Reklama

Razem ciągniemy ten wózek

31/03/2010 08:39
Mają po 30 lat i przynajmniej 20 lat kariery międzynarodowej przed sobą. Jeżdżą na ważne imprezy sportowe, ale nie walczą o medale. Bartosz Leszczyński i Marcin Piechota, obaj z Płocka, sędziowie piłki ręcznej z licencją sędziów międzynarodowych postawili przed sobą cel – pojechać na Igrzyska Olimpijskie, bo takie jest marzenie każdego, kto swoje życie związał z profesjonalnym sportem. Czy im się uda...? Oto historia dwóch facetów, którzy krok po kroku realizują swoje życiowe marzenie. Są w gronie najlepszych i mają zamiar długo jeszcze tam pozostać.
Obaj przed laty grali w piłkę ręczną. Trenowali u Tadeusza Wiśniewskiego, Stanisława Sulińskiego i Edwarda Kozińskiego. – Szans na karierę w seniorach nie mieliśmy, więc zrezygnowałem - mówi Bartosz Leszczyński. - Ponieważ brakowało mi piłki ręcznej w 1999 roku poszedłem na pierwszy kurs sędziowski, razem z Wojtkiem Piaseckim.
Marcin Piechota musiał zakończyć swoją karierę także w 1998 roku. – Powodem była kontuzja kolana i co tu dużo mówić, brak perspektyw. Na kurs zapisałem się w 2000 roku, a pierwszy mecz poprowadziliśmy już razem z Bartkiem. To była liga juniorek młodszych w Ostrołęce. Dla nas ogromne przeżycie, na szczęście nie popełniliśmy większych błędów, ale nie za bardzo byliśmy świadomi, co się dzieje.
Choć wcześniej zaczęli, to nie czekała ich błyskawiczna kariera. Musieli przejść kolejne etapy. W 2001 roku, po turnieju Orlen Expres w Płocku zostali sędziami okręgowymi. Byli młodzi, perspektywiczni, więc Kolegium Sędziów w Polsce przy ZPRP zdecydowało, że dostaną zielone światło. Najtrudniejszym sprawdzianem był mecz finałowy w turnieju, między Wisłą Płock i Azotami Puławy. – Emocje były ogromne, bo spotkanie zostało rozstrzygnięte po dwóch dogrywkach, tuż przed rzutami karnymi - wspominają. – Wisła strzeliła gola już po ostatnim gwizdku i wygrała turniej. Nikt nie miał do nas żadnych pretensji, wszystko odbyło się zgodnie z przepisami.
Potem były kolejne turnieje, między innymi trafili do TOP 2004, gdzie młodzi byli oceniani przez doświadczonych byłych i obecnych sędziów. Podczas Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w Gubinie, gdzie sędziowali finał poinformowano ich, że zostali nominowani na coroczny egzamin dla sędziów ligowych. Pojechali więc na egzaminy do Gdańska, skąd wrócili już jako sędziowie związkowi. Najpierw trafili do II ligi, potem szybko do I, wreszcie w wieku 25 lat awansowali do ekstraklasy. Byli najmłodszymi sędziami uprawnionymi do prowadzenia spotkań najwyższej klasy rozgrywkowej w kraju.
Na początku byli bacznie obserwowani przez starszych kolegów, czy dadzą sobie radę, czy nie popełniają błędów, bo brakowało im doświadczenia. Okazało się, że sobie poradzili. Ich pierwszy mecz to spotkanie ekstraklasy kobiet w Elblągu. – Zwykle nowi sędziowie debiutują w meczach o mniejszą stawkę, gdzie łatwiej przewidzieć zwycięzcę - tłumaczy Bartek. – Nie da się ukryć, że panie są łagodniejsze, także ich trenerzy, a to oznacza, że teoretycznie przynajmniej mecze są łatwiejsze. Ale i tak potrzebny jest autorytet, którego my wtedy nie mieliśmy. Niektóre zawodniczki przecież były starsze od nas i miały doświadczenie reprezentacyjne. To był mecz zespołu z czołówki, Startu Elbląg i beniaminka KS Kielce. Miał być łatwy, a okazało się, że faworytki zawiodły i wygrały kielczanki, ale na szczęście nikt do nas nie miał żadnych pretensji.
Na pytanie, które mecze sędziuje się łatwiej, odpowiadają, że różnice w grze kobiet i mężczyzn są widoczne, jednak każdy mecz wymaga od nich pełnej koncentracji bez względu na to, czy są to zawodniczki, czy zawodnicy.
Obaj doskonale wiedzą, że nie ma ludzi nieomylnych i popełniają błędy, ale robią wszystko, by było ich jak najmniej. Do każdego spotkania się przygotowują i podchodzą z respektem. Pewnie dlatego pomyślnie przeszli wewnętrzną kwalifikację na kandydatów na sędziów międzynarodowych w 2006 roku. Było siedem nominowanych par, zostali tylko oni oraz para szczecińska: Rajkiewicz i Tarczykowski. Ale to oni znaleźli się na liście B sędziów międzynarodowych, a w marcu 2008 roku pojechali do Portugalii na kurs zorganizowany przez EHF.
To kolejne ogromne przeżycie w ich karierze. Odbywał się tam turniej reprezentacji narodowych kobiet przed Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie. Była tam między innymi reprezentacja Norwegii, późniejsze złote medalistki, Brazylii, Chin, Islandii, Turcji i drużyna gospodarzy. Obok sędziowania meczów najlepszych kobiecych drużyn mieli również egzaminy teoretyczne, sprawnościowe i językowe.
Wszystko poszło dobrze i w maju 2008 roku otrzymali certyfikat Komisji Sędziowskiej EHF, że są sędziami międzynarodowymi. Taki sam status w Polsce mają tylko: pary Baum i Góralczyk oraz bracia Sołodkowie, obie kończą w tym sezonie karierę, oraz Baranowski z Warszawy i Bogdan Lemanowicz z Płocka, a także para kobieca Brehmer i Skowronek.
Sezon 2009/2010 jest dla nich drugim sezonem w karierze międzynarodowej. Byli arbitrami na młodzieżowych Mistrzostwach Europy i w europejskich pucharach. Mecze pucharowe pozwalają zobaczyć w akcji najlepszych piłkarzy ręcznych na świecie. Niedawno prowadzili spotkanie Ligi Mistrzów Paok Saloniki - Montpellier. We francuskim zespole występują takie sławy, jak najlepszy piłkarz świata Nikola Karabatic, Nebojsa Stojinovic czy Mickael Guigon.
Poza domem spędzą też najbliższe święta. 3 kwietnia sędziować będą mecz w Rumunii w europejskim pucharze. W niedzielę będą wracać 12 godzin do Polski. – Takich historii możemy opowiedzieć mnóstwo - twierdzą. – Kiedy nie byliśmy w stanie zdążyć na ważną imprezę rodzinną, gdy spóźniały się samoloty, a my czekaliśmy na lotniskach. Ale warto było temu się poświęcić, to przygoda życia.
Kiedyś policzyli, że w jednym sezonie w samochodzie spędzają w sumie 2,5 tygodnia. A jeśli do tego dodać mecz, hotel lub przelot za granicę, to nie ukrywają, że czasami mają trochę siebie dość. – Czasami czujemy przesyt, ale wiemy, co chcemy osiągnąć i razem ciągniemy ten wózek. Do tej pory wszystko osiągnęliśmy wspólnie, doskonale wiemy, ile to kosztuje zdrowia, pracy, siły, czasu, ale to nasze wspólne przeżycia i wiemy, że tylko razem możemy coś osiągnąć. Gdyby jeden zrezygnował, drugi traci wszystko. I choć mamy czasami dość, bo nie można nic zaplanować, że żyjemy zgodnie z kalendarzem imprez EHF, to idziemy dalej.
Bartosz ma żonę i dwójkę dzieci, prowadzi działalność gospodarczą, kończy podyplomowe studia wychowania fizycznego, bo ze sportem wiąże swoją przyszłość. Marcin, absolwent studiów z zakresu administracji samorządowej, jak mówi o sobie, jest ofiarą kryzysu, dziś bezrobotny. – Ciężko jest pogodzić sędziowanie na naszym poziomie z pracą na etacie. Nie wystarczyłoby nawet 40 dni urlopu. Dlatego obecnie nie pracuję, ale nie ma tego złego - dodaje z uśmiechem.
W rozmowie podkreślają, jak wiele dały im rady starszych kolegów. Podpowiadali im: legenda polskich sędziów, Jacek Wróblewski, Wojciech Majchrzak, Bogdan Lemanowicz. Korzystają z ich doświadczenia, rad. Im było łatwiej dzięki pomocy kolegów wejść do elity sędziów.
Na pytanie o rozrywkowe życie sędziów odpowiadają od razu. – Piłki ręcznej to nie dotyczy. My zwykle jedziemy na mecz, musimy być w hali dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem, a potem wsiadamy do samochodu i wracamy do domu. Jak sędziujemy w sobotę, to tym bardziej musimy wrócić, bo w niedzielę są lokalne rozgrywki i pomagamy kolegom. Dzielimy się z nimi obowiązkami.
Nie jest dla nich problemem zachowanie się kibiców. Bywa, że spotykają ich niewybredne okrzyki, ale oni muszą być ponad to. – Kiedyś sędziowaliśmy w Kielcach mecz VIVE i spiker zapytał, czy nas przedstawić, że jesteśmy z Mazowsza, czy z Płocka. Choć spodziewaliśmy się gwizdów, to powiedzieliśmy, że z Płocka. My się bardzo lubimy, także z sędziami z Kielc i zachowania kibiców nie mają żadnego wpływu na kontakty między nami. Nigdy nie poruszamy tematów nienawiści kibiców, jesteśmy przyjacielsko do siebie nastawieni i te gwizdy czy wyzwiska nie mają dla nas żadnego znaczenia.
Myli się ten, kto myśli, że sędziowie tylko jadą na mecz, kasują pieniądze i wracają. Przygotowanie trwa cały tydzień. Obowiązkowo odwiedzają siłownię i trenują. Dziś piłka ręczna jest coraz szybsza, spóźnienie się o ułamek sekundy może mieć ogromne znaczenie dla przebiegu meczu. A dodatkowo muszą śledzić wszystkie zmiany przepisów, nowinki ze stron EHF i IHF.
W Polsce sędziowie muszą tylko zaliczyć testy, by zostać w klasie rozgrywkowej na następny sezon. Za granicą dokładnie sprawdzany jest stan ich przygotowań. Trzeba dbać o kondycję, nie tylko w sezonie, z badań krwi fachowcy są w stanie wyczytać wszystko o człowieku.
Celem życia dla sportowca i sędziego są Igrzyska Olimpijskie. Mało komu jest dane wziąć w nich udział. Ale nie znaczy to, że są najważniejsze. W każdym meczu, nawet w tym, gdzie grają dzieci, trzeba udowodnić, że się jest najlepszym. – Zawsze staramy się sędziować tak, by potem móc bez problemu spojrzeć w lustro - mówią.    Jola Marciniak
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości