“Patrz jak stoi uparta na rusztowaniach partia” – pisał przed laty poeta, nie śmiąc przypuszczać jak bardzo prorocze okażą się jego słowa. Po dawnej partii, a przynajmniej jej nazwie nie ma śladu, ale ludzie, dobrze zaprawieni w klasowej walce, wciąż uparcie trwają na rusztowaniach i wciąż mają aspiracje, by przewodzić narodowi w drodze do świetlanej przyszłości, której początki, jeśli nie zabraknie cukru, mają się zjawić gdzieś za miesiąc. Nie mniej prorocza dla partii z aspiracjami okazała się jednak i nazwa ulicy, przy której mieści się jej warszawska siedziba. Rozbrat to udana nazwa. Za sprawą oczywiście zupełnego przypadku otrzymaliśmy klucz do tłumaczenia niewytłumaczalnych przetasowań na “politycznej mapie sejmu”, jak raczył to delikatnie ująć jeden ze znawców zawiłych meandrów polskiego parlamentaryzmu ostatnich tygodni.
W tych przetasowaniach nazwy odgrywają niebagatelną rolę. Bowiem mimo rozbratu dotychczasowi sojusznicy muszą pozostać sojusznikami, by wspierać uparcie i wspólnie jak długo to tylko będzie możliwe inicjatywę tworzenia nowego rządu przez eksperta z Bagdadu, bowiem tylko od powodzenia jego misji zależy, czy obie zachowają kontrolę nad unijnymi funduszami, które zaczną spływać już za miesiąc. Oddać pole w takim momencie byłoby rzeczą bardzo nieodpowiedzialną. Wiedzą o tym dobrze chyba obie strony rozbratu, który zresztą nastąpił w najodpowiedniejszym momencie, bowiem dwie partie złożone z dotychczasowych członków jednej, mogą stanowić dla siebie wzajemnie najlepszą “alternatywę na lewicy”, to znaczy mogą sobie uważniej patrzeć na ręce, czego przecież w jednej partii robić nie wypadało. Można sądzić w tym świetle, że głosy o wysokości kasy, która ma napłynąć z Zachodu wcale nie były przesadzone. Niestety tempo topnienia składu jednej strony rozbratu jest na razie wprost proporcjonalne do tempa przyrostu drugiej. A to nie wróży nic dobrego.
I tak finał rządów Leszka Millera jako żywo przypomina ostatni etap agonii rządu Jerzego Buzka. Doświadczenie byłych działaczy Unii Wolności i AWS-u w zakresie umiejętności trafnej oceny sytuacji i właściwych ruchów wykonanych we właściwym czasie może i tym razem ograniczyć ilość ofiar do minimum. O tym, że wybór takiego wariantu w rozwoju wypadków może się tylko opłacić, najlepiej przekonują wyniki sondaży i miejsca, jakie zajmują w nich formacje postawuesowskie. Pozory pluralizmu zastępują nadal pluralizm, pozory demokracji zastępują demokrację, pozory wyborów zastępują wybór prawdziwy. Ale czy w tym zakresie można coś zmienić? Czy skutecznie wytresowany przez jedną gazetę naród może się w porę rozeznać w sytuacji i właściwie zareagować. Tym bardziej, że znowu przewrotnie podpowiada mu się, że wybór owszem ma, ale tylko między partią “ludzi rozumnych”, którzy rozumnie już rządzili i nic z tego nie wynikło, o czym nikt nie raczy pamiętać, a partią “chamów”, no i rzecz jasna lepiej, żeby wybrał “rozumnych”. A im mocniejszy staje się “cham”, przez takt zwany “barbarzyńcą”, tym mocniej się przed nim przestrzega i tym częściej się o nim pisze. I to się opłaci. To zresztą jedyna szansa, by Pierwsza Dama wygrała wybory prezydenckie.
Ale jest jeszcze jeden wariant, o którym z lęku prawdziwego wszelkiej maści budowniczowie socjalizmu nie pisną głośno ani słówka. We Wrocławiu w wyborach uzupełniających do Senatu Janusz Korwin-Mikke zajął drugie miejsce tuż za kandydatem “rozumnych” z 18% poparcia, dystansując kandydatów Unii Wolności, SLD, LPR, Samoobrony i innych. Ale o tym cicho. Bo sukces kandydata UPR uderza w interesy wszystkich etatowych obrońców ludu za jego własne pieniądze. Kiedy lud wreszcie odrzuci politykę księżycową i wybierze realną?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze