Reklama

Starość nie radość....

05/08/2004 16:25
Maria i Stanisław Z. z Liszyna byli właścicielami 11 hektarowego gospodarstwa rolnego. W 1998 roku podarowali ziemię ciotecznej siostrzenicy i jej mężowi. W akcie notarialnym darowizny zastrzeżona została dożywotnia służebność nieodpłatnego korzystania z pomieszczeń mieszkalnych (pokoju z kuchnią), prawo korzystania ze strychu, korytarza, klatki schodowej, podwórza oraz nieodpłatnego korzystania z ogrzewania i energii elektrycznej.Obdarowani, czyli Grażyna i Andrzej K. (mieszkańcy Płocka) zobowiązali się zapewnić pielęgnowanie w chorobie i starości, zapewnienie wizyt u lekarza, tudzież wszelką pomoc, potrzebną osobom w podeszłym wieku (Maria Z. ma 76 lat, jest po przebytym udarze mózgu, a Stanisław Z. na 65 lat i jest na rencie chorobowej z powodu niedowładu kończyn): – Dobrze było niecały rok. Potem Andrzej K. zaczął się nad nami znęcać moralnie i fizycznie. Domaga, się żebyśmy uciekli z domu, bije, wyzywa wulgarnymi słowami. Grozi, że zabije, jeśli się nie wyniesiemy z gospodarstwa – łamiącym się głosem podczas wizyty w redakcji opowiadali oboje państwo Z.
Z ich relacji wynikało, że Andrzej K. to człowiek pozbawiony jakichkolwiek skrupułów, bardzo agresywny, nadużywający alkoholu. Wielokrotnie składano na niego skargi na policję, ale ta nie robi nic, bo policjanci są podobno kolegami K. Podobnie gmina, która nie chce pomóc osamotnionym, wydanym na łup alkoholika staruszkom, ponieważ pracownica Urzędu Gminy kupiła grunty od K.: – Nie mamy siły dłużej znosić takiego znęcania i jeśli nikt nam nie pomoże, pozostanie nam tylko samobójstwo – mówili tonem rozpaczy państwo Z.: – Jesteśmy szykanowani, K. wyłącza nam światło, zakręca wodę, pozabijał nam drób i psa, boimy się chodzić po podwórku. Jesteśmy u kresu wytrzymałości nerwowej. Dzieje nam się straszna krzywda.

Po wysłuchaniu takiej relacji trudno się było nie wzruszyć i nie pomyśleć, że wszystkie instytucje mają gdzieś sponiewieranych przez los państwa Z. i że trzeba się tymi ludźmi zająć, a przede wszystkim nakłonić gminę do zajęcia się tą jakże przykrą sytuacją. Zastanawiał fakt, że z pliku przedstawionych dokumentów wynikało, iż prokuratura w Płocku umarzała wszystkie sprawy związane ze skargami państwa Z. na pobicie przez Andrzeja K. 8 marca napisano: „Nie ma dostatecznej liczby dowodów o podejrzenie przestępstwa. Obie strony wzajemnie się oskarżają o niewłaściwe zachowanie wobec siebie, a brak jest obiektywnych świadków niezaangażowanych w spór, mogących potwierdzić wersję Z. lub K., a to uniemożliwia dokonanie bezstronnej oceny sytuacji”.
Najpierw postanowiliśmy sprawdzić rzecz na miejscu. Kobieta, którą pytaliśmy o drogę do państwa Z., na pytanie, czy zna tę rodzinę, tylko się uśmiechnęła pod nosem i odrzekła, że ona się „tym” nie interesuje. Na podwórku, które od lat dzielą staruszkowie Z. i państwo K., spotkaliśmy obie zainteresowane strony. Stanisław Z. czekał na naszą wizytę (żona Maria Z. przebywała właśnie w szpitalu), a przebywająca właśnie na urlopie Grażyna K. przywitała nas z biciem serca. Ze zdenerwowania, bowiem tego stanu od czasu, gdy zdecydowała się wraz z mężem zająć ziemią ciotki i wujka, niestety jej nie brakuje.
O kilku lat dom ma dwa wejścia. Warunki mieszkaniowe w części zamieszkałej przez państwa Z. są co najmniej trudne. Ściany dawno nie bielone, kuchnia węglowa, ogólny nieporządek. Można się było domyśleć, że to z powodu podeszłego wieku mieszkańców. Część należąca do K. jest czysta i schludna. Grażyna K. po kolei, logicznie, zaczęła opowiadać, jak to z ciocią i wujkiem było: – Ciocia sama nas tu zwabiła, ponieważ nie chciała sprzedać ziemi człowiekowi, który miał ją w dzierżawie przez 10 lat, więc miał pierwszeństwo jej pierwokupu. Zgodziliśmy się, podpisany został akt notarialny, ciocia mogła zerwać umowę z dzierżawcą. Po około 9 miesiącach od przepisania ziemi zaczęła stwarzać problemy. Nic jej nie pasowało. Przeszkadzało, że karczujemy zarośla, bluźniła na bawiące się dzieci, musieliśmy zrobić osobne wejście do domu. Kazała nam się stąd wynosić – relacjonuje Grażyna K.
Zdecydowanie zaprzecza, że mąż bije Z.: – To wszystko kłamstwa. Gdyby to była prawda, to sąd by nas ukarał. Przegrali sprawę o odbiór ziemi, teraz za dużo pieniędzy tu zainwestowaliśmy, żeby odejść. Zarzuca nam, że się znęcamy, wzywa policję, krzyczy, że jest pobita. To wszystko absolutna nieprawda. Kiedy ciotki nie ma w domu, bo leży w szpitalu, wujek jest spokojny i nawet pomaga mężowi – Grażyna K. dodaje jeszcze, że rodzina Z. gniewa się z całą wsią, nawet z sołtyską, która kiedyś jej pomagała. Było i tak, że to ciotka uderzyła kijem Andrzeja K.
Kobieta przyznaje, że Z. mieszkają w tragicznych warunkach, ale pomocy nie chcę: – Ja bym jej pomogła, ale ona patrzeć na mnie nie może. Życzy mi jak najgorzej, odzywa się strasznie. Nie możemy spokojnie przechodzić, bo oboje zaczepiają, wyzywają. Obydwoje dają nam czadu – ubolewa Grażyna K.
Z jej mieszkania przechodzimy do Stanisława Z. Jest niesamowicie wzburzony, o rzekomych krzywdach opowiada gestykulując. Twierdzi, że sprawy w sądzie były umorzone, bo K. mają wszędzie znajomości i częstują innych wódką. Opowiada o rękoczynach, do jakich posuwa się K., z ust płynie potok skarg, zarzutów, żalów.
Idziemy do sąsiadki. Na pytanie kto zaczyna, jednoznacznie wskazuje na Marię Z. To ona buntuje męża: – Poszłam kiedyś pożyczyć od K. rower, a za 2 dni u mnie była policja, musiałam na komisariat jechać i się tłumaczyć, bo Z. mnie oskarżyła, że ją pobiłam. Już nikt do Z. nie chodzi, bo strach jest wejść na to podwórko. Od zawsze tacy byli. Kiedyś jedna kobieta ze wsi pasła krowy, a Z. się to nie podobało, to tak ją strzeliła przez plecy, że kobieta z asfaltu nie mogła się podnieść. Po 2 dniach przyjechała policja, bo niby to Z. została pobita – relacjonuje to, co dzieje się u małżonków Z. – Oni tym żyją. Co 2 tygodnie Z. musi się nakarmić, siada sobie w ogródku i kto idzie, to obrywa równo, bo bluźni i wyzywa.
Dodaje, że wszystkie rachunki za wodę i energię z tego domu przynoszone są do niej, ponieważ gdyby Z. je wzięli, to na pewno nie oddali by rodzinie K. A pan Z. żeby uniemożliwić pracę krajzegi do cięcia drewna, kiedyś przeciął od niej wszystkie kable. Nie bał się, że prąd go porazi?: – Wszyscy mają już ich dosyć, chyba nie ma sąsiada, który by nie usłyszał obelg od nich – mówi sąsiadka.
Gmina Słupno, oskarżona przez małżonków Z. o bezczynność, zna sprawę i wcale bezczynną nie jest. W GOPS-ie dowiedzieliśmy się, że głównym problemem tej rodziny jest problem zdrowia psychicznego. Ich stan się pogarsza, gdy nie biorą leków, ale z opieki pielęgniarki środowiskowej skorzystać nie chcieli. Zostali zdiagnozowani przez psychiatrę, od września będą mogli uczestniczyć w zajęciach nowo powstającego środowiskowego domu samopomocy. Bo to, co opowiadają, to...: –... konfabulacje. Nie możemy im pomóc w odzyskaniu majątku, a tego by od nas chcieli, ale możemy zapewnić im pomoc medyczną i psychiatryczną.
I taką otrzymają od września. Pod warunkiem, że i gminy nie posądzą o spisek i złe zamiary.
Elżbieta Grzybowska



Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości