O śmierci Feliksa dowiedziałem się w niedzielę rano tuż przed wyruszeniem z Lublina do domu po sobotnim spotkaniu absolwentów psychologii KUL-u. Dzień wcześniej, w sobotę właśnie, napisałem w mejlu obszerne sprawozdanie z meczu Polska – Szwajcaria, aby podzielić się radością, jak to w relacjach przyjacielskich bywa, ze zwycięstwa naszej drużyny, bo w australijskim Melbourne – tak myślałem – mistrzostw Europy pewnie się nie ogląda. Wiedziałem o trudnej sytuacji Feliksa. Co dwa – trzy dni Dana zdawała nam sprawę z odwiedzin męża przebywającego od roku w Nursing Home. Już chyba miesiąc nie przyjmował pokarmów, pił jedynie to, co podawała mu Dana, jakby z obawy, że odmową sprawi jej przykrość. Tymczasem pojawiły się objawy nawracającego nowotworu, co lekarze przyjęli z pewną bezradnością, stan Felka bowiem nie pozwalał nawet na przetransportowanie chorego do szpitala w celu odbycia badań diagnostycznych. Na razie więc odżywcza kroplówka, uśmierzająca ból morfina i maska tlenowa pomagająca w oddychaniu miały dać szanse na przetrwanie do lepszych dni... Gdyby chłodno przyjmować napływające informacje z Antypodów, bez dopuszczania zwodniczych oczekiwań dyktowanych nadzieją, to przez mędrca szkiełko i oko widziałoby się najbliższą przyszłość Feliksa Tuszyńskiego, jak kurczy się i zamyka w tych dniach czerwcowych ostatnich 2016 roku.
W niedzielny poranek czytałem: Kochani Basiu i Zbyszku! Dzisiaj, w niedzielę 26 czerwca o godzinie 5 rano Felix zasnął spokojnie na zawsze. Już nie cierpi. [...]. Dana.
Smutno.
Przed nami prawie 300 kilometrów w deszczu, smaganej wiatrem ulewie… 5-6 godzin trudnej podróży do Płocka. Mamy o czym – o kim – rozmyślać i dzielić się pamięcią.
Właściwie nasza znajomość była korespondencyjna, bo chociaż spotykając się po raz pierwszy, wzajemnie uścisnęliśmy dłonie, to jednak później Felix nie przypominał sobie tego momentu. Rozumiem, przecież podobnych gości miał każdego dnia dziesiątki. Był w Płocku atrakcją: w muzeum, w ratuszu, na spotkaniach towarzyskich, dokąd prowadził go dyrektor Tadeusz Zaremba i wszędzie gdziekolwiek się wówczas pojawił. Poprosiłem wtedy artystę o krótkie spotkanie, aby złożyć gratulacje z okazji wystawy i otrzymać autograf w katalogu, w którego kształt też włożyłem swoją porcję serca. Dziękuję za… – czytam dedykację z 12 lipca 1994 roku. Felix był wysokim przystojnym mężczyzną z charakterystycznym białym wąsem, po którym bezbłędnie rozpoznaje się go na licznych obrazach i rysunkach. Robił wrażenie nieśmiałego, w przeciwieństwie do towarzyszącej mu uroczej żony Danuty, z odważnym serdecznym uśmiechem, po którym bezbłędnie rozpoznaje się, kto przewodnikiem jest w tym stadzie.
Po latach, jesienią 2013 roku, podczas otwarcia wystawy obrazów Feliksa z cyklu Holokaust w płockim muzeum diecezjalnym przypomniałem w skrócie początki naszej znajomości i jej przebieg do chwili obecnej.
„W połowie lat 90. przygotowywałem książkę o zapomnianym i nieżyjącym artyście Edmundzie Monsielu. Znałem już wówczas twórczość Feliksa Tuszyńskiego z wystawy w Muzeum Mazowieckim w 1994 roku. Zauważyłem powierzchowne podobieństwo rysunków obu autorów, które łączyło drobiazgowe nagromadzenie przedstawień twarzy. Ponadto krytycy i biografowie przypisywali ogromny wpływ na twórczość Monsiela jego przeżyciom okupacyjnym. Dlatego zwróciłem się listownie do Feliksa Tuszyńskiego z prośbą o skomentowanie tamtych prac, liczyłem bowiem na zrozumienie głębszych motywacji twórczych Monsiela. Tamta rozmowa przeszła w stałą korespondencję, trwającą do dnia dzisiejszego. Wpierw były tradycyjne listy w kopercie ze znaczkiem pocztowym, czasem telefony, a obecnie jeszcze mejle, gdy państwo Tuszyńscy zaczęli posługiwać się komputerem.
Tymczasem Felix stracił wzrok w 90 procentach, więc jego rolę przejęła żona Danuta. Jest to zresztą nierozłączna para, oboje są artystami, Danuta jest malarką po warszawskiej akademii. Są sobie w pełni oddani i cokolwiek się dzieje, dotyczy ich obojga. Obecnie nasze kontakty są niemal codzienne. Piszemy ot, choćby o tym, że w Płocku jest słoneczna jesień, a na Antypodach zawierucha z gradem. O zajęciach codziennych i kolejnym horrorze Feliksa wywołanym chorobą oczu. Dzisiaj po powrocie do domu również usiądę przy komputerze i napiszę Danie i Feliksowi o tym, co tutaj się wydarzyło.
Tamtą wypowiedź Feliksa o rysunkach Monsiela opublikowałem pod tytułem Ucieczka. Oto, co wtedy Felix napisał o sobie: Zawsze szukałem mojej własnej drogi, wyrazu artystycznego. To, co staram się pokazać jako dojrzały człowiek i artysta, jest to moje własne odzwierciedlanie życia, mojej przeszłości ubranej w formę graficzną i malarską. Sztuka moje nie przeraża, nie pokazuje wojny i jej tragedii, nie pokazuje zabitych i zabijanych. Symbole pokoju, ryby, ptaki, zwierzęta, dziwne kompozycje. Nie jest to specyficzna filozofia życia, nie jest to credo artystyczne, to przychodzi samo w trakcie procesu twórczego. Początkowo, w pierwszej fazie malowania moich dziwnych obrazów, przyjaciele i rodzina zaniepokojeni stanem psychicznym, proponowali mi wizytę u psychiatry. Często przypadkowo spotkani ludzie witali mnie na ulicy okrzykiem: Czy w dalszym ciągu wszystko w porządku? – ponieważ słyszeli, że tak dziwnie maluję i coś ze mną jest nie tak. Moim szczęściem jest ucieczka w tworzenie. Wtedy nie myślę, nie pamiętam. Być może jest to reakcja na wieloletni stres spowodowany przejściami z okresu wojny. Jest to krzyk, którym staram się wyrzucić swoją przeszłość z podświadomości. To mi bardzo pomaga”.
Listów na papierze, pisanych przez kilka lat, zebrałoby się na spory tom, w drugim można by zamieścić korespondencję mejlową. Zainteresowani znaleźliby w niej chyba kilka perełek, np. pisaną autobiografię z elementami dotychczas nie publikowanymi w Płocku. Razem przeżywaliśmy załamania kondycji Felka: nagłą utratę wzroku, a następnie po jakimś czasie cudowne odzyskanie widzenia, aby znów pogrążyć się w ciemności, potem w zupełnej głuchocie, perypetie sercowe dosłownie, mnożenie się objawów nowotworowych i nieodzowne operacje. Wszystkie te trudne do pojęcia kryzysy mógł Felix przetrwać dzięki pomocnej i silnej dłoni Dany – tę prawdę głosił w sposób stanowczy i doniosły. A my, Baśka i ja, jesteśmy tego świadkami.
W trakcie wymiany listów padła propozycja złożenia na stałe zasadniczej części twórczości plastycznej Feliksa w muzeum, gdzie pracuję. Tuszyńscy chcieli, aby przesyłki adresowane były na mój adres prywatny, co mi bardzo pochlebiało, bo było wyrazem oczywistego zaufania. Ten pomysł niezbyt okazał się praktyczny, bo wraz z którąś z rzędu paczką nadeszła deklaracja celna i obciążenie ubogiego muzealnika stosunkowo wysoką opłatą. Następne prace adresowane były na muzeum. Brałem również udział w przekazaniu dla bratniego płockiego muzeum wyjątkowej kolekcji 50 obrazów malowanych przez Feliksa, gdy odżyły w nim koszmary obozowe. Dzisiaj większa część tego zbioru dostępna jest na stałej ekspozycji Muzeum Diecezjalnego.
Już w domu przyjęliśmy od Dany wiadomość o pogrzebie Feliksa: W niedzielę był pogrzeb, który zgromadził świat artystyczny – malarze, poeci, literaci, przedstawiciele Polonii australijskiej. Tłumy ludzi, pomimo bardzo zimowej pogody, temperatura poniżej 7 °C. Deszcz na szczęście przestał padać. A następnego dnia wyjaśnienia: Na cmentarzu, gdzie Felix jest pochowany, nie ma zwyczaju, aby przynosić wieńce lub kwiatki, ale na grobie każdy kładzie kamyk, również pogrzeb musi się odbyć w ciągu 24 godzin od śmierci – są to nakazy hebrajskiej religii. [...] Łączę uściski i ucałowania. Dana.
Zbigniew Chlewiński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze