Reklama

Szkoła w czasach zarazy

25/08/2020 20:00

Minister zdrowia rejteruje, a uczniowie wracają do szkoły, mimo że od 12 marca, kiedy zamykano placówki oświatowe, ilość diagnozowanych dziennie zarażeń zwiększyła się o kilkaset procent. W tej sytuacji powrót do nauczania tradycyjnego wydaje się naprawdę poważnym ryzykiem, szczególnie w perspektywie „drugiej fali”, którą zapowiada (projektuje) się już na wczesną jesień. Co prawda w międzyczasie oswoiliśmy się z problemem na tyle, że instynkt samozachowawczy dyktowany strachem zdecydowanie osłabł. Ludzie przez całe lato wymieniali się wirusem na plażach, w ośrodkach wczasowych, restauracjach, kawiarniach, na zawodach sportowych i wiecach wyborczych. Można nawet powiedzieć, że lekceważymy problem podejrzewając, że całe zamieszanie z pandemią mogło być wywołane celowo dla osiągnięcia jakichś strategicznych celów politycznych, od myślenia o których włos jeży się na głowie. Byłbym ostrożny w forowaniu beztroskich sądów o „plandemii” z powodu jakiegoś „świrusa”. Ilość zarażonych i ofiar śmiertelnych w niektórych krajach mówi za siebie i wciąż wymusza respekt wobec nieznanego wroga.
Otwarcie szkół będzie naprawdę poważnym wyzwaniem. Liczona w miliony ilość międzyludzkich kontaktów każdego dnia może przynieść nieobliczalne skutki. W żadnym innym miejscu nie są one tak intensywne jak w szkole. Nauka to nie tylko zatłoczone obiekty, klasy, korytarze, to także pełne autobusy i wzmożony ruch uliczny. Ale ryzyko kontynuowania nauczania zdalnego także jest ogromne, przede wszystkim to dydaktyczne, na każdym etapie nauczania, ze szczeblem wyższym na czele. Trudno sobie wyobrazić, aby dało się wykształcić wyłącznie zdalnie dobrych specjalistów w dziedzinie medycyny, budownictwa czy elektroniki. Trudno sobie wyobrazić, żeby dało się skutecznie nauczyć na niższych etapach matematyki, fizyki, języków obcych wyłącznie na odległość. Kontynuowanie takiego stanu rzeczy grozi wielką zapaścią edukacyjną całego pokolenia.
Nauczycieli czeka zatem wielkie wyzwanie. Mają prawo czuć się zagubieni. Nie czują też wsparcia ze strony władz. Zamieszanie z tymi nieszczęsnymi podwyżkami, i to jak znacznymi, dla czynnych polityków (nawet tak infantylnych jak Jachira!), przy jednoczesnym zamrożeniu płac w budżetówce w okresie kryzysu, to jeszcze jeden czytelny sygnał lekceważenia edukacji, którą wszyscy, kiedy trzeba, wycierają sobie zatroskane gęby, a którą na co dzień mają w najdalszym poważaniu. I tak niezmiennie od 30 lat. To typowo polska przypadłość, głęboko zakorzeniona w naszej narodowej tradycji. Szkoda sobie nawet języka strzępić, bo i tak pozostanie jak było, niezależnie od tego, czy będą tym krajem rządzić katofaszystowscy patrioci, czy nowocześni proeuropejscy demokraci, dla których szacunek dla prawa to absolutny priorytet (dopóki nie siądą za kierownicę i nie zaczną łamać przepisów ustawy o ruchu drogowym). Jedni warci są drugich. Świadomość, że po 30 latach transformacji władza i opozycja z premedytacją obniżają społeczny autorytet nauczyciela, wystawia politykom odpowiedzialnym za „polskie sprawy” bardzo kiepskie świadectwo. Zdaje się, że wszystkie grupy zawodowe, z samorządowcami i politykami włącznie, trzeba motywować do pracy odpowiednimi gratyfikacjami, a sędziów nawet strzec nimi przed korupcją, poza pracownikami oświaty. Zdaje się też, że funkcja „Pierwszej Damy” jest o niebo ważniejsza od edukacji, skoro „Dama” ma zarabiać w jeden miesiąc tyle, ile nauczyciel przez pół roku. Ot, polska błazenada, o której rozprawia się śmiertelnie poważnie.

Wiesław Kopeć

Reklama

* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości