Reklama

Premiera „Lekkoducha” Jerzego Szaniawskiego. Pomidorowa rewolucja

13/10/2023 08:00

Gdyby policzyć, ile sztuk Szaniawskiego pojawiło się w płockim teatrze, to wynik byłby nienajgorszy. Zanim jeszcze został oficjalnym patronem płockiej sceny (1980), każdy z dyrektorów miał coś z jego twórczości w repertuarze. Za dyrekcji Jana Skotnickiego reżyserka Alicja Choińska przygotowała „Most”. Pokazany na Festiwalu Teatrów Polski Północnej przyniósł Zbigniewowi Makowi nagrodę aktorską za rolę Gościa (1979). Sam Skotnicki zainscenizował „Żeglarza” (1980) i „Ptaka” (2000). Dwukrotnie gościły w Płocku „Dwa teatry” - w reżyserii Jerzego Stępniaka (1984) i Marka Mokrowieckiego (2019). Mokrowiecki zaadaptował też „Opowiadania Profesora Tutki” (2000), a tytułową rolę w spektaklu „Zaszczepiłem mu tego motylka, panowie” powierzył Jackowi Mące. „Papierowy kochanek” (reż. Paweł Paszta) przypomniał tekst rzadko grywany na polskich scenach. Dodajmy jeszcze powstałe podczas pandemii cztery filmy „Nie wszystko się kończy z zapadnięciem kurtyny” (reż. Mokrowiecki) z inscenizowanymi fragmentami dramatów Szaniawskiego. Najnowsza premiera to prawie nieobecny w repertuarach „Lekkoduch”, którego przygotował znany płockiej publiczności Jan Tomaszewicz.

Jak dziś wystawiać Szaniawskiego, by nie gubić jego myśli, a jednocześnie zainteresować współczesnych nieco odległą twórczością „samotnika z Zegrzynka”? Najłatwiej „zagrać” formą, która i w płockim spektaklu urzeka. Scenografia i pomysłowe kostiumy (Krzysztof Małachowski) plus piosenki z ciekawym, choć nie „Szaniawskim” tekstem napisane przez Andrzeja Ozgę, zdecydowanie przykuwają uwagę widza. Wizualnie ciekawe przedstawienie to efekt najwyraźniej dobrego porozumienia między Tomaszewiczem a Małachowskim, które mogliśmy obserwować już przy poprzedniej realizacji reżysera – spektaklu „Historia Ziemi. Epoka Chaotycka”. Wykonaniu piosenek też niczego zarzucić nie można. Od solowych popisów Magdy Tomaszewskiej, Mariusza Pogonowskiego i Dariusza Poleszaka-Hassa do duetu Mai Rybickiej z Piotrem Bałą. Już otwierający spektakl zbiorowy song o aeroplanie („nikt nie widział, każdy ględzi”) wprowadza kabaretowy klimat. Zwłaszcza, że rzecz całą zapowiada jednym słowem niby-konferansjer Czeppe (Bogumił Karbowski). Zwracając się do niewidocznego Gwincika wprowadza w ruch teatralną machinę.
Znawcy twórczości Szaniawskiego podkreślają, że doskonale konstruował swoich bohaterów. Pisał świetne role do zagrania, w których dobry aktor mógł poczuć się spełniony. Lekkoducha zagrał Osterwa, Gauera – Jaracz. Profesora Tutkę – Holoubek. W krakowskiej premierze „Murzyna” sukces odniosła Irena Solska. Także młody Łomnicki jako Chłopiec z deszczu w głośnej inscenizacji „Dwóch teatrów” w reżyserii Wiercińskiego stworzył przejmującą postać. W spektaklu Tomaszewicza trudno mówić o zindywidualizowanej roli. Wszyscy aktorzy noszą jednakowe kostiumy. Są przerysowani, nieco groteskowi. Długo utrzymują zamierzoną przez reżysera konwencję. Niestety, w pewnym momencie czar pryska i nie do końca się udaje. Wyjątkiem Hrabia de Vevey (Dariusz Poleszak-Hass) czy Szymon Cempura jako Szef.
Kim jest w płockiej inscenizacji tytułowy „Lekkoduch”? Buntownikiem, prowokatorem, agitatorem na wiecu, współczesnym Jokerem czy tylko przedstawicielem handlowym z Towarzystwa Wszechświatowej Reklamy, który przyleciał do spokojnego miasteczka w świetlistym aeroplanie? Jego płomienny monolog o ocaleniu zagrożonych drzew trochę wyśpiewany, trochę wykrzyczany, rozpoczyna rewolucję, do której wciąga żyjących jego legendą uczniów szkoły. Ale sprawa wymyka się spod kontroli. Przywódca spod sztandaru z pomidorem nie zostanie bohaterem – męczennikiem. Nie chcą go aresztować, tylko „pomiejszyć”. Odlatuje. Zostawia swoich zwolenników z niedokończonym „a jednak”. Aleksander Maciejczyk zagrał Lekkoducha z ironicznym dystansem, dobrze oddając niejednoznaczność postaci. Czerwony kolor jego kostiumu rezonuje na tle ciemnej scenografii, podkreślając inność bohatera, który wydobywa się z widowni.
Przed premierą Tomaszewicz podkreślał, że Szaniawski interesował się nowymi nurtami w sztuce. Fascynował go futuryzm, dlatego monologi Lekkoducha przypominają manifest Marinettiego. Był nowoczesny i w tym kierunku idzie też płocki spektakl z kostiumami, muzyką (Marek Zalewski), choreografią (Bartosz Bandura) i wykorzystaniem stroboskopowych świateł. Choć rewolucja i burzenie starego porządku są aktualne w każdej epoce, bo jak śpiewa Hrabia - „historia się nie kończy. Nie!/ Ona zatacza się! Ona zatacza się.../Tacza się.../Tacza się.../Stacza się...”, pomidorowa rewolucja niczego w miasteczku nie zmieni. A może to tylko zabawa w teatr w teatrze, w którym Gwincik gasi światła?
Zastanawiam się, czy Tomaszewicz dobrze rozłożył akcenty. Zapowiadał wiele, dopisał nawet fragmenty z innej sztuki Szaniawskiego pt. „Ewa”, ale nie postawił kropki nad i. Czy to ma być spektakl polityczny, muzyczny, obyczajowy czy po prostu przypomnienie napisanego przed wiekiem dramatu? Odpowiedź należy do widza.
Spektaklowi towarzyszy wystawa portretów fotograficznych Waldemara Lawendowskiego.

Lena Szatkowska

Reklama

Fot. Waldemar Lawendowski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości