Reklama

Rozmowy w saloniku “Tygodnika Płockiego” - Mam pomysł na kabaret

24/04/2003 14:26
Z Jerzym Wieczorkiem aktorem Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku, wyróżnionym w sezonie 2002/2003 Srebrną Maską rozmawia Blanka Stanuszkiewicz- Za rolę Saszy w “Antygonie w Nowym Jorku”, Płockie Towarzystwo Przyjaciół Teatru przyznało panu prestiżową nagrodę “Srebrną Maskę”. Czy i dla pana jest to rola szczególna? - Janusz Głowacki na podstawie własnych doświadczeń napisał genialną, choć ciężką sztukę, co najmniej tej samej wagi co “Tango” Sławomira Mrożka. Autor tak zgłębił i przedstawił temat, że jako aktor nie musiałem już niczego wymyślać. Życiowa prawda była dobitna. Tekst opanowałem błyskawicznie. Założyłem koszmarne łachy, zamiast butów foliowe worki, byłem brudny, poczułem dramat emigranta z beznadziejnej Rosji, któremu wydawało się, że jedzie do Eldorado w Stanach, tymczasem rzeczywistość, która go spotkała, była po stokroć gorsza, niż to co zostawił. - Widzowie z “Antygony w Nowym Jorku” wychodzą z przedstawienia o ile nie zaczarowani, to zahipnotyzowani grą aktorów. - Aktor nie jest od czarowania. Aktor ma stworzyć postać. Jeśli ludzie w nią uwierzą, to już jest coś. Podobnie jeśli rola wzbudza kontrowersje. Gorzej jeśli nie są w najmniejszym stopniu przekonani. - Jaką rolę marzy się panu stworzyć? - Od lat mam ochotę, ale niestety brak materiałów, by zagrać “rąbniętego” inspektora policji w komedii kryminalnej. Jak na razie bez powodzenia szukam, (głównie w amerykańskich dziełach), dobrze napisanej sztuki. Wśród polskiej literatury niczego nie znajdę, bo u nas może być tylko bardzo poważnie. - A “Dwie morgi utrapienia” Marka Rębacza? - Faktycznie dobra komedia i do tego świetnie zagrana, ale niestety mało kryminalna. Ludzie bardzo tłumnie przychodzą na to przedstawienie. - Może to znak, żeby w płockim teatrze wystawiać więcej komercyjnych przedstawień? - Nasz teatr już w samej nazwie jest dramatyczny, może lepiej gdyby zmienił się na teatr rozmaitości. Wtedy od czasu od czasu dla honoru teatru gralibyśmy np. “Balladynę”. Poza tym grywałoby się więcej twórców współczesnych, przede wszystkim różnego rodzaju farsy. Dzisiaj ludzie bardziej chcą się w teatrze śmiać, niż oglądać rzeczy poważne, stąd ja mam pomysł na kabaret. - “Radosny bełkot. Rzecz dzieje się w domu wariatów. Tu i teraz czyli nigdzie”, tak brzmi skomplikowany i tajemniczy tytuł tego przedsięwzięcia. - Będzie to steatralizowany kabaret ze scenariuszem Chciałbym go zrealizować w ramach sceny inicjatyw aktorskich Napisałem już większość tekstów. Na razie zdradzę tylko tyle, że faktycznie rzecz będzie się działa w domu wariatów, do którego przeniesione będą wydarzenia ulicy. Nie zabraknie wierszyków omawiających polską rzeczywistość tj.: “Furknęła za oknem niebieska ptaszyna/ i leci - o, jakże jej słodko/ ja do pierwszego i tak nie wytrzymam/ i za to cię kocham - Kołodko/. - Cięty język satyry dotknie tylko spraw krajowych? - Nie tylko. Poruszymy też sprawy Płocka. - Kogo jeszcze zobaczymy w tym programie? - Bardzo pomaga mi Mariusz Pogonowski. Przyłączyli się Hanna Ziętara, Paweł Gładyś i Grażyna Zielińska. Mamy też przychylność dyrektora teatru, który zachęcił mnie do tego pomysłu i obiecał opiekę artystyczną. - Przypomnijmy, że z płockim teatrem związany jest pan od 11 lat. Ma pan na swoim koncie udział w 40 premierach, sztukach klasycznych, jak też bajkach dla dzieci. Zanim został pan aktorem w teatrze, był pan solistą na estradzie. - Nie jestem zawodowym aktorem. Od 1967 do 1993 roku śpiewałem w grupach estradowych z całej Polski. W 1972 roku zdawałem jako ekstern egzamin w Ministerstwie Kultury i Sztuki przed szanowną komisją, której przewodniczył Aleksander Bardini. Miałem też to szczęście, że pracowałem na estradzie z bardzo dobrymi wykonawcami, podobnie jak i ze znakomitymi aktorami dramatycznymi. Dwa lata pracowałem u Hanki Bielickiej, gdy prowadziła “Kabarecik pod Gwiazdami”. Spotkałem Bogusława Meca, śpiewałem z Marią Koterbską, Zbyszkiem Wodeckim, Krzysiem Piaseckim, Maciejem Damięckim, Bogusiem Łazuką. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich. Podglądałem często ich warsztat. To co umiem, to efekt obserwacji. Jeśli człowiek czymś się interesuje, to nauczy się wszystkiego... - Oczywiście pod warunkiem, że ma talent - Jak ktoś nie ma iskry bożej to w zawodzie aktora nie ma czego szukać. Z drugiej jednak strony - przy złej ocenie sytuacji - łatwo się “rozmienić na drobne”, szczególnie występując na estradzie. Jeżdżąc od do czasami artyści odpuszczali sobie występy, albo zaprzedawali “duszę diabłu” i dla “szybkiego awansu”, brali udział w festiwalu piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu, albo festiwalu piosenki radzieckiej w Zielonej Górze. Nie uległem “pokusie”, więc nie zrobiłem zawrotnej kariery, nie mam też zbyt wielu nagrań. To była jednak kwestia przekonań, których nie żałuję. Po 30-latach pracy z estradą skończyłem. Po śmierci żony zająłem się wychowywaniem dziecka. Trafiłem do płockiego teatru. Zawsze miałem ciągoty teatralne. - Nie brakuje panu śpiewania w teatrze? - Trochę tak. Ale nie można mieć jednego i drugiego na raz. Nie zrezygnowałem jednak ze śpiewu. Kiedyś jeszcze do tego wrócę. Mam pewne pomysły, wymagające dobrej grupy muzycznej, ambitnej aranżacji. Drugiego “Metra” w Płocku nie zrobimy, ale może jakąś śpiewogrę. - Teatr to dla pana praca czy pasja? - I jedno i drugie, choć jak wychodzę z teatru, to już nie gram. Uważam, że od tego jest scena. Jeśli moje prywatne życie miałoby być zdominowane przez zawód, to co to za życie. To samo w drugą stronę. Fobie i niesnaski przenoszone na deski, czyli nie pocałuję koleżanki na scenie, bo jej nie lubię. To dla mnie amatorstwo. Dziękuję za rozmowę Fot. DarO
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości