Kilka tygodni temu uderzyliśmy w stół i odezwały się nożyce. Artykuł „Spółdzielni być albo nie być” spotkał się odzewem ze strony mieszkańców Spółdzielni Mieszkaniowej „Sanniczanka” w Sannikach. Tych, którym spółdzielnia wytoczyła sprawy w sądzie za zaległości w opłatach: – Nie dopłacaliśmy, ponieważ nikt nie chciał nam wyjaśnić, na jaki cel przez lata przeznaczano kwoty pobierane z tytułu opłat eksploatacyjnych. Chcieliśmy tę sprawę załatwić polubownie, ale „Sanniczanka” pierwsza złożyła w sądzie pozew przeciwko nam. Teraz musimy się bronić. Niuanse tej sprawy są dość skomplikowane. Bo jest tak: do spółdzielni formalnie należy tylko kotłownia (lokatorzy twierdzą, że „Sanniczanka” robi na niej kokosy), aktem notarialnym przekazana prze Agencję Własności Rolnej Skarbu Państwa. Prawie wszystkie mieszkania wraz z gruntami pod nimi zostały wykupione przez lokatorów. Lokatorzy w większości nie są członkami spółdzielni, ale są właścicielami mieszkań. Formalnie więc dwa bloki przy ul. Chopina nie należą do „Sanniczanki”, ale do tych, którzy posiadają w nich na własność mieszkania: – Spółdzielnia powstała w 1996 r., ale ja mieszkanie wykupiłam wcześniej, bo w 1995 r. Nikt się mnie nie pytał, czy chcę korzystać z c. o., wszystkich po cichu podporządkowano dysponującej kotłownią spółdzielni. W statucie spółdzielni zapisano, że „celem Spółdzielni jest zaspakajanie potrzeb mieszkaniowych członków, ich rodzin oraz potrzeby gospodarcze, społeczne i kulturalne”. Powtarzam – członków! My członkami „Sanniczanki” nie jesteśmy, więc trzeba się zapytać kliki, dla kogo działają, bo przecież nie dla nas – padają ostre słowa pod adresem prezesów spółdzielni.
Tym razem wyjaśnień udziela nam Andrzej O., formalnie wiceprezes (w Krajowym Rejestrze Sądowym jako prezes wciąż figuruje Andrzej Roman W.), choć zastrzega, że w zasadzie nie wiadomo, kto jest głównym prezesem, ponieważ W. już nim być nie chce: – W „Sanniczance” jest tak, że każdy lokator jest właścicielem i mieszkania i działki pod nim. Wszyscy, bez względu na to, czy są członkami spółdzielni czy nie, tworzą Wspólnotę Mieszkaniową, ponieważ posiadanym majątkiem zarządzamy wspólnie.
Ale mieszkańcom „Sanniczanki” wspólne ze spółdzielnią działania są nieznane. Niektórzy z nich przestali płacić całość świadczeń, gdy zorientowali się, że w ciągu kilku lat w opłatach zaszły dziwne zmiany: w 2002 r. opłata eksploatacyjna wynosiła ponad 143 zł, w 2003 r. zmniejszyła się do 23 zł, teraz jest 8 zł: – Tyle czasu płaciliśmy takie duże sumy, to teraz chcemy wiedzieć, co się z nimi stało. Także to, na co w ogóle idzie opłata eksploatacyjna. W normalnych spółdzielniach wszystkie koszty są wyszczególnione (m. in. c. o., energia, wywóz nieczystości, ubezpieczenie, eksploatacja). Kiedyś na piśmie poprosiłam o wyliczenie dokładnie tych opłat, w zamian obiecałam spłatę zadłużenia. Odpowiedziano mi wtedy, że spółdzielnia nie prowadzi tak szczegółowego rozliczania, by przedstawić je w rozbiciu na miesiące i poszczególne mieszkania, natomiast wpływy i wydatki zostaną przedstawione na ogólnym zebraniu po podliczeniu całego roku i obliczeniu bilansu – opowiada kobieta.
Rzeczywiście, zebranie było, a bilans zapisano na zwykłej kartce z zeszytu. Andrzej O. mówi, że na opłatę eksploatację składa się np. opłata za światło na klatkach. Poza tym: – Kiedyś podawaliśmy ogólne rozliczenie, za otrzymane pieniądze regulowaliśmy opłaty, teraz mieszkańcy rozliczenie dostają raz w miesiącu. Opłata eksploatacyjna wynosi obecnie 4 zł [tu niezgodność z kwotą podaną przez naszą rozmówczynię – E. G.]. Wcześniej było 8 zł, ale po wykonaniu remontu rurociągu, kotłowni i dachu, do których dużo dołożyła Agencja, zmniejszyliśmy do 4 zł.
Na co idą pieniądze
Co do remontów też są zdania podzielone, bo ktoś widział, że rurociągu na nowy nie wymieniono, tylko przeniesiono w inne miejsce. Nowe rury wciąż leżą, kto chce, może je sobie zabrać. Mieszkańcy pytają, co się stało z pieniędzmi za dzierżawę garaży, które stały na ich działce. Jaki prawem, skoro do gminy odprowadzali podatek, garaże usunięto, ale z zarobionych pieniędzy spółdzielnia się nie rozliczyła. Jej przedstawiciel tłumaczy, że brali „dzierżawę” za udostępnianie części gruntów i były to drobne opłaty, natomiast lokatorzy płacili do gminy podatek od budynku. Mieszkańcy uważają, że niejasności związane są także z zapłatą odsetek ustawowych od lokatorów, którzy płacą za mieszkanie z opóźnieniem. Wiceprezes mówi, że nie jest to prowadzone w sposób restrykcyjny i „Sanniczanka” rozwiązuje te problemy „we własnym gronie”. Lokatorze z Chopina twierdzą, że o zebraniach dowiadują się tylko wybrańcy i że kiedy dowiedzieli się (w 2001 r.) że prezes nie płaci za mieszkanie, to się bardzo zdenerwowali, ponieważ w tym czasie opłaty były ich zdaniem szczególnie wysokie: – Nie wymigujemy się od opłat. Każdą złotówkę chcemy zapłacić sami za siebie, ale musimy wiedzieć, na co idą nasze pieniądze, co się za nie robi, gdzie trafiają zyski z dywidendy. Obecna sytuacja jest dla nas chora.
Pamiętają, jak to kiedyś jeden z członków zarządu „Sanniczanki” określił ją jako „cichą spółdzielnię”. Czy miał na myśli niedopowiedzenia finansowe? Andrzej O. tak tłumaczy związane z pieniędzmi zawirowania: – Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Ja nawet złotówki ze spółdzielni nie wziąłem do własnej kieszeni. Pretensje mają tylko lokatorzy, którzy nie chcą płacić.
A lokatorzy powtarzają, że jak dostaną rzetelne rozliczenie wydatków, to zaległości uregulują.
Tadeusz Borowicki, przewodniczący Krajowego Stowarzyszenia Obrony Spółdzielców Oddział w Płocku mówi, że jego stowarzyszenie nie ma uprawnień do prowadzenia kontroli spółdzielni mieszkaniowych: – Takie jak w „Sanniczance” praktyki mają miejsce w 90 % spółdzielni. Mieszkańcom „Sanniczanki” nie pomoże ani Krajowa Rada Spółdzielczości ani Związek Rewizyjny Spółdzielni Mieszkaniowych RP, ponieważ tworzą je ci sami ludzie, który prowadzą podobne jak „Sanniczanka” praktyki na swoim terenie. Potrzebna jest kontrola z zewnątrz, z ministerstwa budownictwa.
Faktycznie, takiej kontroli „Sanniczanka” jeszcze nie przeszła. Bo poza tym byli u niej już wszyscy: NIK, Izba Skarbowa, prokuratura. I nikt nie dopatrzył się uchybień. Zadziwić może jednak komentarz Andrzeja O.: – To kocioł, tu nikt się nie połapie.
Elżbieta Grzybowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze