Sam środek Wielkiej Majówki, a tu trzeba siadać do pisania. I zazdrościć tym, którzy już od minionej soboty wygrzewają się gdzieś na Karaibach albo śmigają na nartach z jakiegoś alpejskiego lodowca.Bo znowu tak się złożyło, że wystarczy trzydniowy urlop, by wyjechać na dziewięciodniowe wakacje. Korzysta z tego przywileju niewielu Polaków. Na razie. Ale „w miarę rozwoju sił wytwórczych”, jak mawiał brodaty , trochę zapomniany klasyk, ta liczba będzie przecież rosła. "Wróg klasowy" który, jak wiadomo, czai się wszędzie, poszeptuje mi teraz, że jak nadal będziemy tak świętować, to o rozwoju czegokolwiek możemy najwyżej pomarzyć. Wrogich podszeptów słuchać jednak nie wypada, toteż od razu zauważmy, że bardzo wiele firm najlepsze wyniki ekonomiczne osiąga właśnie w dni świąteczne, kiedy nie trzeba dopłacać do produkcji. Toteż zamiast majstrować przy Kodeksie Pracy, rząd mógłby rozważyć powrót do idei Funduszu Wczasów Pracowniczych. Gdyby tak załogi kopalń, hut, kolei i tym podobnych instytucji rotacyjnie, acz regularnie wysyłać na darmowy wypoczynek nad ciepłe morza, to być może budżet zamiast rosnącego deficytu, w krótkim czasie osiągnąłby znaczącą nadwyżkę? Czy minister Belka próbował to policzyć? Są jednak ludzie, którzy pracować muszą zawsze. Weźmy choćby naszą redakcję. Ja mogę napisać felieton choćby z tygodniowym wyprzedzeniem a i tak temat będzie jak najbardziej aktualny. Ale koledzy relacjonujący wydarzenia bieżące muszą cały czas być na posterunku. Z niedzielą włącznie. Tak to już jest. Jedni "załatwiają" robotę w tempie ekspresowym i mogą świętować, a inni muszą się w niej babrać przez siedem dni w tygodniu. Cóż, na pocieszenie mogę przytoczyć tylko stwierdzenie pewnego krawca ze starego dowcipu, który na zarzut klienta: - Panie Golbaum, Pan Bóg w siedem dni stworzył świat, a Pan w dwa miesiące głupi garnitur uszyć nie potrafisz... odparł: - Panie Rozenkranc, ale popatrz Pan na ten garnitur i popatrz Pan na ten świat... Tak było i w moim przypadku. Gdybym tekst o Wielkiej Fecie na stadionie pisał w niedzielę a nie w czwartek, treść byłaby zapewnę inna. A tak Czytelnik obecny na tej imprezie zastanawia się teraz zapewne, która to część widowiska była bardziej ekscytująca: sam mecz, czy fajerwerki po jego zakończeniu? Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że sam też tam byłem, na dodatek po raz pierwszy z synem! Jak by tego dylematu nie rozstrzygnąć, pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie był to miarodajny pokaz możliwości organizacyjnych klubu. Gdyby było inaczej, to obawiam się, że po raz kolejny przyjdzie skonstatować, że w naszym mieście zrobienie czegokolwiek sensownego przekracza granice cudu. Ot, choćby przebudowa słynnego skrzyżowania przy Politechnice... Wielki szum w mediach, dodatkowy pas ruchu, nowoczesna sygnalizacja świetlna... A efekt? Każdy kierowca widzi! Złożenie rocznego zeznania podatkowego, to wobec przejazdu przez to skrzyżowanie w godzinach szczytu doprawdy kaszka z mlekiem!
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze