Przed tygodniem piłkarze Wisły w meczu z Lechem Poznań strzelili pięć goli (w tym jednego do swojej bramki), lecz niestety w spotkaniu zanotowano tylko remis. W sobotę umieścili piłkę w siatce trzy razy, ale udało się wygrać.
Po meczu z Lechem najbardziej krytykowanym piłkarzem Wisły był Paweł Kapsa, który w sumie wpuścił pięć goli, w tym jednego swojaka. Trudno się więc dziwić, że przed kolejnym ligowym spotkaniem był maksymalnie skoncentrowany. Kibice proponowali, by na boisko wyszedł młody Sebastian Krakowiak, który na pewno popełniłby mniej błędów, ale trener Mirosław Jabłoński był głuchy na takie sugestie i postawił na Kapsę. Tym razem zrobił dobrze, bo gdyby nie zaskoczył go Dariusz Gęsior, to z Polkowic wyjechałby z czystym kontem.
A nasi piłkarze grali jak natchnieni, jakby wiedzieli, że nikt na nich nie stawia i musieli udowodnić, że nie zamierzają przejść obok ligi. Do wygrania w tej rundzie jest jeszcze mnóstwo punktów, z których, jak widać, Wisła nie zamierza rezygnować.
I połowa spotkania rozgrywana była pod dyktando gości, ale i gospodarze próbowali zaskoczyć Kapsę. Szalał na polu karnym Wisły Daniel Dubicki, ale szalał tak, jakby trener kazał mu tylko robić zamieszanie. W rezultacie, choć absorbował płockich obrońców, to nie oddał żadnego celnego strzału.
Za to Wisła grała konsekwentnie, stale uruchamiany był Ireneusz Jeleń, który jednak też nie potrafił celnie strzelić. Dopiero w doliczonym czasie gry, Andrzej Kobylański przypomniał sobie swoje najlepsze lata, rozegrał piłkę tak, że piłkarze zupełnie się pogubili, podał do Jelenia, a ten wpakował ją do siatki. Za linią stał bramkarz Jacek Banaszyński, który zdołał tę piłkę wybić, ale sędzia boczny sygnalizował, ze piłka całym obwodem znalazła się w bramce. W tej samej chwili wracającą na boisko piłkę dobił do bramki Maciej Terlecki tak, że nikt nie miał wątpliwości, że to zwycięstwem Wisły zakończyła się I połowa.
Po przerwie długo Wisła rozgrywała piłkę jak chciała, aż zszedł z boiska Kobylański. Zabrakło lidera w drużynie, czego efektem był samobójczy gol strzelony przez Dariusza Gęsiora, nie trzeba dodawać, że nie do obrony. Ale to jeszcze nie było tak koszmarne jak fakt, że Wisła nagle przestała grać, a gospodarze stwarzali bardzo groźne sytuacje. Jakby chcieli udowodnić, że oni też mogą Kapsie strzelić bramkę.
Na całe szczęście gra została uspokojona, a Jeleń popisał się fantastycznym strzałem, zachował zimną krew i zdobył zwycięskiego gola. Z piłkarzy Górnika w tym momencie jakby uszło powietrze, Wisła rozgrywała długie piłki, szanowała piłkę i dowiozła zwycięstwo do końca meczu.
A co było potem? Mało kto mógł uwierzyć w to co się stało, ale w obozie płockim panowała wielka radość. Wszyscy się pocieszali, że piłkarze zagrali jak z nut, choć właściwie nikt się tego po nich nie spodziewał. Było na co popatrzeć, a ręce wiele razy składały się do oklasków. Gospodarze długo nie mogli wyjść z szoku.
Górnik: Banaszyński - Majewski (46 Nawotczyński), Jeziorny, Żelasko, Jamróz, Pater (74 Malawski), Bosanac, Krzyżanowski (67 Pilch), Gorząd, Moskal, Dubicki.
Wisła: Kapsa - Wasilewski, Jurkowski, Duda, Kobylański (75 Ekwueme), Romuzga, Gęsior, Terlecki (62 Peszko), Gevorgyan, Kazimierczak, Jeleń
żółte kartki: Majewski, Bosanac, Moskal, Żelasko oraz Terlecki, Romuzga
czerwone: Jamróz w 85 min. za bardzo brutalny faul na Peszce.
Pozostałe wyniki:
Wisła Kraków - Amica Wronki 2:1, Lech Poznań - Legia Warszawa 1:2, Górnik Łęczna - Widzew Łódź 2:1, Polonia Warszawa - Groclin Grodzisk Wlkp. 3:1, Górnik Zabrze - Świt Nowy Dwór 1:0, Odra Wodzisław - Dospel Katowice 1:0.
Jola Marciniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze