Na dużej scenie, w dekoracjach ze spektaklu „Żona potrzebna od zaraz”, odbyło się spotkanie ze Stefanem Friedmannem. Aktor i reżyser prezentował swoją autobiograficzną książkę „70 lat mojego dzieciństwa, czyli niech pan powie coś wesołego”.
Z teatrem płockim związany od 2008 roku. Reżyserował spektakle „Dzikie żądze”, „Mayday” 1 i 2, „Weekend z kochankiem”, „Kochane pieniążki”, „Nic nie gra”, „Szalone nożyczki”, „Zamknij oczy i myśl o Anglii” i ostatnio „Żona potrzebna od zaraz”. W każdym przedstawieniu obsadza też siebie, ale – jak żartował – stara się znaleźć taką rolę, która najmniej mówi. - Do reżyserii szukam sztuk najbliższych mojemu poczuciu humoru. Swoich ról nie oceniam. Spektakl to jest osiągnięcie drużynowe. Ja się cieszę, kiedy się podobało publiczności, że nam wyszło, że się sprawdziło, to, co tam jeszcze wymyśliłem czy dodałem – podkreślał.
Karierę aktorską rozpoczynał od postaci radiowej. Grał Gienka ze słynnej rodziny Matysiaków, w towarzystwie wspaniałych aktorów: prof. Perzanowskiej, Tadeusza Fijewskiego, Jana Ciecierskiego. Fikcyjna rodzina z ulicy Dobrej cieszyła się ogromną popularnością i sympatią słuchaczy. Zawsze, kiedy w audycji padało, że Matysiakom czegoś brakuje, natychmiast przysyłano prezent.
- W radio na Myśliwieckiej mieliśmy pokój darów, w którym były przechowywane te wszystkie prezenty. Kiedyś Gienek dostał rower, który też trafił do pokoju. Mogłem sobie tam czasem wejść i go pogłaskać, bo przecież rower należał do Gienka, a nie Stefana Friedmanna. Większość polskich słuchaczy wierzyła, że rodzina Matysiaków naprawdę istnieje i mieszka na Powiślu. Prawie nikt nie wiedział, jak wyglądają jej członkowie, bo nie było wtedy telewizji – opowiadał aktor.
Od tej roli Friedmann długo nie mógł się „odkleić”. Przyniosła mu popularność, ale i kłopoty. Gdy z kabaretem „Hybrydy” pojechał w teren, publiczność bardziej interesowało to, jaki jest Gienek Matysiak, niż sam program kabaretowy. - Stałem dumny i mówiłem, że to ja jestem tym Gienkiem. I w pewnym momencie ktoś zadał mi pytanie: „Ty, a komu Stasiek sprzedał trąbkę”? Stasiek to był mój radiowy starszy brat Tadeusz Janczar. Niestety, nie brałem udziału w tym odcinku i nie wiedziałem. Zaczęli na mnie patrzeć podejrzliwie, myśleli sobie, że studenci z kabaretu oszukują i wcale nie mają Gienka. Z trudem udało nam się wyjść stamtąd. Wróciliśmy do domu bez honorarium.
Stefan Friedmann wychował się w rodzinie artystycznej. Ojciec – Marian – był aktorem w Teatrze Współczesnym. Mama cieszyła się sławą bardzo dobrej suflerki. Do tuzów sceny Ćwiklińskiej albo Fijewskiego mówił „ciociu” i „wujku”. Naturalną koleją rzeczy skończył warszawską PWST. Tam spotkał Marka Mokrowieckiego, Marka Perepeczkę, Mariana Glinkę. - Naszą grupą ,w której byli przeważnie kulturyści, już wtedy dowodził Marek Mokrowiecki. Mówiło się do niego nie tak jak dzisiaj „panie dyrektorze”, ale tak, jak on się do nas zwracał pieszczotliwie, czyli „Cycu”.
Prowadzący spotkanie (razem z Moniką Mioduszewską) dyrektor teatru Marek Mokrowiecki mówił ze sceny: - W książce wspominasz o wielkich aktorach, których już z nami nie ma i to jest niesłychanie cenna rzecz. W anegdocie i krótkich opowiadaniach zatrzymałeś pewną epokę teatru. Bo teatr jest sprawą niesłychanie ulotną, dzieje się tu i teraz, a dzięki tobie zostanie.
Towarzyszące promocji krótkie filmy autorstwa Piotra Bały przypomniały niektóre role filmowe Stefana Friedmanna. Zagrał m.in. w: „Kaloszach szczęścia”, „Czerwonej jarzębinie” „Krajobrazie po bitwie”, „Miejscu na ziemi”, „Rannym w lesie”, „Westerplatte”. Wystąpił w wielu serialach: „Na kłopoty Bednarski”, „Lalka”, „Czterdziestolatek”. Zobaczymy go w nowym sezonie „M jak miłość”. Aktor jest także autorem sztuki „Przygody podróżnika Pipsa”, którą na płockiej scenie wyreżyserował Tomasz Grochoczyński. W tym spektaklu granym również w Grudziądzu, zadebiutowała Hanna Zientara.
Autobiografia Friedmanna „70 lat mojego dzieciństwa, czyli niech pan powie coś wesołego” to też opowieść o kabarecie – słynne „Dialogi na cztery nogi” (z Jonaszem Koftą) – i fascynacji autora jazzem. Dowcipny jest dedykowany Himilsbachowi „Dziennik Marmurarza” (notatki z pobytu w Ameryce w 1987 roku). Friedmann pojechał za Ocean w podwójnej roli – wieczorami rozśmieszał Polonię, a do południa jako pracownik fizyczny układał marmury.
Na promocji podkreślał, że nie jest satyrykiem tylko humorystą. Najbardziej lubi „przełamywać powagę”. - Poczucie humoru to najwspanialszy dar natury. Ten, kto go otrzyma; może uważać się za bogatego. Niestety, tego się nie nabywa. To dar wrodzony. Poczucia humoru nie można się nauczyć. Można je tylko rozwijać – napisał.
Po spotkaniu Friedmann długo wpisywał widzom dedykacje. W czasie pobytu w Płocku poznał i zaprzyjaźnił się z wieloma osobami. Ma swoje ulubione miejsca. Chciałby coś kabaretowego pokazać na małej scenie płockiego teatru.
Lena Szatkowska
Fot. Jarosław Wanecki
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze