Rozmowa z Michałem Umińskim – podróżnikiem, odkrywcą historii, genealogiem i – jak się okazało – ekspertem z zakresu sztuki przetrwania
Rozmawialiśmy wielokrotnie na łamach „Tygodnika Płockiego” o twoich poszukiwaniach historycznych, o waszych korzeniach rodzinnych oraz wyprawach do strefy wykluczenia w Czarnobylu. Jak się okazało, zajmujesz się również sztuką przetrwania. Skąd takie zainteresowanie tematem?
Moje zainteresowania zaczęły się w dzieciństwie. Pierwszymi moimi instruktorami sztuki przetrwania byli dziadkowie. Babcia nauczyła mnie podstawowych zagadnień dotyczących kuchni i medycyny naturalnej. Dziadek pokazał, jak posługiwać się nożem czy siekierą. Jak zakładać sad i go pielęgnować. To były niezwykle trudne czasy przełomu lat 70. i 80. XX wieku. Potem było harcerstwo z finkami przy boku i spaniem na biwakach w spartańskich warunkach. Później kilka lat wojska zawodowego weszło w krew. A dalej kształtowały mnie podróże.
No właśnie, twoje podróże zawsze są ekstremalne, a to bardzo łączy się z tym, o czym mówisz.
Zawsze ciągnęło mnie w miejsca wyjątkowe. Od lat interesowały mnie konflikty zbrojne i ich genezy. Zaraz po wojnie bałkańskiej przez kilka lat odwiedzałem kraje byłej Jugosławii. Starałem się zrozumieć, o co chodziło w tym brutalnym konflikcie. Potem były wyjazdy do ekstremalnie zmilitaryzowanej Albanii, która dopiero otwierała się dla ludzi z zachodu. Nie wiem, czy wiesz, ale właśnie w Albanii jest najwięcej schronów bojowych w całej Europie (kilkaset tysięcy). Byłem w Serbii i tam zrozumiałem, co znaczą uprzedzenia. Potem przyszedł czas na Białoruś i na koniec, kilka lat z rzędu „wypoczywałem” na ekstremalnych wyprawach po strefie czarnobylskiej. Ostatni raz wyjechałem z Ukrainy kilka tygodni przed wojną, kiedy atmosfera była już bardzo napięta. Od dłuższego czasu zbieram fundusze na wyjazd do Iranu, ale patrząc na to, co się dzieje w tym rejonie, to pewnie będę musiał ten wyjazd odłożyć. Teraz pozostało tylko samodoskonalenie.
No właśnie, przejdźmy do samodoskonalenia. W filmach na różnych kanałach tematycznych widzimy, jak bohaterowie muszą przetrwać i walczyć ze swoimi słabościami. Czy przeciętny obywatel da radę posiąść takie umiejętności?
Delikatnie mówiąc, większość tych programów, używając języka młodych, to ściema. Program musi się sprzedać, a nauki w tym żadnej. Musi być emocjonalnie, a tak naprawdę wszystko jest ustawione. Zresztą parę lat temu wybuchła taka afera. Poza tym słucham polskich autorytetów i często dyskutuję z nimi w internecie, bo nie zgadzam się z tym, co głoszą. Teraz jest na to moda, więc specjalistów jest wielu, ale w większości są to eksperci książkowi.
Na przykład...?
Ostatnio dyskutowałem z dosyć znanym youtuberem. Napisał, że każdy musi uczyć się sztuk walki, żeby się bronić. Większej bzdury nie słyszałem. W kryzysie ostatnią rzeczą jest walka wręcz. Załóżmy, że mamy utrudniony dostęp do lekarza albo w naszym aucie nie ma już paliwa i nigdzie nie pojedziemy, a napastnik cię poważnie zranił, złamał rękę itp. I co wtedy? Herosi i gladiatorzy giną najszybciej. Ty masz się wycofać i za wszelką cenę nie dać się zranić i zabić.
Czyli obrona przez ucieczkę?
To najlepsze wyjście. Oczywiście, o ile się da. A jeśli musisz walczyć, to nigdy gołymi rękami. Zadaj cios przedmiotem i się wycofaj. Nie szukaj kontaktu bezpośredniego. Ja na przykład zawsze noszę ze sobą gaz pieprzowy. Jedno porządne pryśnięcie eliminuje przeciwnika na kilkadziesiąt minut. I – co najważniejsze – to bardzo tanie i całkowicie legalne rozwiązanie. Wyznaję taką filozofię nie dlatego, że nie umiem się bronić. Wręcz przeciwnie. Wiem, że skutki „chojrakowania” mogą być opłakane.
No dobrze, a jeśli, tak jak powiedziałeś, dojdzie do zranienia, a nie możesz szybko dotrzeć do lekarza, co wtedy należy zrobić?
I tu przechodzimy płynnie do umiejętności i wyposażenia. Każdy z nas powinien posiadać w domu i w plecaku dobrze wyposażoną apteczkę i umieć się posługiwać jej zawartością. Przejść kurs pierwszej pomocy – jeśli nie osobiście, to wiele z nich można obejrzeć w internecie. Warto zobaczyć, jak przemyć i oczyścić ranę, jak ją zabezpieczyć, jak usztywnić złamaną lub skręconą kończynę. Oczywiście nikt nie będzie sam przeprowadzał operacji, ale podstawy powinien znać każdy.
W takim razie co jest w twojej apteczce?
Komplet różnych bandaży, plastrów, koc termiczny, nożyczki i rękawiczki. Zawsze mam kilka plastikowych fiolek soli fizjologicznych do przemywania ran czy oczu. To są tanie rzeczy, a mogą uratować życie. No i różne leki.
W jakie leki powinniśmy się zaopatrzyć?
Leki są niezwykle ważne. Zawsze posiadam odpowiednią ich ilość. Przede wszystkim są to leki przeciwzapalne, przeciwgorączkowe i przeciwbólowe. Warto mieć węgiel, elektrolity, wapno i witaminy. Ja dodatkowo mam zawsze opakowanie antybiotyku. Czy wiesz, że ropień zębny w 10 dni może doprowadzić do śmierci? Zresztą odwodnienie również. Stąd ten węgiel i elektrolity. Poza tym należy pamiętać, że jeśli chorujesz przewlekle, to zapas twoich leków musi być na tyle duży, żeby na wypadek kryzysu móc spokojnie czekać na wizytę u lekarza.
Czy sądzisz, że może być aż tak źle? Czy to tylko czarnowidztwo?
Jak już wcześniej rozmawialiśmy przy okazji artykułu o Czarnobylu, mój kolega, z którym wielokrotnie przemierzałem strefę zamkniętą, jest żołnierzem armii ukraińskiej.
[paywall]
Walczy pod Bachmutem. Mamy kontakt i opowiadał mi, jaki szok wszyscy przeżyli (zwłaszcza w pierwszych miesiącach), kiedy wybuchła wojna. Nie było prądu, wody, leków. Nikt w XXI wieku nie wierzył, że w tak bogatej Europie znów wybuchnie wojna i cofną się do warunków z połowy XX wieku.
Faktycznie wielu z nas było zaskoczonych. Co więc, według ciebie, każdy powinien posiadać w ramach zabezpieczenia?
O apteczkach i lekach mówiłem. Na pewno zapas wody, jedzenia. Źródło energii i radio na baterie. Kilka dobrze zabezpieczonych zapalniczek i butlę z gazem i palnikiem, choćby turystyczną.
Jakie jedzenie polecasz i – co najważniejsze – jak je przechowywać, żeby było zdatne do spożycia?
Może opiszę, co sam przechowuję. Około dwudziestu konserw dobrej firmy (tuszonka, mielonka, smalec z cebulką itp.), kilka litrów oleju, kilka kilogramów mąki. Dużo tzw. zupek chińskich. Po kilka paczek makaronu, ryżu i kaszy. Trochę puszek pomidorów, fasoli, kukurydzy i marchwi. Dobrze przechowywana i nieuszkodzona puszka zdatna jest do spożycia przez wiele lat. Niedawno czytałem o wydobyciu z Missisipi stuletnich puszek z zatopionej barki, które po badaniu laboratoryjnym okazały się zdatne do spożycia. Zresztą osobiście jadłem mięso z dwudziestoletniej puszki z armii szwedzkiej. Nie dość, że nie miałem żadnych dolegliwości zdrowotnych, to jeszcze była smaczna. Do przechowywania produktów sypkich kupiłem za kilkadziesiąt złotych pakowarkę próżniową. Ona zabezpieczy mąkę, ryż i kaszę na lata. Podstawowa zasada przy przechowywaniu żywności to trzymanie jej w chłodnym, suchym i ciemnym miejscu. Przytoczony zapas wystarczy dla mojej rodziny na kilka tygodni. To daje mi bufor czasowy, aby myśleć, co dalej.
Wspomniałeś również o zapasie energii i radiu...
Tak, posiadam kilka dużych power banków, a także panel słoneczny, który ładuje moje banki energii w kilka godzin. No i radio. W Ukrainie w wielu miejscach nie było internetu. Ludzie słuchają komunikatów przez radio. Dlatego ja posiadam takie, które prócz UKF odbiera również fale długie PR1. Mam też kupione w internecie żarówki na długim kablu do zasilania z power banka. Ostatnio dość często na wsi, gdzie mieszkam, nie było prądu i okazało się, że w ciemne wieczory sprawdziły się one idealnie. Poza tym posiadam agregat prądotwórczy z zapasem paliwa. Ze względu na fakt, że mieszkam na wsi, mam miejsce, żeby to wszystko przechowywać.
No właśnie, ty mieszkasz na wsi, a co mają zrobić mieszkańcy miast? Gdzie podczas sytuacji zagrożenia będzie bezpieczniej?
To trudne pytanie. Mieszkańcy miasta mają możliwości szybszego dostępu do lekarza, pewnie szybciej otrzymają wsparcie żywnościowe. Mogą sobie pomagać ze względu na duże skupiska ludzkie. Natomiast patrząc na to, jak atakowana jest Ukraina, to trzeba zauważyć, że w większości naloty prowadzone są na miasta. Mieszkańcy wsi mają trudniej z rzeczami opisanymi przeze mnie wyżej, natomiast w mojej ocenie są bezpieczniejsi. Poza tym ja, mieszkając na wsi, mogę zgromadzić większe zapasy, bo mam gdzie je przechowywać. Posiadam dwie studnie - jedną kręgową z wodą przemysłową, np. do toalety, a drugą głębinową - do picia.
W garażu stoi piec typu koza. Kiedy zabraknie gazu czy prądu, ugotuję obiad lub podgrzeję wodę do mycia właśnie na niej. Mam ogródek, sad i ule. Zawsze mogę rozpocząć hodowlę drobiu czy królików. Wyobraź sobie brak prądu w mieście. Niedziałająca kanalizacja w wieżowcu to bomba biologiczna. Brak wody lub małe ciśnienie na wyższych piętrach to też problem. Zawsze można stać w kolejce po wodę przy beczkowozie, który pewnie po kilku godzinach się pojawi, ale to wszystko nie jest takie oczywiste.
Aby się odpowiednio zabezpieczyć, trzeba mieć jednak odpowiednią wiedzę...
To żadna filozofia u człowieka, który w młodości miał obowiązki i rodzice coś od niego wymagali. Chyba każdy potrafi rozpalić ognisko i ugotować na nim tak zwany bida-obiad, który ma być oszczędny, ale kaloryczny. Wiadomo, że pewnych rzeczy trzeba się nauczyć. I mówię tu np. o umiejętności konserwowania żywności czy pozyskiwania ziół i wykorzystania ich w leczeniu drobnych chorób. A tak nawiasem mówiąc, nasza rodzina od lat na przeziębienia stosuje wyłącznie syrop z pędów sosny, który co roku osobiście sporządzam. Dobra jest również herbatka z liści malin i kwiatów lipy, które też zbieram. Na biegunkę tylko kora dębu. Tego jest ogrom, trzeba tylko wiedzieć, co i w jakich ilościach stosować. W wielu przypadkach aptekę mamy tuż za oknem. Tego wszystkiego spokojnie można się nauczyć, tylko trzeba chcieć.
Przyjmijmy hipotetycznie, że „coś” się wydarzy. Jak zachowałbyś się w sytuacji ekstremalnej, kiedy trzeba się szybko ewakuować?
Nieraz moi bliscy czy koledzy podśmiewali się ze mnie, że po co mi te wszystkie zapasy czy umiejętności, bo przecież wojna już nie wróci, a ja mówię właśnie o zagrożeniu hipotetycznym. Pierwszy smak sytuacji kryzysowej miałem podczas wybuchu pandemii, kiedy wszyscy rzucili się do sklepów. Zrobiło się pusto na półkach i co wtedy? Kilka tygodni później nasza rodzina miała kwarantannę i znowu zakaz wychodzenia. Teraz wojna w Ukrainie. Bałtowie boją się, że będą następni. Dziś ci sami ludzie pytają mnie o szczegóły, bo sami się przygotowują. Ale wracając do ewakuacji. W domu posiadam skrzynię ewakuacyjną, w której jest wszystko, co w kilka minut musimy zabrać podczas ucieczki. Kilka wojskowych racji żywnościowych, dwa duże plecaki, kilka koców termicznych, duża apteczka razem z lekami. Menażka, mini butla gazowa z palnikiem. Butelka z filtrem do wody, płaszcze przeciwdeszczowe, bielizna i – co bardzo istotne – zapas gotówki.
Rozmawiając z tobą, zastanawiam się, czy to czas, żeby się martwić? A może po prostu powinniśmy wybudzić się z iluzji bezpieczeństwa, w której żyliśmy przez wiele lat i zacząć budować umiejętności, które mieszkańcy innych krajów mają od lat?
Patrząc na to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą czy na Bliskim Wschodzie, to, w mojej ocenie, nie wolno bagatelizować różnych scenariuszy. Poza tym bałkański kocioł od nowa zaczyna kipieć. Nasza obrona cywilna całkowicie przestała istnieć. Dopiero teraz czytam, że na nowo ma być powoływana. Niestety, nasi rządzący przez wiele lat nie mieli na tyle wyobraźni, żeby przewidzieć, że, oprócz zbrojeń, ktoś musi zadbać o ludność cywilną. Nie mamy prawdziwych schronów, tylko miejsca tymczasowego schronienia i to praktycznie bez wyposażenia. Nie ma edukacji na temat postępowania podczas alarmów. Ile osób posiada dziś umiejętność udzielenia pierwszej pomocy? To są pytania, na które musimy sobie sami szczerze odpowiedzieć.
Czyli, według ciebie, powinno się wrócić do podstaw nauczania w ramach przysposobienia obronnego?
Nauka młodych to podstawa. Zobacz, jak to wygląda w Finlandii czy w Szwajcarii. Tam bardzo mocno rozwinięta jest edukacja i obrona cywilna. Większość obywateli posiada własną broń. My nie mamy ani edukacji, ani obrony cywilnej. Dodatkowo jesteśmy najbardziej rozbrojonym krajem w Europie.
A co sądzisz o powrocie do powszechnego poboru, bo takie pomysły pojawiają się w przestrzeni publicznej?
Co do powszechnego poboru, nie jestem do końca przekonany. Jak się kogoś do czegoś zmusza, to nic z tego nie będzie. Miejmy dobrze wyszkolone wojsko zawodowe. A tak nawiasem mówiąc, ostatnio rozpętałem dyskusję na jednej z grup, specjalizującej się w sztuce przetrwania. Jeden z kolegów mieniących się super herosem zadał pytanie: – Jak wybuchnie wojna, do jakiego kraju uciekać? Nie wytrzymałem i napisałem, że człowiek taki jak on i w takim wieku powinien walczyć o swój kraj. I wtedy wylał się na mnie wielki hejt. Wszyscy młodzi zaczęli pisać, że co ja sobie myślę, że oni nie będą ginąć dla Kaczyńskiego, następny coś tam bredził o Tusku i Dudzie. A najlepszy był człowiek, który nie będzie walczyć przez Urząd Skarbowy, bo go za coś ściga. Ręce mi opadły. Ogrom negatywnych komentarzy młodych ludzi, a tylko kilkunastu dyskutantów twierdziło, że mam rację. I wiesz co, większość komentujących, że trzeba bronić własnego kraju, była w wieku 40+.
Faktycznie, nie wygląda to za ciekawie...
Dokładnie, dlatego kończąc, sparafrazuję przysłowie „Chcesz pokoju, szykuj się na wojnę” na „Chcesz żyć spokojnie, szykuj się ekstremalnie”… No i licz przede wszystkim na siebie.
Dziękuję za rozmowę.
Fot. Archiwum prywatne
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
To ci ekspert ???? zjeść śniadanie na łonie natury.
Ręce opadają, artykuł aby zaistnieć.
To ci ekspert ???? zjeść śniadanie na łonie natury.
Ręce opadają, artykuł aby zaistnieć.