Pierwsze uderzenie wiosny mamy już prawie za sobą i można z lekkim marginesem błędu powiedzieć, co dalej będzie się działo w naszym wędkarskim życiu. Skrwa opustoszała jak koryto górskiej rzeki po pierwszych roztopach i teren został oddany we władanie spinningistów i zapędzonych we wspomnieniach wędkarzy.Niestety, nie odpuszczają w tym roku jakoś i uklejom, które obrodziły dość pokaźnym stadem, i do czasu tarła pozostaną zbyt łatwą zdobyczą. Ta pogardzana ze względu na swoje niewielkie rozmiary rybka, jest pyszna w smaku i bije na głowę przedtarłowe mięso płoci i leszcza. Ktoś kiedyś nazwał bolenia “łososiem dla ubogich” a ja idę o zakład, że niewielu wędkarskich kucharzy poznałoby na talerzu przygotowane ukleje a`la sielawa. Warto spróbować jak smakuje ta rybka i może inaczej zaczniemy patrzeć na to nasze kochane wędkarstwo. Teraz na wiosnę stada uklei są duże i obfitują w duże osobniki. Sam złapałem się na tym, że w pierwszym odruchu pomyliłem ukleję z dość ładną, będącą pod ochroną certą. Wiosna ma to do siebie, że ludzie łatwiej opowiadają o swoich przygodach sprzed roku. Łowisko jest niby to samo, ale historia nie musi się powtórzyć. I tylko jedna woda bliska memu sercu, opowiedziała to, co chciałem usłyszeć od kilku lat. W roku 1993, w czasie rozgrywanych spinningowych mistrzostw okręgu, złowiłem na białego mepsika pięknego jeziorowego sandacza. I nie byłoby w tym nic dziwnego poza faktem, że w Grabinie sandaczy nikt nie widział od dobrych piętnastu lat. Mało tego, że były to zawody, to jeszcze trwał okres ochronny przez następne dwa dni. Na oczach sędziów, po udokumentowaniu zdjęciem pechowego połowu, sandacz w idealnej kondycji wrócił do jeziora. Przez dziesięć lat nikt nie słyszał ani jednej opowieści o złowieniu tego gatunku w tym akwenie. Nie było żadnej wzmianki w odłowach rybackich, które są prowadzone sporadycznie i pod mocną kontrolą kolegów z okręgu i koła Wędkarz. Ktoś by powiedział, a kogo to obchodzi. A obchodzi kochani, obchodzi bo koledzy z okręgu podjęli próbę wprowadzenia do tego akwenu ponownie sandaczy. Można powiedzieć, że po cichu zostało mocno zarybione jezioro Ciechomickie, które bardziej powinno odpowiadać młodym sandaczykom, a do Grabiny powędrowały niewielkie sumy. Minęły dwa lata i dochowaliśmy się, oby mocnego, stada jeziorowych sandaczy. Z opowieści wędkarskich szybko dotarły do mnie informacje o łowionych niewymiarowych sumach i sandaczykach. O ile te pierwsze nie żerowały pod lodem, o tyle srebrne pasiaki były dość częstym przyłowem. Niestety, z etyką u nas jest kiepsko, i sporo rybek powędrowało na patelnie. I teraz macie wszyscy odpowiedź, dlaczego akcje zarybieniowe dokonywane są po cichu. Nawet osoby biorące udział w tych nocnych wypadach długo trzymają język za zębami, bo po co niszczyć swoją pracę. Dziś moja historia z sandaczem jest wspomnieniem miłym i dotyczy już nie tylko mojej osoby. Na jesieni 2002 roku, padły pierwsze wymiarowe sandacze z naszych zarybień i chciało by się powiedzieć, aby tak dalej. Sandacz jest trudną rybą do złowienia w jeziorze bo przyjmuje inne zwyczaje niż jego bracia z rzek i zbiorników zaporowych. Nie zastosujemy tu koguta ani ciężkiego spinningu, ale z pewnością bardzo mile zaskoczy nas podczas nocnych połowów na żywca. Smakiem swojego mięsa bije na głowę inne ryby i dlatego warto posiedzieć nieraz nieco dłużej nad wodą. Jeziora Grabina, Ciechomice i Zdworskie należą do wód PZW Okręg Płocki i obowiązują tu przepisy regulaminu amatorskiego połowu ryb. Dlatego warto pamiętać, że okres ochronny sandacza trwa do końca maja i warto zadbać o tę piękną i coraz rzadszą rybę. Teraz w okresie tarła i kilkanaście dni po nim samce sandacza stoją dosłownie na gniazdach i pilnują swojej ikry. Powolnymi ruchami płetw wymuszają sztuszcznie ruch wody, aby ikra dobrze była natleniona. Głupotą jest łowienie go w tym okresie, bo to nie żadna sztuka sprowokować pilnującego gniazda ojca. Po połowie niszczymy nie tylko ojca, ale i całe potomstwo. To samo zjawisko zachodzi na wszystkich wodach, nie tylko tych należących do PZW. Tegoroczna wiosna przyszła bardzo późno i tarło ryb odbywa się z lekkim poślizgiem. Do wiadomości należy podać to, że rozwój ikry mierzy się w termogodzinach a nie w zwykłych dniach. Dlatego mam cichą nadzieję, że natura zdąży przed pierwszym czerwca opróżnić wszystkie gniazda. Zapraszam zatem wszystkich na jeziorowego sandacza na wody PZW, bez obawy, że zapuszczą swoje przynęty w przysłowiową studnię. Jedyny tylko wymóg to posiadanie odpowiedniego zezwolenia dla tych wszystkich, którzy do naszego związku nie należą. PS. Jeżeli macie problem ze smażeniem ryb w domu, to polecam sprawdzoną mieszankę ziołową podpowiedzianą mi przez mojego kolegę Krzysztofa Doleckiego. Jedna łyżeczka zmielonego kminku zmieszana z jedną łyżeczką zmielonej kolendry wymieszana z mąką daje fantastyczną panierkę. Zapach takiej smażonej ryby mile zaskoczy nasze żony, matki i kochanki, jak to było w polskim serialu. Życzę wszystkim smacznego i połamania wędki w nocnych wyprawach nad nasze jeziora. Andrzej Piegat
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze