Nie można kochać wszystkich kobiet. Każdy, kto choć raz w życiu tego spróbował, wie, że to zadanie ponad siły. Na ogół solidarne i wspierające się nawzajem, w tej dziedzinie okazują się indywidualistkami.Pragmatyczny kapitalistyczny świat już dawno pogodził się z takim stanem rzeczy, świętując 14 lutego popularne ˝Walentynki˝. Natomiast świat socjalistyczny - pełen romantycznego idealizmu i nie uznający wstydliwych kompromisów - wolał obchodzić 8 marca, czyli Dzień Kobiet. Wszystkich na raz i bez oglądania się na konsekwencje. Obecnie mamy szczęście żyć w okresie przejściowym, w burzliwych czasach społecznych przemian i zmieniających się modeli życia. Jakby przeszłość wahała się, czy na pewno odejść, a przyszłość zastanawiała się, czy nie pożałuje, gdy nadejdzie. Pewnie, że taki stan mentalnej i ekonomicznej niepewności bywa frustrujący, ale z drugiej strony oferuje on niepowtarzalną szansę wyboru, w zasadzie niedostępną ludziom żyjącym w momencie – choćby nie wiem jak dostatniej i błogiej – stagnacji. Szansę wyboru między romantycznym a realistycznym, czule sentymentalnym a trzeźwym i świadomym ograniczeń, mgliście niedopowiedzianym a zwięźle konkretnym. Między Mickiewiczem a, dajmy na to, Prusem. Między Pałacem Kultury a stojącym nieopodal Mariottem. Między niegdysiejszym planem 5-letnim a planem Balcerowicza. Między 8 marca a 14 lutego. Nawet jeżeli bardzo często jest to wybór między deszczem a rynną. Specyfika obchodów obydwu świąt wiele mówi o zmieniających się czasach i obyczajach. Pamiętam Dzień Kobiet w szkole, poranne apele, wyprasowane spódniczki koleżanek i nauczycielek, obowiązkowe goździki, przy jednoczesnym prawie całkowitym oderotyzowaniu całego przedsięwzięcia, pozbawieniu go zmysłowej aury domniemywań, za cóż to niby – my mężczyźni – mamy kobiety czcić i wielbić. Kobiecy wdzięk i uroda, potraktowane ogólnie, świętowane ˝hurtowo˝ - w szkołach, fabrykach, biurach, na akademiach transmitowanych przez telewizję - stają się czcze i bezosobowe niby ˝miedź brzęcząca i cymbał brzmiący˝. Z drugiej jednak strony, jakież to demokratyczne, otwarte, serdeczne spróbować, niechby tylko tego jednego dnia, dobitniej okazać uczucia wszystkim kobietom, jakie znamy, za to właśnie, czym się, od nas mężczyzn, różnią. A niektóre z nich – na przykład pani od wychowania obywatelskiego, niewysoka brunetka o kształtach tak zaokrąglonych, że cała poznawana w tym czasie na matematyce geometria Euklidesa okazywała się bezradna, albo chodząca z nami do klasy tylko przez dwa lata Ewa, której ojciec był Czechem i która na lekcjach W-F pokazywała, co to znaczy mieć naprawdę wygimnastykowane ciało, albo Beata, którą na przerwach najodważniejsi chłopcy dotykali tu i ówdzie, ale ja się wstydziłem – o tak, niektóre z nich potrafiły się różnić wyjątkowo pięknie. Tymczasem ˝Walentynki˝ wszystkie te sprzeczności porządkują i racjonalizują. Ale wystarczy spojrzeć, czym to się kończy w praktyce. Z Dnia Zakochanych zrobiło się wielkie święto handlu, walentynkowych gadżetów i komercyjnych, a więc pustych jak wydmuszki, reklamowych haseł. Być może świętując - na przekór czasom i obyczajom, zgrzebnie i anachronicznie - 8 marca próbujemy zachować tę resztkę spontaniczności i romantyzmu, jaka w nas jeszcze została. Kobieta z marzeń... Obie te tendencje, i to w wymiarze światowym, można dostrzec, słuchając nowych albumów dwóch wspaniałych kobiet: Cher i Sade. Obydwie fascynują od lat nie tylko urodą, ale głosami: u Cher niezwykle mocnym i mimo ponad 30 lat obecności na scenie nie tracącym świeżości i blasku, zaś u Sade zmysłowym i ciepłym, sprawiającym wrażenie, że można śpiewać szeptem. Obdarzona oryginalną urodą Cher (wokalistka jest egzotycznym owocem związku indianki z plemienia Czirokezów i emigranta z Armenii) debiutowała na scenie w latach 60-tych u boku Sonnego Bono, z którym stworzyła popularny duet Sonny And Cher . Bono objął nad nią opiekę jako kompozytor, aranżer i producent, a wkrótce został także jej mężem. Pierwszym, bo życie uczuciowo-erotyczne piosenkarki miało się okazać nader urozmaicone i burzliwe. Po rozpadzie związku z Sonnym kontynuowała karierę solową. W tle kolejnych przebojów na światowych listach pojawiali się kolejni życiowi partnerzy Cher, których wybierała sobie – trzeba to przyznać – z najwyższej półki. Proszę bardzo, sama śmietanka: Greg Allman (gitarzysta słynnego Allman Brothers Band), Gene Simons (muzyk Kiss), Richie Sambora (z Bon Jovi), dwaj potentaci branży fonograficznej David Geffen i Joshua Donen, zawodowy hokeista Ron Duguay, słynni hollywoodzcy aktorzy Val Kilmer i Tom Cruise, plus całkiem liczne grono postaci tylko trochę mniej znanych, a równie mocno związanych z show biznesem. Nader to wyrafinowana kolekcja. Przez lata działalności Cher – przy pomocy wszelkiej maści specjalistów od wokalnej i fizycznej atrakcyjności, chirurgów plastycznych, producentów, aranżerów muzyki i seksapilu - udało się stworzyć wizerunek kobiety marzeń, pięknej i tajemniczej, pozostającej w zasięgu zmysłów, ale uparcie wymykającej się z rąk. Na swoim najnowszym albumie ˝Living Proof˝ Cher przedstawia się już w zasadzie nie jako żywa osoba, o określonym charakterze, w określonym wieku, ale jako symbol, erotyczny gadżet, komercyjne ucieleśnienie męskich pożądań kobiety wiecznie młodej, stale namiętnej, zmysłowej bez chwili wytchnienia. Repertuar płyty to efektownie (by nie rzec: efekciarsko) zaaranżowane taneczne przeboje, wahające się między nowoczesną stylistyką techno a dyskotekowymi klimatami z lat 80-tych. W końcu Cher pragnie zwrócić na siebie uwagę panów w różnym wieku. A miarowo wybijane rytmy bywają równie dobre jak mocny makijaż czy prowokujący głos. W ogóle wszystko na tej płycie jest uporczywe i natrętne: od muzyki po zdjęcia na okładce. Uporczywie zmysłowe i natrętnie erotyczne. Słowem, idealne na ˝Walentynki˝ ... i romantyczna Na 8 marca polecam zatem całkiem inną płytę. Wydany przed paroma dniami album Sade ˝Lovers Live˝ to bardzo przekonująca alternatywa dla przesłania i atmosfery nagrań Cher. Nie tylko dlatego, że jest zapisem nagrań na żywo, czyli obywających się bez grubego studyjnego makijażu i komputerowych retuszy. Wdzięk i zmysłowość piosenek Sade wydają się tak naturalne, nie wykreowane, bo są po prostu wdziękiem i zmysłowością ich wykonawczyni. Dyskretna, nie narzucająca się aura zmysłowości emanująca od tej płyty jest, w porównaniu z albumem Cher, jak zapach kropli najlepszych perfum - drżący w przezroczystym powietrzu niczym kostka lodu w szklaneczce brandy – przy gęstej chmurze wody toaletowej zakupionej w kiosku ruchu tuż przed sobotnią dyskoteką. Urodzona z równie egzotycznego związku nigeryjskiego naukowca i irlandzkiej pielęgniarki (któremu zawdzięcza fascynującą, oryginalną urodę) Sade zaczynała karierę jako projektantka ubrań i modelka. Na początku lat 80-tych zaczęła także śpiewać. Świat podbiła bezpretensjonalnymi, skromnie, lecz pomysłowo zaaranżowanymi piosenkami o subtelnych melodiach, mocno nasyconymi jazzem i często opartymi na latynoamerykańskich rytmach. Efektowna, ale i wyrafinowana, mieszanka typowo południowej żywiołowości i spontaniczności z północną melancholią i ostrożnym umiarem sprawiła, że nagrania Sade pasowały zarówno do klubów tanecznych jak do intymnych wieczornych spotkań we dwoje. Bo zmysłowy głos i erotyczny klimat nagrań nie miały w tym przypadku służyć lansowaniu samej wykonawczyni. Pełen rezerwy, konfesyjny ton jej intymnych zwierzeń – oprócz tego, że wydawał się wręcz wykluczać rynkowy sukces, jaki odniosła – mógł grać rolę miękkiego, atłasowego tła dla wielu prawdziwych sytuacji, kunsztownej ramy dla portretów wielu prawdziwych kobiecych twarzy. Mogło by się zdawać, że tego typu muzyka nie sprawdzi się na płycie nagranej na żywo, że jest zbyt delikatna, że ściegi między poszczególnymi dźwiękami i taktami pozszywane są zbyt cienką nicią. Ale ˝Lovers Live˝ rozwiewa te wątpliwości. Najpopularniejsze piosenki Sade nie tracą ani odrobiny ze swej urzekającej aury, za to zyskują, zaskakując tym większą bezpośredniością (zapierająca dech ˝Jezebel˝) i zmienionymi aranżacjami (˝dubowy˝ rytm rodem z reddae w ˝Slave Song˝). Imponuje nie tylko wokalna klasa i sceniczna swoboda głównej bohaterki, ale także forma towarzyszących jej instrumentalistów, podchodzących do, bądź co bądź, popowej materii muzycznej z wyczuciem i troską o dopieszczenie każdego dźwięku godną rasowych jazzmanów. Podobnie jak u Cher, i tutaj bodaj wszystkie utwory opowiadają o miłości (czymkolwiek się ona zdaje), ale w tym przypadku takt i dyskrecja wokalistki sprawiają, że rychło zapominamy o tym, że słuchamy czyjejś historii, a na tle każdej piosenki pojawiają się dobrze znane, widywane na co dzień lub pojawiające się na fotograficznej kliszy pamięci – kobiece głosy, dłonie albo oczy. Maciej Woźniak *Za płyty i życzliwość dziękujemy stoisku muzycznemu ˝Swing˝ w Domu Handlowym TSS na I piętrze.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze