Jest to aktor kontrowersyjny. - Dla aktora podstawa to teatr - twierdzi Piotr Bała, jednak co i rusz widzimy go w telewizji. Panie z osiedlowego sklepu, cieszą się, że widziały go w “Klanie”, albo w “Na dobre i na złe”.Tymczasem... – Wolałabym, żeby płocczanie poznawali mnie przede wszystkim z płockiej sceny. Piotr Bała to także silna aktorska osobowość, którą jednak złamać może prośba Romana Polańskiego. – Przyszedł do mnie do garderoby i namawiał, żebym obciął do roli włosy. Długo się opierałem, ale w końcu mnie przekonał – tłumaczy aktor, który ma na swoim koncie udział w kinowym hicie - “Pianista”. To czarny charakter z duszą - tak Piotra Bałę widzą nie tylko reżyserzy, ale też krytycy. Co nie oznacza wcale, że nie zagra szlachetnego królewicza z bajki. Z Piotrem Bałą – aktorem Teatru Dramatycznego w Płocku rozmawia Blanka Stanuszkiewicz - Chyba nikt nie zapomni premiery “Kordiana” w Płocku. Ledwo skończył się ostatni akt jednego z najbardziej kontrowersyjnych w ostatnim czasie spektakli, a już świętowaliśmy 45-lecie pracy aktorskiej Witolda Mierzyńskiego. Aktorzy stali na scenie, kwiaty i podziękowania dostał jubilat i nagle do mikrofonu podchodzi Piotr Bała, by powiedzieć o swoim święcie – 10 latach na deskach teatru jubileuszu. - Nie planowałem tego. Dziś uważam moje wystąpienie za niepotrzebne. Zadziałałem jednak pod wpływem chwili. (10 lat temu, 29 listopada, jako adept sztuki teatralnej, wspomagający zespół artystyczny z Wałbrzycha, zagrałem epizod reportera w premierze “Mayday, mayday”. I tak się zaczęła na dobre moja praca na scenie.) Pomyślałem, że to najlepszy moment, by na premierze, czyli święcie aktorów podziękować kolegom i publiczności. - Podobno grywał pan już na zawodowej scenie jako licealista? - Jako licealista należałem do Klubu Gońca Teatralnego. Takie formacje działały przy teatrach i wspierały zainteresowaną teatrem młodzież. Przychodziliśmy na spotkania, pod okiem specjalistów prowadzone były spektakle. Pewnego dnia na naszą próbę przyszedł dyrektor wałbrzyskiego teatru Wowo Bielicki. Brakowało mu jednej osoby do prawdziwej profesjonalnej sztuki. Zauważył mnie i od tej pory zacząłem grać małe rólki w teatrze zawodowym. Później jako student grałem też na zawodowej scenie w Olsztynie. Tam poznał mnie i Pawła Gładysia, dyrektor płockiego teatru Marek Mokrowiecki. - Co pana fascynuje w zawodzie aktora? - Przede wszystkim granie na własnych emocjach. Możliwość bycia kimś innym i świadome kontrolowanie tego. Czasem człowiek jest z natury spokojny, a przypadnie mu zagrać ekscentryka. I albo musi go odnaleźć w sobie, albo podpatrywać życie codzienne, żeby później wiarygodnie wypaść na scenie. - Według krytyków teatralnych najbardziej przekonujący jest pan w rolach postaci kontrowersyjnych etycznie. Lubi pan grać tzw. czarne charaktery z duszą? - Każdy aktor lubi grać przede wszystkim rzeczy ciekawe. Trudno zagrać interesująco rolę papierową np. dobrego, młodego, cichego człowieka. Teraz mam takie zadanie, bo muszę zagrać bajkowego amanta w “Śnieżce”. Ogólnie jednak staram się pamiętać o tym, co powiedział mi kiedyś doświadczony aktor “Zawsze powinieneś wiedzieć, co potrafisz i czego jeszcze nie potrafisz zagrać, jednak nikomu się do tego nie przyznawaj. Na zewnątrz mów, że spróbujesz zagrać daną rolę. Jeśli pomyślisz kiedyś, że jesteś we wszystkim świetny, to znaczy że jesteś do niczego. - Pana największe dotychczasowe aktorskie wyzwanie to... - Największy “kosmos” w moim teatralnym życiu, to spektakl “Gdyby”. 38 postaci gra 4 aktorów. To prawdziwy poligon dla grających. A tempo zmian wygląda jak w filmie... - Jeśli o tym mowa. Ostatnio widziałam pana w “Pianiście” Romana Polańskiego. - W “Pianiście” zagrałem małą etiudkę. Jako nowobogacki, sprzedawałem gdzieś na ulicy obcą walutę. Niby prosta rzecz, ale był jeden poważny problem. Akcja toczy się w czasach II wojny światowej, tymczasem ja miałem włosy do ramion. Nie chciałem ich do tej roli ścinać. Przyszedł w końcu do mojej garderoby sam Roman Polański i zaczął mnie przekonywać, twierdząc, że nie chce szukać innego aktora. Oczywiście włosy obciąłem. - Zagrał pan m.in. w “Klanie”, “Na dobre i na złe”, “W imieniu prawa”. Wnikliwy obserwator zauważy też pana w “Quo vadis”, w “Panu Tadeuszu”, “Ogniem i mieczem”, a także w “Przedwiośniu”. - Najlepiej wspominam bardzo profesjonalną pracę w “Ogniem i mieczem”, a także w “Dzienniku Jacka Fedorowicza”. - Czy czeka pan na tę jedną dużą rolę, która stanie się furtką do sławy? - Każdy aktor, który otarł się o film, myśli o tym. Poza tym nie oszukujmy się, ale za pracę na planie filmowym są większe pieniądze, które ratują budżet młodego teatralnego aktora na dorobku. - Gra pan nie tylko w filmach, ale również sam je tworzy. - To zbyt szumne określenie. Dwa lata temu miałem taki pomysł, by uwiecznić wszystkich pracowników teatru w jednym filmie. Niespodziewanie prosiłem moich kolegów, by w przerwach różnych swoich zajęć w teatrze, odegrali jakieś scenki. Nagrywałem wszystko amatorską kamerą. Nikt nie wiedział do końca, o czym będzie film. Całość została profesjonalnie zmontowana, podłożyłem muzykę. Podczas wewnętrznej teatralnej premiery tego filmu, wszyscy zaskoczeni byli, że jest jakaś sensowna fabuła. Dla mnie jest to pamiątka, choć nie ukrywam, że ciągnie mnie do filmu. - Ale nie zamierza pan w najbliższym czasie opuścić płockiego teatru? - Oczywiście, że nie. Dla każdego aktora podstawą powinien być teatr! A skoro o nim mowa – pewne rzeczy z chęcią bym tu zmienił. Przede wszystkim z płockiego teatru powinien być zrobiony pałac. W naszym mieście jest wystarczająco dużo bogatych firm i instytucji, które mogłyby stać się mecenasami sztuki i wyremontować nasz budynek. - Aktor całe życie uczy się swego wymagającego zawodu. Gdzie uczył się pan gry na perkusji do roli w “Kordianie”? - W tym wypadku jestem samoukiem. Grałem kiedyś na perkusji w zespole rockowym. Ta umiejętność przydała mi się w teatrze także w “Makbecie” i “W lekarzu wiejskim”. - Teatr, film i telewizja to potężne nośniki, tym bardziej że występuje pan w popularnych produkcjach. Czy dzięki nim jest pan rozpoznawany w Płocku na ulicach? - Czasem, gdy robię zakupy, zaczepia mnie ekspedientka, mówiąc, że widziała mnie w telewizji. Tymczasem bardziej bym się cieszył, gdyby ta pani kojarzyła z pracą w teatrze. - Co robi Piotr Bała w wolnych chwilach, kiedy schodzi ze sceny? - To jest przede wszystkim późna noc. Mój dzień w teatrze jest bardzo poszatkowany. Pracuję od 10 do 14 i później od 18 do 22. W wolnych chwilach lubię oglądać, (po wielokroć), zarówno w kinie, jak i w domu filmy. Taką moją superpozycją jest “Amadeusz”. Jeśli chodzi o moje życie prywatne, to w młodym aktorskim gronie staramy się trzymać razem. Brak czasu, specyfika zawodu skutecznie utrudnia kontakty z ludźmi spoza teatru. Ale jesteśmy otwarcia na nowe znajomości. - Dziękuję za rozmowę Krótkie CV Piotr Bała, lat 28, kawaler, pochodzi z Wałbrzycha. Aktorem chciał być od najmłodszych lat. Debiutował w teatrzyku żywej formy. W liceum prowadził kabaret. Później zapisał się też do Kluby Gońca Teatralnego, działającego przy teatrze w Wałbrzychu. Tu jego talent zauważył dyrektor Wowo Bielicki i zagrał z zawodowymi aktorami m.in. w “Weselu”. Studia aktorskie skończył w Olsztynie. W 1999 roku uzyskał dyplom i tak został aktorem dramatycznym. Z płockim teatrem związany jest od 3 lat. Główne role w Płocku to: Gruby - “Na pełnym morzu”, M2 - “Gdyby”, Konferansjer - “Co nam zostało z tych lat”, Wacław - “Zemsta”, Szewczyk - “Hej na Smoka”, Pan Smith – “Łysa Śpiewaczka”. Największy sukces: -Umiejętność przyznawanie się do błędu. Największa porażka: - Gdy słabości biorą górę. Czeka na: - ...drugą połowę... Nie cierpi: - Gdy w teatrze podczas premiery, ktoś na widowni odbiera telefon komórkowy. Fot. Dariusz Ossowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze