Reklama

W Golubiu z Anną Wazówną

28/07/2004 12:28
Anna Wazówna, rodzona siostra Zygmunta III Wazy, do piękności nie należała. Podobno ze względu na nieustanny trądzik bała się pokazywać ludziom i chadzała po rozległym Zamku Golubskim jedynie nocą. Poza tym była chorowita od urodzenia. Niedostatki urody rekompensowała jednak mądrością i dobrocią: była kobietą wykształconą, znała się na sztuce lekarskiej, pomagała okolicznej ludności. Przymioty charakteru nijak nie wpłynęły jednak na jej życie osobiste: zmarła w panieństwie w wieku 57 lat w roku Pańskim 1625. Ale duch Szwedki po dziś dzień przechadza się nocami po korytarzach średniowiecznego Zamku w Golubiu-Dobrzyniu na Kujawach.
Chcecie, to wierzcie, chcecie nie wierzcie. Legenda mówi także, że dusza Anny Wazówny – onegdaj starościny Zamku, wnuczki Bony Sforzy i Zygmunta Starego, niemal bezszelestnie wędruje po krużgankach i komnatach zamku golubskiego, jedynie dając o sobie znać od czasu do czasy trzaskaniem drzwi, skrzypieniem podłogi i tajnymi szelestami. Zawsze pojawia się jednak ludziom podczas Sylwestra Sław, czyli balu sylwestrowego, w którym uczestniczą polscy notable i milionerzy. W jednej z sal zamku wisi portret królewny, ale mankamenty urody skwapliwie na nim pominięto.
Gwoli sprawiedliwości dziejowej trzeba jednak wzmiankować, co działo się w Golubiu przed Anną Wazówną. Warowny zamek w Golubiu-Dobrzyniu (oba miasta dzieli Drwęca, administracyjnie połączyły się dopiero w 1951 r.) zbudowano w latach 1293-1306, przy szlaku handlowym łączącym ziemię chełmińską z Mazowszem. Po zajęciu ziemi chełmińskiej przez Krzyżaków Drwęca stała się rzeką graniczną: oddzielała ziemie Zakonu od ziem polskich. Po kongresie wiedeńskim zaś oddzielała ziemie zaboru pruskiego od zaboru rosyjskiego. W historii współczesnej miasto też nie uniknęło podziałów: przebiega przez nie granica dwóch diecezji: płockiej i włocławskiej.
W siedzibie komtura
Budowniczowie zamku umiejscowili go na cyplu wysoczyzny wysuniętym w kierunku miasta (widać stąd rozległą i malowniczą panoramę całego miasta). Dostępu do warowni broniły stromo opadające skarpy, można było do niego wjechać jedynie od strony zachodniej. W piwnicach znajdowały się spiżarnie oraz więzienny loch. Na parterze mieściła się kuchnia, piekarnia, warsztaty i wartownia. Na pierwszym piętrze mieściła się kaplica, kapitularz – sala zebrań, refektarz – czyli stołówka, dormitorium – sypialnia, infirmeria – sala dla chorych. W zachodnim skrzydle zamku mieszkał komtur, a na drugim piętrze (dziś hotel) mieściła się spiżarnia i skład broni. Osobnym murem otoczone było podzamcze, na którym znajdowały się stajnie, warsztaty i spichrze. Był też most zwodzony, nie pomógł on jednak Krzyżakom, bo w 1422 r. zamek zdobyły i zniszczyły wojska polskie, podczas tzw. wojny golubskiej, toczonej między Polską a Krzyżakami. Krzyżacy odbili i odbudowali zamek, Polacy odzyskali go ostatecznie w 1454 r., po wybuchu wojny trzynastoletniej, zakończonej w roku 1466 podpisaniem drugiego pokoju toruńskiego i powrotem pod skrzydła Korony Prus Królewskich. Golubski zamek do 1772 r. stał się siedzibą polskich starostów, swój rozwój zawdzięcza wspomnianej starościnie Annie Wazównie, która przebudowała go na styl renesansowy. Na stokach doliny Drwęcy urządzono ogrody (Wazówna pasjonowała się ziołolecznictwem), w których uprawiano uznawany za roślinę leczniczą... tytoń.
Do upadku zamku przyczyniły się wojny szwedzkie, a potem okres zaborów. Popadłą w ruinę budowlę zaczęto remontować dopiero na początku lat 60 XX w. i wciąż jest w odbudowie. Początkowo mieściły się tu różne instytucje, ale gdy w 1964 r. powołano do życia golubsko-dobrzyński oddział PTTK, zaczął się zmieniać charakter miejsca. Nad zamkiem czuwa dyrektor Zygmunt Kwiatkowski, nazywany powszechnie Kasztelanem (w jednej z sal mieści się okazały obraz Kasztelana w stroju rycerskim na koniu).
Bombarda na sprzedaż
„Zamek golubski jest na własnym utrzymaniu i sam na siebie musi zarabiać” – czytamy w broszurze o zamku. Zaiste, w Golubiu można kupić białą broń, obrazy wykonane techniką intarsji i... bombardę, czyli nieduże działko strzelnicze. Naprawdę duże – kolubryna, która grała w „Potopie” z Kmicicem vel Olbrychskim, stoi obok zamku. Przewodnik nie zapomni poinformować turystów, że w byłej kaplicy znajduje się dziura w ścianie, przez którą skazani za grzech ciężki mnisi obserwowali mszę świętą. W jednej z sali wskaże wnękę, w której trzeba pomyśleć marzenie: musi być jedno, bardzo mocno trzeba go pragnąć i nie wolno o nim nikomu mówić. Osobna historia dotyczy tzw. końskich (inaczej zaklętych) schodów, po których przed wiekami wjeżdżali na koniach wprost do komnat rycerze. Tu zdejmowali swe ciężkie zbroje, dopiero stamtąd służba odprowadzała rycerskie rumaki do stajni. Legenda głosi, że kto tymi schodami raz przejdzie, to w ciągu roku, w ważnej dla siebie chwili, zarży jak koń. Turyści, ludzie „szkiełka i oka”, ponoć w to nie wierzą, ale kronika golubskiego zamku notuje przypadki, że ktoś zarżał przy oświadczynach, przed pocałunkiem dziewczyny, a nawet na ślubnym kobiercu, zamiast sakramentalnego „tak”. Skutki były opłakane, ponieważ kawaler już nigdy przed ołtarzem nie stanął.
Poza tym Golub-Dobrzyń słynie w Polsce i świecie konnymi turniejami rycerskimi, zawodami kuszniczymi, konkursami krasomówczymi i gościnnymi mieszkańcami. Gorzej z psotnymi giermkami, którzy na dziedzińcu zamku bezkarnie porywają niewiasty i zakuwają je w dyby. Jedną z nich uratował jedynie koncept. Na pytanie, co różni wiedźmę od czarownicy, odrzekła, że jakieś sto lat. Dzięki temu została oszczędzona i katowski topór nie tknął jej łabędziej szyi. Chcąc uniknąć takich facecji, co prędzej traktem płockim podążyliśmy w kierunku Wzgórza Tumskiego.

Tekst i fot.
Elżbieta Grzybowska

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości