My Polacy dobrze wiemy, co to znaczy nienawidzić Rosjan, którzy przychodzili panoszyć się w naszym kraju w czasie rozbiorów, w czasie ostatniej wojny i w ciągu parudziesięciu lat po wojnie. Wiemy, co to znaczy cierpieć prześladowania, deportacje na Sybir, wcielanie do rosyjskiej armii, mordy w Katyniu i innych miejscach, wiemy też, co to znaczy walczyć o wolność za cenę niebywałych ofiar, nawet wtedy kiedy ryzyko klęski dalece przewyższało szanse zwycięstwa, jak w czasie przegranych z kretesem narodowych powstań w XIX wieku.Dlatego tyle zrozumienia było u nas kilkanaście lat temu dla czeczeńskiej wojny o niepodległość. Powstawały komitety poparcia dla „wolnej Czeczenii”, intelektualiści i ludzie kultury, na przykład Herbert, formułowali otwarte noty do władz Rosji, w mediach czuło się pozytywne nastawienie dla „patriotów, partyzantów, bojowników czeczeńskich”. Oni walczyli o to, o co walczyli nasi dziadowie i ojcowie. I my przecież mieliśmy swoje „czarne wdowy”, w innym oczywiście charakterze, w powstaniu styczniowym. Podobieństwo losu umęczonego narodu czeczeńskiego do naszego losu budziło zrozumienie i szacunek dla jego walki.
Dziś, kiedy piszę te słowa, drugą dobę trwa straszliwy, niewyobrażalny dramat dzieci, rodziców i nauczycieli w szkole w Biesłanie. W przekazach medialnych nie ma już czeczeńskich bojowników i patriotów, są tylko czeczeńscy terroryści. Nie może zresztą być inaczej. W tej części świata, w której żyjemy nie ma i nie może być przyzwolenia dla takich metod walki, jakie wybrali dla osiągnięcia swoich celów Czeczeni. Cel nie uświęca zbrodniczych środków. Dobrze, że o tym chcemy pamiętać chociaż w takiej sytuacji, jak ta zaistniała w Osetii. Droga, jaką wybrali zdeterminowani Czeczeni prowadzi na manowce. Widać to choćby po tym, jak reaguje tzw. „świat”. Słuszna i zrozumiała fala potępienia dla zbrodniczych metod, po które sięgają partyzanci czeczeńscy, skutecznie odwraca uwagę od postawy Rosjan w tej wojnie.
Kiedy parę lat temu kremlowski establishment trochę nieśmiało wprowadził na wzór Amerykanów pojęcie „wojny z terroryzmem”, było wiadome, że jest to tylko pokrętny parawan dla przykrycia zbrodni popełnianych przez rosyjskie wojska na Kaukazie. Świat jednak miał wtedy swoje sprawy, więc milczał. Kto zresztą by się odważył postawić głośno zarzuty wobec Kremla. Dziś po serii potwornych zamachów rosyjscy przywódcy zgodnym chórem już mówią językiem George’a Busha, już na trwale wpisują swoje miejsce w światową koalicję w wojnie z terroryzmem. Nie słychać zresztą, by nie chciano ich tam przyjąć. A to sprawie czeczeńskiej nie wróży nic dobrego. Kto i kiedy odważy się postawić rosyjskim wodzom z Kremla parę kłopotliwych pytań? Szczególnie, że pewności, że nie są bez winy nikomu nie brakuje. Ale świat to chytry bankier i nie zrobi nic, co miałoby zaszkodzić jego interesom. Wiemy o tym nie od dziś. Sami doświadczyliśmy tej gorzkiej prawdy na sobie.
Piszę o tych sprawach, bo nie mogę się otrząsnąć z szoku, jaki wywołał we mnie ten straszny dramat dzieci ze szkoły w Biesłanie, których użyto jako żywych tarcz w tej wojnie. Potwornie zradykalizowały się metody terroru we współczesnym świecie. Zostało przełamane i tym razem kolejne tabu w tej walce. I ciągle można się spodziewać jeszcze czegoś gorszego.
Terroryzm się radykalizuje. Światowa koalicja w wojnie z terroryzmem na razie stara się usunąć z powierzchni ziemi terrorystów. Kto i kiedy zajmie się rozwiązywaniem problemów, które rodzą terroryzm? Na to pytanie jakoś nikt nie kwapi się odpowiedzieć.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze