Reklama

Sześciu synów pani Beaty

14/04/2006 15:21
Dokładnie 17 lat temu dyrekcja płockiego PKS zaprosiła dziennikarza Tygodnika Płockiego na wspólną wyprawę do Bielska. Tam mieszkał ich pracownik Jacek Lewandowski, którego żona Beata urodziła właśnie trojaczki. Takie były czasy, że wtedy na wyścigi wszyscy obiecywali pomoc rodzinie. Pan Jacek wspomina dziś, jak to dyrekcja obiecała mu dać nowy samochód ciężarowy. – Dyrektor mówił, że jeżdżąc nowym samochodem z łatwością zarobię na tak liczną rodzinę. Bo kiedy urodzili się Łukasz, Mariusz i Paweł, to mieliśmy już o dwa lata starszego Marcina.
Dziennikarz Tygodnika Płockiego napisał o obiecywanej pomocy, ale na obiecankach się skończyło. Przy pierwszej reorganizacji pan Jacek stracił pracę. Wszyscy zapomnieli o deklaracjach, o tym, że dziadek chłopaków pracował w PKS-ie ponad 40 lat. Zwolnili i koniec.
Dziś pani Beata z żalem opowiada jak napisała prośbę do firmy o dofinansowanie do biletów miesięcznych chłopaków. Czterech dojeżdża codziennie do szkoły do Płocka. To wydatek 400 zł miesięcznie. Myślała, że może dyrekcja obniży cenę biletów choć o kilka złotych, ale otrzymała odpowiedź, że są stosowane instytucje, których celem jest pomaganie potrzebującym. Na sentymenty nie ma dziś miejsca.
Państwo Lewandowscy mają sześciu synów. Dziesięć lat temu przyszły na świat jeszcze bliźniaki, Bartek i Damian. Radzą sobie, choć nie jest łatwo. Najtrudniej jest z pracą. Kiedy urodziły się trojaczki, pani Beata musiała odejść z pracy w PSS Płock, ale na firmę nie da powiedzieć złego słowa. Pomagali jak mogli. Dziś rodzina musi liczyć tylko na siebie.
– Kiedy chłopcy byli mali, jakoś łatwiej było sobie ze wszystkim poradzić – wspomina pani Beata. – Chociaż nie było pampersów, o ubranka trzeba było się bardzo starać, kupno mleka czy soczków dla dzieci, wcale nie było łatwe, to radziliśmy sobie. Dziś kiedy chłopcy chcieliby się uczyć, jest coraz trudniej. Nie stać nas na wiele rzeczy, które dzieci z mniejszych rodzin mają bez problemu.
Państwo Lewandowscy są normalną, wielodzietną rodziną, która stara się związać koniec z końcem. Praktycznie cały dom jest na głowie pani Beaty, pan Jacek jeździ przede wszystkim za granicę do pracy, by jakoś wyżywić rodzinę. Kiedy dzieci były małe, sama musiała borykać się z codziennymi kłopotami, bo mąż przyjeżdżał do domu raz na kilka miesięcy. Oczywiście mogła liczyć na pomoc rodziny, babci, ale chłopaki wychowywali się zupełnie bez ojca. Na szczęście trzymała ich krótko i dziś może z dumą powiedzieć, że wyszli na ludzi.
Najstarszy Marcin miał 2 lata, jak urodziły się trojaczki. W sumie maluchy ważyły 8,5 kg, dwaj, Mariusz i Paweł byli jednojajowi, do dziś podobni do siebie, mają takie same marzenia, oczekiwania, zainteresowania. – Oni teraz są bardziej zżyci, niż kiedyś – wspomina pani Beata. – Jak byli mali, to nie mieli cech właściwych trojaczkom. Teraz jednakowo się uczą, lubią podobne przedmioty, mają takie same marzenia. Nieźle radzą sobie w szkole i chcieliby w przyszłości mieć własny warsztat samochodowy, znakomicie radzą sobie z wszelkimi naprawami. Mariusz i Paweł są uczniami ZSZ nr 2, chodzą do technikum o specjalności mechanik pojazdów samochodowych. Łukasz jest uczniem ZST o specjalności mechatronik i marzy o studiowaniu. Nie wiem, czy uda się to marzenie zrealizować, bo z pieniędzmi w domu jest krucho.
Najstarszy Marcin jest w III klasie w Technikum Elektrycznym. Za rok czeka go matura. Jego marzeniem jest szkoła oficerska, chciałby zostać zawodowym żołnierzem. Dostał do dziadków pieniądze na prawo jazdy i powoli robi wszystko, by zrealizować swoje plany. Najpierw praca, potem mieszkanie, a wreszcie rodzina, dokładnie w takiej kolejności.
Dwaj najmłodsi chłopcy, w chwili urodzenia ważyli 3,5 i 3,25 kg. Mama niemal pięć miesięcy leżała w szpitalu przed ich urodzeniem. Teraz są w IV klasie szkoły podstawowej. W tym roku będzie ich druga komunia, są ministrantami, ale mają tysiąc pomysłów na minutę. Właściwie to dwa tysiące, bo każdy z nich stale coś wymyśla. Lubią grać w piłkę, jeździć na rowerze.

Mogę liczyć
tylko na siebie
Starsi wolny czas spędzają wspólnie, pomagają sobie wzajemnie, uczą się razem, mają wspólne hobby. Cała trójka, a czasami dołącza do nich Marcin, lubi wędkować i majsterkować. Namiętnie jeżdżą na rowerach, nawet zimą. Dojazd do dziadka, 15 km to dla nich przyjemność, nie wysiłek. Lubią grać w piłkę nożną, nie są im obce inne dyscypliny. – Prosimy w naszym imieniu pozdrowić Asię, Martynę i Edytę z Bielska, nasze koleżanki – mówią.
– Jak tak dziś pomyślę, że miałabym urodzić trojaczki i wychować, to nie wierzę, żeby mi się udało – mówi pani Beata. – Wtedy, choć trudno w to uwierzyć, łatwiej było sobie poradzić z kłopotami. Była praca, pomagali dobrzy ludzie. Dziś chyba nie poradziłabym sobie z tyloma maluchami. A na pomoc coraz trudniej liczyć.
Pan Jacek nawet myślał kiedyś, żeby zapisać się do Anonimowych Alkoholików. Chociaż nie pije, to chętnie by tam wstąpił. – My nie mamy szans na to, by dostać paczki świąteczne, czy dofinansowanie do wyjazdu wakacyjnego chłopaków – tłumaczy. – Nie możemy też liczyć na pomoc „opieki”. Radzimy sobie z problemami, więc pomoc nam się nie należy.
– Nie należy, ale nikogo to nie interesuje, że mąż drugi dzień jedzie do swojej firmy po wypłatę i przyjeżdża z niczym, a idą święta – dodaje żona. – Ja kiedyś usłyszałam w „opiece”, że trzeba było myśleć wcześniej, bo jak kogoś stać tylko na dwoje dzieci, to powinien mieć dwoje. To co, lepiej żebyśmy pili, wtedy pieniądze na zapomogę by się znalazły. A jak moje dzieci chcą się uczyć i ja zamierzam im to umożliwić, to muszę liczyć tylko na siebie. U nas nie warto być wielodzietną, normalnie funkcjonującą rodziną, bo wtedy nikt nam nie pomoże w kłopotach.
W rodzinie państwa Lewandowskich, choć na weekend trzeba czasem kupić 10 bochenków chleba, to pieniędzy na jedzenie raczej wystarcza. Zresztą chłopaki nie są wybredni, nie za bardzo lubią mięso, za to kochają inne potrawy, które chętnie sami sobie przygotowują. Sami też robią zakupy. Pani Beata nie musi dźwigać ciężkich toreb do domu, załatwiają to synowie.
Uwielbiają wspólne pieczenie ciasta i bigos z 6 kg kapusty. Ale bigos musi być chudziutki, bez tłustego mięsa, bez kiełbasy. W rodzinie są specjalne przepisy na potrawy, które wszyscy lubią. A zwykle jadają tradycyjnie, bez wynalazków.
Z jedzeniem w domu państwa Lewandowskich nigdy nie było większego problemu, za to problemem jest choćby brak komputera i dostępu do internetu. – W szkole stale zadają coś takiego, co można znaleźć tylko w internecie – twierdzi Łukasz. – Korzystamy z pomocy kolegów, ale byłoby nam znacznie łatwiej, gdyby komputer był w domu. Niestety, na razie nie ma na to szans.
Gdyby nie to, że w rodzinie Lewandowskich jest sześciu synów, niczym by się nie różnili od innych, podobnych rodzin. Mają przecież takie same problemy, ojcowie próbują zarobić na życie, matki zajmują się codziennymi kłopotami, chodzą na zebrania do szkoły, wiążą koniec z końcem, są powiernikami i rozjemcami.
Tyle, że w ich przypadku trzeba znaleźć czas dla szóstki dzieci, dla sześciu chłopaków, za których każdy ma swoje marzenia i pragnienia. I żal jest wielki, że nie można ich zrealizować. Bo choć stale mówi się o polityce prorodzinnej państwa, to pani Beata najlepiej wie, jak to wygląda w praktyce. Nie ma czegoś takiego, przynajmniej dla rodzin, w których nie rządzi wódka, w której rodzice spełniają swoją rolę, a dzieci, choć biedne, to są szczęśliwe.

Jola Marciniak


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości