich: „na to, aby wejść w posiadanie darowizny lub spadku, wystarczy być poczętym”? Co oznacza zapis w ONZ-etowskiej Deklaracji Praw Dziecka z 1959 roku: „Dziecko z racji braku dojrzałości fizycznej i umysłowej potrzebuje specjalnej opieki, nawet prawnej, zarówno przed urodzeniem, jak i po urodzeniu”?
Które rozwiązania formalne bliższe są faktyczności? To pilne pytanie i wcale nie abstrakcyjne, i trzeba na nie odpowiedzieć na poziomie ponadnarodowym, a odpowiedź wydaje się i pożądana, i chyba możliwa. Udzieliło jej zresztą już wielu wybitnych specjalistów medycyny prenatalnej i zna je przecież każdy oczekujący potomstwa rodzic. Czeka przecież na urodzenie…, no kogo…?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze