Reklama

Rodzina Malanowskich - Chcą biegać przez całe życie

24/04/2003 14:36
Sporo miejsca na kolumnach sportowych zajmują zawodnicy, którzy zajmują się bieganiem. Piszemy o ich startach, o tym, że bieganie to ich sposób na życie Dla nich ważniejsza jest przebieżka po lesie, niż siedzenie przed telewizorem.Najczęściej jedna osoba biegająca zachęca do tego innych członków rodziny. Choć nie zawsze jest to oczywiste. My chcemy przedstawić rodzinę, która jest najlepszym przykładem na to, że sport to może być także zdrowie. Jarosław Malanowski sport zaczął uprawiać jeszcze w szkole. To było kolarstwo, a na rowerze jeździł w Sokołowie Podlaskim. Nic jednak nie wskazywało na to, że będzie się zajmował sportem. Skończył chemię na Uniwersytecie w Toruniu. To taki ukłon w stronę ojca, który był cukrownikiem. Myślał, że syn pójdzie w jego ślady, zresztą do dziś nie może mu wybaczyć, że zamiast pójść do cukrowni, do pracy, rozpoczął drugie studia na AWF w Poznaniu, bo postanowił związać swoje całe życie ze sportem. Pierwsza praca to szkoła w Święcieńcu, gdzie uczył wszystkiego, także wychowania fizycznego i było to wspaniałe doświadczenie. Ale cały czas, gdzieś w głębi duszy odzywała się miłość do roweru. - Jeszcze chodząc do Małachowianki spędzałem mnóstwo czasu na rowerze. W wakacje wybieraliśmy się z przyjaciółmi na 2-3 tygodniowe wycieczki. Dotarłem do wszystkich zakątków w kraju, z każdych wakacji przywoziłem grube pamiętniki, gdzie opisywane były wrażenia i odwiedzane miejsca. Jeździliśmy tak z bagażami, z namiotami i podziwialiśmy kraj. O sporcie wyczynowym nie mógł jednak marzyć z powodu skoliozy. Zwykle lekarze odradzają intensywne ćwiczenia ludziom mającym kłopoty z kręgosłupem, ale chyba niesłusznie. Przykład Jarosława Malanowskiego jest potwierdzeniem tego, że można ćwiczyć, ale trzeba to robić mądrze. Drugim przykładem jest Stanisław Dymek, który jest po operacji i od wielu lat biega z blachą w kręgosłupie. Obaj powinni startować w kategorii “niepełnosprawny”, a tymczasem potrafili zwyciężyć słabość codziennie ćwicząc i odnosząc sukcesy rywalizując także z ludźmi zdrowymi. Bieganie stało się, obok roweru, drugą pasją J. Malanowskiego. Kiedy więc na początku lat dziewięćdziesiątych usłyszał wraz z kolegami, takimi samymi zapaleńcami jak on o triathlonie, zaczęli regularnie trenować pływanie i wystartowali w III Mistrzostwach Polski. - Dziś wspominamy to ze śmiechem - opowiada, - ale ten pierwszy start to było szaleństwo. Startowaliśmy w triathlonie olimpijskim. Najpierw było pływanie, aż 1500 m. Temperatura wody wynosiła 14,8 st. C. Powinniśmy mieć pianki, ale o takim luksusie nawet nie było wtedy co marzyć. Wystartowaliśmy w pięciu: ja, Czesiek Mączyński, Stasiu Dymek oraz Mirek Cichocki i Marek Zarychta, którzy dołączyli do nas w noc przed zawodami. Obydwu urodziły się akurat dzieci, więc nie bardzo mieli głowy do startu. Nie było pianek, za to każdy z nas miał jakieś maści rozgrzewające. Wysmarowaliśmy się nimi, komuś potem wyszły czerwone plamy na plecach, i do wody. Było tak zimno, że mało kto ze 180 startujących zawodników, myślał o 40 km rowerem i 10 km biegu, które były przed nami, po pływaniu. My wtedy nawet nie potrafiliśmy się rozebrać, traciliśmy mnóstwo czasu. Sprzęt też nie był najlepszej jakości, słowem te zawody, które ukończyliśmy, kosztowały nas sporo zdrowia, ale w triathlonie zakochaliśmy się na zawsze. Założyliśmy Płockie Towarzystwo Delta, które cały czas działa; wiele ludzi miało okazję wystartować w triathlonie. A nas bardzo ciągnęło do tej dyscypliny, która wymaga bardzo wszechstronnego przygotowania, ale znakomicie pomaga w dowartościowaniu , umożliwia pokonanie słabości. Wśród nas było wielu ludzi. Trzy triathlony ukończyła moja żona, doskonale radził sobie na trasie Grzegorz Markiewicz, dziś kierownik drużyny piłki ręcznej Wisły. Potem dołączył do nas także Waldemar Gieres, który też całkowicie zaprzedał się tej dyscyplinie. Właśnie Gieres, Dymek i Mączyński wkrótce spełnią swoje największe triathlonowe marzenie, czyli udział w klasycznym (3,8 km pływania, 180 km rowerem i na koniec maraton). W Niemczech wystartują w Iron Manie, czyli imprezie, w które startuje tysiące triathlonistów. Każdy, kto ją ukończy, otrzyma medal. Bo tam startują tylko najsilniejsi. Płocczanie zamierzają całą tę morderczą trasę pokonać w 11 godzin. Ale Iron Man nie jest dla wszystkich. Oprócz bariery fizycznej i sprzętowej, trzeba pokonać także problemy finansowe. Dlatego mało kto może sobie pozwolić na taki start. Ale to wcale nie znaczy, że nie można w inny sposób realizować swoich marzeń. J. Malanowski pracuje dziś w Gimnazjum nr 1 w Płocku, ma pod swoją opieka młodzież, którą stara się zachęcić do uprawiania lekkiej atletyki. Udało się stworzyć grupę dzieciaków, dzięki którym szkoła słynie z wysokiego poziomu sportowego. Największe sukcesy, to udział w Światowych Igrzyskach Młodzieży Szkolnej, gdzie reprezentacja lekkoatletów opiera się na uczniach szkoły. - Dziś młodzież bardzo trudno zachęcić do uprawiania sportu. Nauczyciel musi być aktorem, bo tylko wtedy, gdy odpowiednio się sprzeda może zainteresować swoją dyscypliną sportu. Ale u nas w szkole nikt nie ogranicza się do jednej dyscypliny, kiedy ktoś trenuje, zwykle jest wszechstronny, potrafi biegać, skakać i grać w gry zespołowe, a to wszystko na odpowiednim poziomie. W treningach zwykle towarzyszy mu żona, Żaneta, była zawodniczka, niegdyś doskonała płotkarka, której największym sukcesem było VIII miejsce wśród seniorów na 400 m przez płotki. Startowała na olimpiadach młodzieży, na mistrzostwach Polski w różnych kategoriach wiekowych, ale raczej nie mogła liczyć, żeby przejść na zawodowstwo Zajęła się biegami masowymi i to okazało się doskonałym rozwiązaniem. Wygrywała biegi Tumskie, mini maratony Soczewka Płock. Do tego może się pochwalić ukończonymi triathlonami. Raz w Pucharze Polski zajęła nawet II miejsce. Ukończyła studia AWF i pracuje w SP w Maszewie, oczywiście jako nauczyciel wychowania fizycznego. Startowali razem, ale po urodzeniu dziecka Żaneta miała przerwę. Niedawno wróciła na trasy i każdą wolną chwilę poświęca na bieganie. Już w tym roku uzyskała doskonały wynik na 5 km w biegu w Kole i jeśli dalej tak będzie biegać, to czekają ja sukcesy. Ale to nie Żaneta jest największą bohaterką w rodzinie. Od 20 lat biega także Eugeniusz Malanowski, senior rodziny. - Tata pracował w Cukrowni w Borowiczkach - wspomina Jarosław. - Dla zdrowia, bardzo nadwątlonego w czasie II wojny światowej, chodził do pracy pieszo. A mieszkamy na Rogatkach, więc to wcale nie jest blisko. Zaproponowałem tacie, żeby zaczął biegać, zabierał ze sobą koszulkę na zmianę i tak rozpoczął swoją późną karierę. Wszyscy sąsiedzi doskonale znają pana Eugeniusza, który zwykle biegał z psem. Niestety okazało się, że pies za wolno biega. 75-letni pan Eugeniusz zwykle wygrywa w swojej kategorii wiekowej wśród weteranów. Martwi się, że ma coraz mniejszą konkurencję. Średnia wieku w Polsce dla mężczyzn to 68 lat, on ma 75 i mimo ogromnego uszczerbku na zdrowiu z czasów wojny, trzyma się doskonale. W lutym w Trzemiesznie pokonał 15-km trasę. Nigdy nie przybiega ostatni, a zdarza mu się wyprzedzić nawet dużo młodszych rywali. Nie trzeba dodawać, że bieganie pomaga mu w życiu, pozwala się wyciszyć, zapomnieć o problemach, o złych wspomnieniach, o chorobach. Ważne jest to, że można pokonać swoje słabości. Dla rodziny Malanowskich bieganie jest czymś naturalnym. J. Malanowski właśnie namawia do czynnego uprawiania swojego młodszego brata, który stale usprawiedliwia się, że nie ma na bieganie czasu. Już szykuje się do biegania najmłodsza w rodzinie 3,5 -letnia Ada. Na razie interesuje ją kolekcja medali rodziców, chętni przymierza, marząc, że będzie kiedyś zdobywała własne Bieganie staje się coraz bardziej popularne, tyle, że przede wszystkim wśród starszych ludzi. łodzie trudno namówić, dopiero 40-latkowie zaczynają rozumieć, jaka to fajna zabawa. Najlepiej biegać jest w lesie i pamiętać, żeby szukać miękkiego podłoża. Absolutnie nie biegać po tartanie na płockim stadionie. Jest zbyt twardy, na podłożu betonowym i dobry sportowiec wie, że jest niezdrowy. Ale jest mnóstwo innych miejsc, z których można skorzystać. Można biegać z Podolszyc do Borowiczek, wykorzystywać trasy w Słupnie, pętle w Górach, na Sobótce. Wszystko zależy od tego, gdzie się mieszka i jak długie trasy chce się pokonywać. J. Malanowski nie wychodzi z domu, jeśli ma zbyt mało czasu by przebiec 7 km. Ale to wcale nie musi być norma. Na początek trzeba wybierać krótsze trasy. - My chcielibyśmy biegać przez całe życie. Tak naturalnie, bez żadnego wspomagania. nam nie zależy na sukcesach, ale na pokonywaniu własnych słabości Bo dzięki bieganiu nie tylko jesteśmy zdrowsi, ale także mamy mnóstwo przyjaciół w całym kraju, młodziej wyglądamy i świetnie się czujemy. Biegacze to jedna wielka rodzina, pomagamy sobie wzajemnie, jesteśmy przyjaciółmi, którzy mogą liczyć na siebie w każdej sytuacji. Jest to nasz sposób na życie, sposób fantastyczny, który proponujemy wszystkim zamiast siedzenia w domu. Jola Marciniak Fot. Archiwum Rodzina państwa Malanowskich z trofeami sportowymi
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości