Pani Tatiana z wnukami, synową i jej matką znalazły dom u swojej siostrzenicy w Płocku. Tu dotarły bezpiecznie, właściwie w ostatniej chwili. Pani Irina uciekała spod kul z 9-letnim synkiem. Dziś zatrzymała się w Płocku u swojej koleżanki. Wie, że musi być dla syna. Gdyby nie to, byłaby tam na miejscu z mężem i walczyła, bo każde ręce są potrzebne. Nauczyła się strzelać, robiła koktajle Mołotowa.
Tatiana z rodziną mieszkała w rejonie Łucka. – Kiedy bombardowali Łuck, przyszedł do nas syn i mówi: mama zbieraj się, jedziemy do Switłany do Polski. I my z synową, jej mamą i wnukami, jak staliśmy, zebraliśmy się i przyjechaliśmy.
Droga do upragnionej granicy z Polską była ciężka. Najpierw piętnaście kilometrów na piechotę, potem trzy godziny stania w ogromnym tłumie ludzi po ukraińskiej stronie do przejścia w Hrebennem, gdzie przepuszczali grupkami. – Było strasznie. Co jakiś czas wszystkim kazali chować się w rowach, bo latał dron. Ja nie miałam siły chować się. Mam chore nogi i powiedziałam ja będę tu, nie dam rady…
Kiedy przekroczyły granicę, przyszła ulga. Mała, ale było już poczucie, że już nic nie grozi. – Polacy to niesamowici ludzie. To, co robili i robią dla nas jest niezwykłe – mówi pani Tatiana.
Pani Tatianie trudno opanować łzy. Kiedy rozmawiamy, cały czas włączone są wiadomości. W tle słuchamy tego, co się dzieje w Ukrainie. – Cały czas boję się o dzieci. Tam zostali dwaj synowie i córka. Kiedy przyjechałam, dopadło mnie załamanie. Stres, wielogodzinna podróż, strach o to, co będzie, zrobiły swoje. Leżałam w szpitalu trzy dni. Miałam operację woreczka żółciowego. Teraz już jest wszystko dobrze… Na razie wszystko dobrze. Choć serce krwawi – mówi pani Tatiana.
Cały czas w pamięci ma ostatnie godziny sprzed przyjazdu do Polski, do Płocka. Piętnastokilometrowy marsz i komunikaty, że trzeba schronić się w rowach, bo alarm. – Ciągle słucham, co się dzieje. Mój syn pracuje w Łucku. Chwała Bogu, nic mu się nie stało. Szkoły, przedszkola nie pracują. Cały czas słychać syreny…
Do Polski, do Płocka przyjechała do córki swojej siostry Switłany, która tu mieszka od dwóch lat.
Ja chcę walczyć za Ukrainę!
Jej siostra bliźniaczka Olga przyjechała do Polski, do córki w Płocku, spod Kijowa jeszcze w listopadzie.
Teresa Radwańska-Justyńska
Fot. archiwum prywatne

Kup e-wydanie Tygodnika Płockiego
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze