Los mi sprzyja. Kiedy od parunastu dni na arenach Grecji w olimpijskie szranki wstępują sportowcy całego świata, Fortuna zrządziła, że i we mnie muzy budzą natchnienie w samym sercu Aten, co prawda nie tych spod Akropolu tylko z głębokiej głuszy Puszczy Augustowskiej, ale Ateny zawsze pozostaną Atenami. Szczególnie kiedy trwa Olimpiada i to w miejscu najlepszym z najlepszych, czyli u samego źródła. Szczycą się słusznie Grecy, że Olimpiada wróciła do domu.
Czas, by wracała do zasad, którymi żyła 27 wieków temu. Tym prędzej, że napisano przed jej rozpoczęciem wiele gorzkich słów na jej temat. „Czystość olimpijskiego sportu jest iluzją”, „oszustwo na medal”, „igrzyska biznesklasy”, „najdroższa zabawa w historii ludzkości” i najefektywniej działające przedsiębiorstwo, które w 3 tygodnie przynosi gigantyczne zyski. A zarabiają wszyscy. Sportowcy, którzy bynajmniej nie biegną tylko po wieniec laurowy, często na „koksie”. Sportowi biurokraci nie stroniący, jak to wykazali dziennikarze BBC, od dowodów wdzięczności w wysokości, od której zwykłemu człowiekowi przewraca się w głowie.
Organizatorzy, telewizja, producenci sprzętu sportowego, suwenirów i niestety firmy farmaceutyczne wspomagające sportowców niedozwolonymi anabolikami. Ile ocalało sportu w czymś, co jeszcze dziś sportem nazywamy, a ile jest w nim biznesu, komercji, korupcji, polityki, hipokryzji? Nie pierwszy stawiam te pytania.
Jedno jest pewne. Sport był i jest wielką i piękną wartością. Pozostanie nią, jeśli uda się go wyzwolić z tej krępującej i kompromitującej otoczki, przywrócić mu czystość i uczciwość, którą wyrażały starożytne ideały olimpijskie. „Szybciej, wyżej, mocniej”, „ważne jest uczestnictwo”. W tych słowach streszcza się sama istota i piękno sportowej rywalizacji. Odzywa się w nich szlachetność oraz honor ducha sportu. Sportu, który tak kochamy, bo sprawia nam zwyczajnie niewypowiedzianą przyjemność, kiedy go uprawiamy i czujemy się wtedy lepiej, zdrowiej, młodziej, kiedy w nim rywalizujemy i sprawdzamy swoje możliwości i doświadczamy radości zwycięstwa, kiedy go obserwujemy, doznając radości i wzruszeń na stadionie lub przed telewizorem, kiedy kibicujemy ukochanej drużynie, atlecie, pływakowi. W tych słowach dotykamy najgłębiej tajemnicy sportu, w którym jest miejsce na smak zwycięstwa, ale musi być też miejsce na gorycz porażki.
Ważne jest uczestnictwo, a przegrana, choć boli, nie oznacza utraty honoru. Tak jak sztuką jest jednak odnoszenie zwycięstw, tak też wielką sztuką jest umiejętność przegrywania. A przegranych jest zawsze więcej niż zwycięzców. Ale podziwiamy i oklaskujemy wszystkich, nawet tych, którzy dobiegają do mety ostatni, wkładając w to wiele wysiłku, gdy czynią to fair, gdy są kalos k’agathos piękni i uczciwi.
Gardzimy natomiast nieuczciwymi, którzy dla zysku depczą proste, ale jakże ważne wartości sportu. Wielu z nich uciekło albo zostało wyrzuconych z olimpijskich aren. Na szczęście. Bowiem w czasie igrzysk wartości mają objawiać się w sposób zwielokrotniony, magiczny, świąteczny. Bo igrzyska są świętem. Czuli to już starożytni, kiedy czas igrzysk czynili czasem świętym, czasem pokoju, zawieszając wojny, kłótnie, spory. Chcemy czuć to także i my wszyscy, by stawać się prawdziwie kalos k’agathos.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze