Banalna prawda, że zaczynamy cenić dopiero to, co utracimy, po śmierci Grzegorza Ciechowskiego przypomniała o sobie w sposób wyjątkowo bolesny. Żal za tym, co odeszło, co nas opuściło, za czym można już tylko tęsknić, bywa silniejszy niż jakiekolwiek uczucie dziejące się tu i teraz.Dlatego słuchanie płyty z koncertowymi nagraniami Republiki przypomina spotkanie po latach z kimś, o kim się nawet nie wiedziało, że się go kochało. Ale teraz już się to wie. Nic nie jest oczywiste. Wbrew codziennemu doświadczeniu, kiedy rano otwieramy oczy, a za oknem czekają te same ulice, domy i drzewa, tak samo błękitne niebo – istnienie świata trudno racjonalnie uzasadnić. Filozofia, religia, sztuka przypominają dziecięce zabawki w piaskownicy, z której wychodzimy, aby zacząć prawdziwe, dorosłe życie: uczyć się, zarabiać pieniądze, prowadzić dom, rodzić dzieci. Bez zastanawiania się dlaczego i czy w ogóle warto. Tak jakby to było oczywiste. I dopóki nie okaże się, że wcale nie jest. Podobnie z Ciechowskim. Minęło dwadzieścia lat od spektakularnego debiutu Republiki, od emocji, jakie wzbudzała sama grupa i jej kolejne piosenki. Wszystko się uleżało, uspokoiło, zakrzepło. Młodzieńczy bunt i anarchia są jak szkolne ubranko, z którego się wyrasta, jak rozczulający kiczowatym wdziękiem garniturek do Pierwszej Komunii. Wydawać by się mogło, że Ciechowski z dawnego buntownika zmienił się w solidnego, profesjonalnego muzyka, kompozytora i producenta nagrań. Tym bardziej, że starzejący się równolegle z nim dawni zagorzali fani dziś są co najwyżej leniwymi słuchaczami, którzy skaczą po radiowych kanałach, jadąc samochodem do pracy. Kiedy człowiek dobiega czterdziestki, trudno od wymagać, żeby się jakoś szczególnie przejmował istnieniem świata, a nawet swoim własnym. I czasu stale brakuje, i serce już nie to, co dawniej. Tymczasem Ciechowski, jak się okazało, przejmować się nie przestał. Nic dziwnego, że nadwerężone serce nie wytrzymało. To wszystko, co mogło się zdawać wyrachowanym profesjonalizmem, chłodnym zawodowstwem, było tylko cienką warstewką, pod którą krył się wciąż poszukujący muzyk, oryginalny poeta, wrażliwy artysta. Czyli ktoś, kto nigdy nie przestaje pytać, kim jest i gdzie jest, i dla którego żadna odpowiedź nie jest oczywista. Bo nic nie jest oczywiste. W Republice i gdzie indziej Wszystko zaczęło się w 1980r. w Toruniu, kiedy 23-letni wokalista i flecista Grzegorz Ciechowski, wespół z kolegami: basistą Pawłem Kuczyńskim, gitarzystą Zbigniewem Krzywańskim oraz perkusistą Sławomirem Ciesielskim, założyli zespół Republika. Dwa lata później, za sprawą kolejnych singli lansowanych przez Program III Polskiego Radia (˝Kombinat˝, ˝Telefony˝, ˝Śmierć w bikini˝), zdobył olbrzymią popularność, stając się – obok Maanamu i Perfectu – jednym z symboli odrodzenia polskiego rocka lat 80-tych, a przy tym – co symbolom wbrew pozorom nie zdarza się często – jednym z jego najwybitniejszych przedstawicieli. Główna w tym zasługa właśnie Ciechowskiego. On był twórcą lwiej części repertuaru zespołu, jego liderem i charyzmatycznym frontmanem. A nade wszystko pomysłodawcą oryginalnego image´u grupy, zarówno w sferze brzmienia (celowo chłodnego, wyzywająco ascetycznego, opartego na nerwowych frazach, obsesyjnie rytmicznego), do którego idealnie dopasował formułę tekstów (oszczędnych, opartych na grach słów, powtarzanych z hipnotyczną monotonią), jak i wyglądu oraz zachowania muzyków (uniformizacja ubioru, automatyzm ruchów na scenie, dążenie do całkowitego wytłumienia emocji, które miały się ujawniać jedynie pod postacią dźwięków). Talent młodego twórcy objawił się od razu w pełnym rozkwicie na obu albumach, które grupa zdążyła nagrać. Na rewelacyjnych ˝Nowych sytuacjach˝ z 1983r., które powalały surową siłą nowofalowego stylu i znakomicie wpisywały się w ponury nastrój Polski po stanie wojennym (utwory ˝Biała flaga˝, ˝Halucynacje˝ czy ˝Znak =˝ były niczym krzywe lustra tamtej rzeczywistości). Ale i na rok późniejszym ˝Nieustannym tangu˝, pozbawionym może zadziorności i siły debiutu, lecz bogatszym o nowe środki wyrazu (dobrze znany chłód i prostota w utworach ˝Nieustanne tango˝ czy ˝Psy Pawłowa˝ kontrapunktowane melodyjnością i ciepłem brzmienia ˝Porannej wiadomości˝ oraz delikatnym liryzmem ˝Obcego astronoma˝). Potem - na tle konfliktów ambicjonalnych między twórczym i ambitnym liderem a resztą, która nie chciała jedynie pozostawać w cieniu - drogi muzyków się rozeszły. Ale Ciechowski poza Republiką radził sobie znakomicie. Tym bardziej, że na jego pierwszy solowy album ˝Obywatel G.C.˝ z 1987r. trafiły utwory skomponowane jeszcze ˝za życia˝ zespołu, na tej samej emocjonalnej fali, lecz przedstawione w efektownie rozbudowanych aranżacjach i z pomocą zaproszonych na sesję najlepszych muzyków w kraju (z Janem Borysewiczem, Krzysztofem Ścierańskim oraz Michałem Urbaniakiem na czele). Dawna ˝republikańska˝ przebojowość (˝Ciało˝, ˝Przyznaję się do winy˝) uzupełniona pomysłowością opracowań i wirtuozerią wykonawczą (˝Paryż – Moskwa 17.15˝, ˝Kaspar Hauser˝) dały w sumie bodaj najlepszą polską płytę drugiej połowy lat 80-tych. Później nie było już tak dobrze. Kolejne albumy wokalisty ˝Tak, tak!˝, ˝Stan strachu˝, ˝Obywatel świata˝ nie zdołały wznieść się na poziom pierwszego. Owszem pojawiały się na nich utwory, o których zawsze będzie się pamiętać (niezwykle popularne ˝Nie pytaj o Polskę˝), ale jako całość żaden nie przekonywał. O wiele lepsze oceny zaczął zbierać Ciechowski – już w nowej, kapitalistycznej rzeczywistości – jako producent nagrań. I to tak różnych, jak surowy, ostry rock z płyty ˝Gemini˝ Kasi Kowalskiej˝ i efektowny, elektroniczny pop ˝Dziewczyny szamana˝ Justyny Steczkowskiej. Swój sukces o wielką popularność w połowie lat 90-tych Kowalska i Steczkowska w dużej mierze zawdzięczają właśnie jemu. W tym samym czasie niespodziewanie reaktywowała się Republika. Rockowi weterani zaczęli dość oryginalnie, ale nie najszczęśliwiej (album ˝Siódma pięczęć˝ z 1993r.), kolejne płyty przyjmowane były jednak coraz lepiej (aż do niewątpliwego komercyjnego sukcesu ˝Masakry˝ sprzed dwóch lat), choć na pewno artystycznie nie dorównywały wczesnym osiągnięciom zespołu. Co byłoby dalej, tego po 22 grudnia zeszłego roku już się nie dowiemy. Ale to, co zdążyło się zdarzyć, dopiero teraz tak naprawdę zadziwia ilością i ogromem talentu, który zdołał przemienić ją w jakość. Kombinat, czyli po prostu Matrix Wydana właśnie płyta z fragmentami koncertów w radiowym Studiu im. Agnieszki Osieckiej (grupa dała je tam trzy razy, w latach 1994, 1998 i 2001) to niezły przegląd utworów napisanych w ciągu dwóch dekad przez Ciechowskiego, świadectwo stylistycznego rozwoju grupy, lecz jednocześnie wierności pewnym przyjętym na początku założeniom. Przede wszystkim swoistej zwięzłości i komunikatywności. Można by rzec, prymatowi treści nad formą, gdyba nie to, że obie nader chętnie zamieniają się tu miejscami. Dopiero dziś, z perspektywy lat i muzycznych trendów, słychać wyraźnie, jak daleko swoją hipnotyczną manierą wykonawczą zespół wybiegał w przyszłość. Jak bardzo - dzięki wyrazistemu, surowemu stylowi, nie podczepionemu pod żadne ówczesne mody – dawne utwory grupy nie tracą na aktualności. Jak mało w tym wszystkim zatęchłego zapachu muzycznej naftaliny. Równie świeżo brzmią po latach teksty Ciechowskiego, szczególnie te z początku lat 80-tych, kiedy wydawały się one bezpośrednio związane z kontekstem społeczno-politycznym. Tymczasem większość z tych utworów – wykonanych w studiu Programu III z niebywałą werwą i przez muzyków, którzy przez lata sporo się nauczyli – wczepia się w nową rzeczywistość wcale nie mniej ostrymi pazurami. Otacza nas informacyjny chaos (˝Telefony˝), polityczny konformizm zmienił się w równie zaraźliwą ˝żądzę pieniądza˝ (˝Biała flaga˝), zewsząd atakuje nas komiksowa kraina budzących pożądanie przedmiotów i kobiecych ciał z reklamówek i kolorowych magazynów (˝Śmierć w bikini˝), ratunkiem przed rosnącym poczuciem alienacji coraz częściej są ˝alternatywne˝, tworzone na własną potrzebę światy (˝Halucynacje˝), a wszystko to razem tworzy schizofreniczną, nie dającą się objąć rzeczywistość, w której tkwimy jak bezwolne komórki, monady bez drzwi i okien, trybiki w mechanizmie (˝Kombinat˝). System pozostaje systemem, nieważne czy jest polityczny, społeczny czy biologiczny. Grzegorz Ciechowski od początku czuł, że trzeba się przeciw niemu buntować, nawet jeżeli jest to bunt z góry skazany na niepowodzenie, ograniczony do czystej retoryki rockowego krzyku. Choćby dlatego, żeby pokazać, że pragnie się być czymś więcej niż kolejną komórką w nieznanej tkance czy zębatką w tajemniczej, zgrzytającej maszynie świata. Czymś więcej niż się jest. Bo to, czym i gdzie się jest, nigdy nie jest do końca określone i oczywiste. Maciej Woźniak Za płyty i życzliwość dziękujemy stoisku ˝Swing˝ w Domu Handlowym TSS.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze