Jak bardzo skundliły się obyczaje, przekonałem się niedawno, odwiedzając kino „Przedwiośnie”. Widownia przed wieczornym seansem o godzinie osiemnastej przypominała śmietnik. Próbuję to zrozumieć, widocznie publiczność (czy jeszcze na to miano zasługuje?), która dopiero co skończyła oglądać ekranizację baśni C. S. Lewisa pt. „Lew, czarownica i stara szafa”, zapomniała zabrać ze sobą opakowań po coli i popcornie oraz tacek i worków po chipsach. Czy to skutek oddziaływania tego pięknego filmu? Zresztą nie tylko opakowań zapomniała zabrać, bo i wiele z zawartości pozostało na podłodze, a obsługa kina widocznie nie poczuwa się do obowiązku sprzątać po każdym seansie, tym bardziej że za chwilę zjawi się przecież nowa publiczność i znowu zamieni salę w śmietnik. Trudno, myślę sobie, film dla młodych widzów, a wiadomo, co potrafi dziś młody widz. Rzut oka na salę pozwolił jednak postawić wniosek, delikatnie mówiąc, przygnębiający. Młodzi widzowie tym razem nie zjawili się sami i doprawdy trudno było jednoznacznie orzec, kto dzierżył większe paki jadła i napoju – dzieci czy rodzice?
W każdym razie mniej więcej do połowy filmu efekty dźwiękowe z widowni biły na głowę te z ekranu. Jeden mlaskał, drugi ciamkał, trzeci siorbał, ktoś inny dobierał się do co dopiero otwartej paki chipsów, a trudno było doszukać się w tych działaniach troski o dyskrecję. Pani obok jeszcze nowocześniej ucinała sobie pogawędkę przez telefon, zaś jej pociecha konsumowała delicje z wyraźnym samozadowoleniem, którego nie byłby w stanie sprawić najlepszy chyba nawet film. Sam mistrz Arystoteles nie przewidział, w jaki to zmyślny sposób można wzmocnić kontemplację dzieła sztuki dramatycznej, a przecież poprzeczkę widzom teatru starożytnego stawiał bardzo wysoko. Kino to nie teatr, powie ktoś, ale przecież i film, i spektakl to dzieło sztuki, a takowemu należy się zawsze chyba odrobina szacunku. Film co prawda filmowi nierówny, ale akurat ta ekranizacja jest przedniego gatunku, a trzeba pamiętać, że i twórca książki, i twórcy filmu nie dla prymitywnej, jarmarcznej rozrywki stworzyli te dzieła. Jak to zauważyć z pełnymi ustami, jak o tym potem z dzieckiem rozmawiać, dzielić się swoją wrażliwością, wsłuchiwać się w jego wrażliwość, pozostaje dla mnie zagadką. Chyba że w rodzinnym odbiorze dobrego filmu chodzi o coś zupełnie innego. Jeśli tak, to przepraszam za brak orientacji.
W każdym razie wzruszenie jako efekt oddziaływania sztuki dramatycznej, któremu Stagiryta dał na imię katharsis, następstwo doświadczenia uczuć litości i trwogi dla losu bohatera, z którym nierzadko dostrzegamy wspólnotę doświadczenia, któremu po ludzku współczujemy, potrzebuje zdaje się nieco lepszego gruntu niż ten, który oferuje nam jedyne w mieście kino. Przeżywanie filmu z pełnymi ustami, dogadzanie jednocześnie sferze uczuć, intelektu, a najbardziej układowi trawiennemu, to nie jest chyba sposób bycia nazbyt salonowy, nawet jeżeli to jest tylko kino, choć nie rozumiem, dlaczego kino miałoby być gorsze od galerii, muzeum, teatru czy filharmonii, gdzie takich obyczajów jeszcze się nie praktykuje. Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że płockie kino zachęca do takiego stylu bycia komunikatami, które „ostrzegają”, by wnosić na widownię specjały zakupione „tylko w kinowym barku”. Zachęta więc płynie ze strony samych organizatorów publicznego widowiska. Szkoda, że rodzicom nie starcza odwagi, by wykorzystać okazję, jaką stanowi wspólne wyjście z dzieckiem do kina, i dać swym pociechom lekcję dobrych manier. Trzeba je tylko wcześniej samemu mieć.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze