Zmienia si? ?wiat, a wi?c musi si? zmienia? tak?e opisuj?ca go sztuka. Najpierw miejsce zadbanego, podzielonego na r?wne grz?dki ogr?dka przed domkiem, w kt?rym mieszka mi?y, siwy staruszek - B?g, zaj?? surowy, jednorodny trawnik na mod? angielsk?, r?wno przycinany przez egzystencjalist?w.Stopniowo jednak, i to wr?cz na naszych oczach, pojawia si? na nim coraz wi?cej chwast?w i ?mieci. Podobno tak w?a?nie ma by?, bo perz i pow?j s? nie gorsze, ni? najszlachetniejsze odmiany holenderskich tulipan?w albo kilkusetletni trawnik przed Oxfordem, za? rosn?ca g?ra ?mieci, puszek, plastikowych opakowa? - o czym przekonuj? arty?ci w rodzaju Marcela Duchampa czy Andy Warhola - jak takim samym skutkiem post?pu cywilizacji, jak Mona Liza, dramaty Szekspira i Koncerty Brandenburskie. By? mo?e takim w?a?nie chwastem - wyros?ym na miejscu dawnych, starannie opielonych rabat z sonatami i symfoniami - sta?a si? w ci?gu ostatnich paru dekad muzyka rockowa. Dla wypiel?gnowanych, natartych kremem z kantat Bacha albo serenad Mozarta uszu meloman?w brudna i zgie?kliwa estetyka rocka mo?e si? wydawa? nie do przyj?cia. Nie wolno jednak zapomina?, ?e ?wiat si? zmieni?, przemys?owa rewolucja przekszta?ci?a go skuteczniej, ni? dzie?a filozof?w czy wystrza?y z Aurory, a ?ycie w ogromnych, betonowych miastach - prawdziwych mrowiskach, gdzie skazani jeste?my na indywidualno?? i aspiracje owad?w - jest do?wiadczeniem, kt?rego nie da si? por?wna? z ?adnym innym w ca?ej historii gatunku, zwanego czasem optymistycznie ludzkim. A przecie? przez te trzy czy cztery dekady zmieni? si? tak?e sam rock. I to dziwnym trafem wed?ug podobnych schemat?w, wed?ug kt?rych zmieni? si? ?wiat. A produkty, jak wiadomo, im bardziej jednorazowe i kr?tkotrwa?e, tym lepiej, bo tym szybciej znajd? si? ch?tni na nast?pne. Muzyczna puszka pepsi-coli lub paczka chips?w to idea?, gwarantuj?cy odpowiednio masow? sprzeda?, tak jak B?d? sob? - wybierz pepsi! to wymarzone has?o w mie?cie nie r??ni?cych si? niczym od siebie owad?w. Rock po zmroku Tak pisa? par? lat temu Ryszard Przybylski: Ktokolwiek kocha t? muzyk?, wie, ?e Wielki Rock w?a?ciwie skona?. Dzi?, kiedy czasami my?l?, zreszt? ze smutkiem, o tej ?mierci, z regu?y dochodz? do wniosku, ?e ten zgon by? naturalny. (...) Styl muzyczny nie jest wieczny, chocia? jego najwi?ksze osi?gni?cia nie gin?, i trwa stosunkowo kr?tko, jakie? dwadzie?cia, najwy?ej czterdzie?ci lat. Umiera, jak wszystko na Bo?ym ?wiecie, z powodu zaniku mo?liwo?ci trwania. Podlega, jak wszystko na Bo?ym ?wiecie, prawu zapa?ci: zabija go w?a?nie to, co dawa?o mu ?ywotno??; co gwarantowa?o mu wielko??. Szcz??liwi s? wi?c ci, kt?rzy ?piewali o ?wicie. Nieszcz??liwi - ci, kt?rzy ze swoimi d?wi?kami przyszli ju? po zmroku. Wbrew temu, co obwieszczaj? prorocy ko?ca rockowej epoki - bo dla nich prawdziwy koniec rocka nast?pi? na pocz?tku lat 90-tych wraz z podbiciem ?wiata przez elektroniczn? muzyk? klubow?, albo wr?cz nawet pod koniec 70-tych, przy okazji narodzin punk-rocka i nagrania przez Pink Floyd swoistego albumu-requiem, czyli „The Wall” - dobre p?yty, kt?re godzi si? nazwa? rockowymi, wcale nie przesta?y si? ukazywa?. Nie brakuje tak?e m?odych zespo??w, ogrywaj?cych po gara?ach, piwnicach i starych magazynach a? do zdarcia paznokci kilka akord?w z Satisfaction Rolling Stones?w czy Nothing Else Matters Metalliki. A jednak co? si? zmieni?o. Znikn??a gdzie? ogromna, ?ywotna si?a, skumulowana w d?wi?kach pozytywna energia - ta sama w Hey Jude The Beatles, Break On Through The Doors czy Whole Lotta Love Led Zeppelin. A pulsowa?a ona i t?oczy?a krew przez coraz bardziej zwapnia?e ?y?y rzeczywisto?ci nawet wtedy, gdy Lennon z McCartneyem ?piewali najsmutniejsz? piosenk? na ?wiecie, czyli Eleanor Rigby, Jim Morrison rozwiewa? wszelkie z?udzenia w The End, za? Robert Plant ?ciska? za gard?o, oznajmiaj?c Babe, I’m Gonna Leave You. Niewykluczone, ?e ostatni raz pojawi?a si? na samym pocz?tku lat 90-tych przy okazji kr?tkiego rozkwitu stylu grunge, kt?ry jak za najlepszych lat, sta? si? nie tylko muzyczn? mod?, ale i manifestacj? okre?lonego stylu ?ycia. Z czysto artystycznego punktu widzenia, grunge, mia? co prawda ?miesznie ma?o do zaoferowania, m?odym s?uchaczom m?g? wydawa? si? jednak ostatni? desk? ratunku przed rosn?c? komercjalizacj? i wyrachowaniem. Mo?e i by?, tyle tylko ?e deska okaza?a si? tak zbutwia?a, ?e posz?a na dno szybciej ni? reszta okr?tu. Tragiczna ?mier? Kurta Cobaina lidera zespo?u Nirvana sta?a si? symbolem ko?ca pewnej epoki, a s?ynny album grupy „Nevermind” (z m?wi?c? sama za siebie ok?adk?, kt?ra przedstawia niemowl? nurkuj?ce w basenie za wisz?cym na haczyku dolarowym banknotem) ostatni? rockow? p?yt?, promieniuj?c? tak wielk? energi? i witaln? si?? na tak wielk? skal?. Bo je?li chodzi o masowe fenomeny w muzyce popularnej, to potem by?o ju? tylko Prodigy, Oasis i, po?al si? Bo?e, Marilyn Manson. Ma?a, lokalna apokalipsa Rz?d dusz chyba nieodwo?alnie przej??a generowana przez komputery i samplery muzyka klubowa, czyli wszelkie odmiany techno, house itp., balansuj?cy mi?dzy prostackim rapowaniem, a wyrafinowanymi kola?ami brzmieniowymi hip-hop, no i sztucznie klonowane dyskotekowe gwiazdy w rodzaju Backstreet Boys czy ostatnio Britney Spears. Za? rock wycofa? si?, zszed? na drugi plan, do podziemia. Czasem zmienia si? w swoj? w?asn? parodi? (przypadek, kt?ry dotkn?? wi?kszo?? tzw. zespo??w metalowych, w tym s?ynn? Metallic?), czasem paradoksalnie udaje mu si? wyp?yn?? na szersze wody w ryzykownym maria?u z elektronik? i popem (wyra?nie rockowe echa w trip-hopie czy wr?cz punkowa energia niekt?rych utwor?w Prodigy), a czasem przekornie sam wieszczy sw?j koniec, trac?c dawn? buntownicz? si?? na rzecz melancholii i znu?enia, skazuj?c si? tym samym na etykietk? post-rocka (ze sztandarowym przedstawicielem grup? Tortoise). Gdybym mia? wskaza? zesp??, kt?ry wypada jeszcze nazwa? rockowym (ze wzgl?du na okre?lony typ muzycznych ?rodk?w s?u??cych okre?lonemu typowi emocjonalnej ekspresji), a kt?ry jednocze?nie godzi si? traktowa? powa?nie (bo ani nie chodzi mu o zape?nianie publiczno?ci? stadion?w, ani o epatowanie trupimi czaszkami, imieniem Szatana i rzadko spotykanymi formami kontakt?w seksualnych), to wskaza?bym brytyjski kwartet Radiohead. Ta istniej?ca od 1991r. grupa, kt?rej trzeci album „OK Computer” przyni?s? jej ?wiatow? s?aw?, wyra?nie dystansuje si? zar?wno od osi?gni?tej popularno?ci, jak i od ca?ego wsp??czesnego show biznesu i rz?dz?cych nim regu?. Jednocze?nie swoista, bolesna „przebojowo??” „OK Computer” (przywodz?ca na my?l neurotyczn? „przebojowo??” „Nevermind” Nirvany) oznacza, ?e Tom Yorke dobrze wiedz? o co chodzi, wys?uchali jak Pan B?g przykaza? wszystkich p?yt The Doors i Joy Division, i gdyby tylko dane im by?o urodzi? si? jakie? dwadzie?cia lat wcze?niej... Ale nie by?o im dane, ca?y muzyka rockowa raczej za nimi, ni? przed nimi, wi?c czerpi? pe?nymi gar?ciami z tego, co by?o (s?ycha? w ich muzyce i psychodeli? wczesnego Pink Floyd, i tajemnicz? aur? nagra? Genesis jeszcze z Peterem Gabrielem, i pastelowe krajobrazy Legendary Pink Dots, i elektroniczne nerwob?le Trenta Reznora z Nine Inch Nails). Potem, na zesz?orocznym albumie „Kid A” te erudycyjne odniesienia sta?y si? znacznie mniej czytelne, grupa wyra?nie zwr?ci?a si? w nieznan? jeszcze przysz?o??. Nowa p?yta Radiohead „Amnesiac” potwierdza, ?e coraz bardziej przestaje by? buntowniczo, przebojowo, czadowo, za? coraz bardziej melancholijnie, introwertycznie i w og?le sceptycznie. Ale poza tym jest niezwykle zwi??le (utwory nie przekraczaj? na og?? czterech minut z sekundami), oryginalnie (brzmienie zespo?u ciekawie balansuje mi?dzy rockiem, a tym, co rockiem ju? nie jest) i naprawd? frapuj?co (?adnego taniego efekciarstwa, kr?tki komunikat s?owno-muzyczny, a mo?na s?ucha? po kilka razy z rz?du). Owszem, chwilami bardzo to smutne, ale za to jakie pi?kne. Nie dzieje si? wi?c a? tak ?le, a skutki post?pu cywilizacji i rozwoju kultury masowej mog?yby by? znacznie bardziej op?akane. Pepsi-cola i chipsy okazuj? si?, przynajmniej na razie, bardziej popularne, ni? na przyk?ad bomba atomowa albo choroba w?ciek?ych kr?w. I dop?ki ten stan rzeczy si? utrzyma, ka?da apokalipsa, kt?r? funduj? nam dobrze wykarmieni b?lem istnienia rockowi arty?ci, b?dzie jedynie ma?a, lokalna i bez pretensji do ostateczno?ci. Czyli taka, kt?r? przy okazji nast?pnej p?yty zawsze mo?na powt?rzy?. Maciej Wo?niak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze