Mają podobne życiorysy. W Polsce chodzili do szkoły, chętniej niż koledzy uczyli się angielskiego, mieli dobre warunki w domu. Mogli w Płocku studiować, ale to im nie wystarczało. Porzucali więc beztroskie życie na studiach, utrzymanie rodziców i wyjeżdżali, by samodzielnie radzić sobie w obcym mieście, obcym kraju. Czy im się udało? Może nie do końca, ale są dobrej myśli, że spełnią swoje marzenia, że będzie im łatwiej, że żyją tylko na własny rachunek, bez oglądania się na pomoc rodziców. Tylko sobie zawdzięczają wszystko, co osiągnęli.Mieszkają w jednym bloku, w Pauline House w Whitechapel, dzielnicy Londynu. Zajmują całe mieszkanie. Mają swoje pokoje i wspólny salon, łazienkę, przedpokój i kuchnię. Wspólnie płacą rachunki za mieszkanie, czynsz 220 funtów tygodniowo oraz wodę, światło, gaz.
Maja jest w Londynie od 6 miesięcy. – Postanowiłam przerwać studia w Płocku i spróbować swoich sił w Londynie – opowiada. – Studiowałam w Wyższej Szkole Zawodowej język angielski, ale miałam świadomość, że czeka mnie najwyżej praca w szkole. A ja do takiej pracy się nie nadaję. Musiałam spróbować czegoś innego.
Po dwóch tygodniach poszukiwań znalazła pracę w barze. Mieszkała w tym czasie u swojej koleżanki Oli, która była w Londynie dobrze zadomowiona, a pracowała w jednej z linii lotniczych jako stewardesa. Ale już nie pracuje. Postanowiła się uczyć, a latanie nie sprzyjało podjęcia decyzji o rozpoczęciu nauki. Ola rzuciła pracę, wyprowadziła się z wygodnego mieszkania i rozpoczęła nowe życie.
Maja też jest pewna, że w Londynie żyje zupełnie inaczej niż w Płocku. – My wszyscy tu ciężko pracujemy, głównie w nocy, ale mamy w pracy zupełnie inną atmosferę niż w Polsce – tłumaczy. – Mamy całkowicie inny kontakt z pracodawcą, który nie traktuje nas jak niewolników. Ja pracuję w barze 4 dni, a właściwie noce w tygodniu, po 12-13 godzin, zwykle do 4 -5 rano. Moim obowiązkiem jest nie tylko obsługiwanie gości, ale też sprzątanie w lokalu. Zarabiam tyle, że wystarczy mi na mieszkanie, wyjście wieczorne z przyjaciółmi, na odlotowe ciuchy, które uwielbiam. Co prawda prowadzę nocne życie, potem długo śpię, ale to mi odpowiada.
Najważniejsze marzenie, to rozpocząć naukę. Na razie do końca nie wie, czy będzie to studiowanie języka angielskiego, czy może studia menedżerskie, których ukończenie w Londynie daje spore możliwości. Na pytanie, kiedy i czy w ogóle zamierza wracać do Płocka, z uśmiechem odpowiada, że na razie o tym nie myśli. – Ja wcale się nie zastanawiam, jak długo tu zostanę – mówi. – Na razie nie robię żadnych planów. Mam gdzie wracać, mam pracę, mam chłopaka, z którym razem pracuję. Uwielbiam tę londyńską wolność, tolerancję, że tu ludziom nie przeszkadza to, jak żyją inni.
O tolerancji mówi także Kuba, drugi ze współlokatorów. – To mi się bardzo podoba, że nikt nikomu nie zagląda do mieszkania przez okno, że ludzie żyją własnym życiem – opowiada. – Tu mieszka 14 milionów ludzi i ja jestem jednym z nich. Nikt nie zwraca uwagi na mnie, jak wyglądam, czy źle, czy dobrze, nikt nikomu nie zazdrości sukcesów.
Kuba jest w Londynie od roku. Po zrobieniu matury zdał na studia, ale jego brat, mieszkający i pracujący w Londynie złamał nogę i musiał pojechać na jego miejsce do pracy. – Nawet się przez chwilę nie zastanawiałem, choć miałem zdany egzamin na studia – mówi. – Nie żałowałem, może dlatego, że nie były to moje wymarzone studia, ale w Płocku nie ma większego wyboru. W Londynie zaczynam 9 września studia w wyższej szkole artystycznej, w Polsce miałem do wyboru tylko Akademię Sztuk Pięknych lub szkołę prywatną, za którą trzeba by zapłacić. Tu stać mnie na to, żeby zapłacić czesne w szkole, która mnie interesuje, po której będę mógł robić to, o czym marzę, czyli projektować meble i inne produkty użytkowe. Może nawet biżuterię u największych producentów – śmieje się.
Bo w Londynie wszystkie marzenia mogą się spełnić. Jeśli się ma pracę, to można robić to, o czym się marzy. Takiej możliwości nie ma w Płocku ani w Polsce. – Proszę mi pokazać takie miasto, gdzie ja, człowiek po maturze w wieku 20 lat, zarabiający nie tak wiele, mogę płacić za wynajęte mieszkanie, za jedzenie, za ubranie, a na dodatek stać mnie na opłacenie wymarzonych studiów i na wakacje za granicą. Ja mogę powiedzieć, że nienawidzę Londynu, bo tu wcale nie jest łatwo, ale to miasto daje ogromne możliwości. Choć może to nie jest nasze miejsce w życiu, ale to życie można sobie tu ułożyć, nawet lepiej niż gdziekolwiek indziej na świecie. To jest przystanek, bo ja wcale nie wykluczam, że kiedyś wrócę do Płocka, wybuduję sobie domek na przedmieściu i będę żyć z emerytury, na którą płacę w Anglii.
We wspólnym mieszkaniu mieszka też Agata z mężem i maleńkim synkiem. Ona nie pracuje, za kilka dni rozpoczyna 3-miesięczny, bezpłatny kurs intensywnego języka angielskiego. W tym czasie Kacperek będzie w bezpłatnym przedszkolu. Gdyby nie fakt, że mieszka blisko ośrodka, gdzie kurs się odbywa, dostawałaby także zwrot kosztów dojazdu. To taka pomoc dla imigrantów, by szybko zadomowili się w Anglii.
Mąż Agaty pracuje i utrzymuje całą trójkę. Nie jest łatwo. Czasami wraca z nocnej pracy, by iść po trzech godzinach snu do następnej, ale nikt im nie mówił, że tu będzie łatwiej. W Płocku pracując fizycznie, a przecież po przerwanych studiach nie ma żadnego konkretnego wykształcenia, trudno byłoby mu zarobić na utrzymanie rodziny, wynajęcie mieszkania (ponad 100 funtów tygodniowo) i jeszcze na naukę.
Bo Michał liczy na to, że uda mu „załapać” do pracy nocnej w pubie, a to pozwoli mu na rozpoczęcie studiów. Marzy o tym, by było to tworzenie stron internetowych lub studia menedżerskie. – My jesteśmy tu dopiero cztery miesiące i nie wiemy, czy i kiedy wrócimy do Polski – wyjaśnia w imieniu swojej rodziny. – Na razie ułożyliśmy sobie jakoś życie, a jest ono na pewno ciekawsze niż w Płocku. Bo my tu każdą wolną chwilę spędzamy na poznawaniu Londynu. To niesamowite miasto, wielokulturowe, w którym każdy może znaleźć miejsce dla siebie. Kiedy tu przyjechaliśmy, bez żadnego doświadczenia, nawet z kłopotami językowymi, bo przecież w Płocku nikt nie uczy języka ulicy, języka normalnych ludzi, to było bardzo trudno. Nam było łatwiej niż innym, bo byliśmy razem, trochę mniej się wtedy tęskni za najbliższymi. Musieliśmy szybko poznać i zrozumieć obyczaje mieszkających tu ludzi. A to nie było łatwe. Dziś żyjemy na własny rachunek, staramy sobie radzić z codziennymi kłopotami, których chyba tu jest mniej niż w Polsce. Sam widzę, że jesteśmy bardziej beztroscy, komunikatywni, łatwiej nam robić rzeczy i pracować w zawodach, do których w Płocku raczej byśmy się nie wzięli.
Oboje mają nadzieję, że kiedy Agata skończy kurs angielskiego znajdzie jakąś pracę, może w sklepie, a może w pubie, Kacper pójdzie do przedszkola i będzie im znacznie łatwiej niż dziś. Bo dziś nie stać ich na wielkie szaleństwa, ale przynajmniej widzieli na własne oczy, z bliska, obrazy Pabla Picassa, Andy Warhola, Fridy Kahlo, Salwadora Dali i wielu innych. Odwiedzili muzea, galerie, na razie te miejsca, gdzie wstęp jest bezpłatny. Znają już Londyn jak własną kieszeń, jak nigdy nie poznali Warszawy.
Na pytanie, czy nie żałują decyzji o przyjeździe tu, zgodnie odpowiadają, że nie, choć czasami jest bardzo trudno. – W Polsce miałam tylko jeden obowiązek, chodzić do szkoły i się uczyć – tłumaczy Maja. – A tu mam szkołę życia, o wszystko muszę walczyć. Ja przecież bardzo skomplikowałam sobie życie, ale przynajmniej robię tu wszystko na własny rachunek. Najgorsza jest tęsknota za domem, ale na razie nie chcę wracać. Za mało tu osiągnęłam, mam jeszcze sporo możliwości.
O tym, że życie w Londynie to nie jest amerykański sen mówi Kuba. – Takie wyjazdy są tylko dobre dla młodych ludzi, taka przerwa w dorosłym życiu. Każdy młody człowiek u progu życia powinien spróbować czegoś nowego, sprawdzić się w nowych warunkach. Ja tu płacę podatki, korzystam z tego, co Londyn mi proponuje. Wiem, że codziennie są imprezy, festiwale, koncerty, wystawy, takie wydarzenia kulturalne, o których w Płocku nie mogę nawet pomarzyć. Życie tutaj to wyzwanie i niesamowita szkoła, ale to miasto potrafi się odwdzięczyć za to, że się je wybrało.
W Londynie jest wielka, ponad 300 tys. Polonia. Ludzie utrzymują ze sobą kontakty, dzielą doświadczeniami. Są polskie restauracje, sklepy, cała Brick Lane należy do Polaków i muzułmanów. Takiego zderzenia kultur jak tam, nie ma chyba nigdzie indziej. Obok kobiety z całkowicie zasłoniętą twarzą przechodzą inne – w mini, z odsłoniętymi ramionami. A takich kobiet, które przyjechały tu za swoimi mężami, by żyć ich życiem, jest we wschodnim Londynie bardzo wiele.
A jeśli już mowa o kulturze i możliwościach z jej obcowaniem, nie można nie wspomnieć o teatrach, do których raczej Polacy na razie nie chodzą, ale mogliby zobaczyć na żywo: Vala Kilmera w sztuce „Listonosz dzwoni dwa razy”, czy Briana Donahy w „Śmierci komiwojażera”. Teatry oferują także liczne musicale: Fame, Upiór w operze, Mamia Mia, by wymienić choćby te grane tylko w centrum Londynu. A przecież nie można zapomnieć o gwiazdach filmu, które przyjeżdżają na każdą premierę i o sklepach na Oxford Street i Soho, gdzie są najfajniejsze choć najdroższe sklepy z ciuchami.
Płocczan w Londynie jest bardzo dużo, dużo jest też Polaków z innych miejscowości. Pracują w restauracjach, pubach, sklepach, na budowach, na lotnisku, a także w środkach komunikacyjnych, w metrze, w autobusie. Gdy usłyszą polski język, natychmiast oferują swoją pomoc. Znaleźli swoje tymczasowe miejsce na ziemi, mogą się tu realizować, studiować i żyć tak, jak w kraju mogli tylko marzyć.
Tekst i foto: Jola Marciniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze