Reklama

Pracownicy czekają na pieniądze

19/10/2005 11:57
Historia płockiego Instalu zaczęła się w 1968 roku. W latach osiemdziesiątych firma zatrudniała nawet 1500 osób, A przez te wszystkie lata zgromadziła budynki i sprzęt. W 1992 roku firma przekształciła się w jednoosobową spółkę skarbu państwa, potem byłą częścią warszawskiego holdingu Budimeks, w 2000 roku akcje wróciły do płockiego biznesmena. Którego? Dziś te dane są trudne do odtworzenia, a łączone z nazwiskami kilku znanych płocczan. Ktoś był właścicielem, ktoś inny go udawał. Ale nie to jest teraz najważniejsze. Pozostali ludzie, którzy nie mogą się doczekać pieniędzy za swoją pracę w tej firmie.Upadłość spółki Instal została ogłoszona w listopadzie 2003 roku. Do chwili upadku była to prężna firma, współpracująca z ORLEN-em, działająca w kraju i za granicą. Posiadała certyfikat ISO 9002 i bardzo dobrą opinię wśród inwestorów. Po ostatniej zmianie własności akcji spółki, czyli w 2000 roku, powoli firma chyliła się ku upadkowi. Było coraz mniej zleceń. – To nie znaczy, że firma przegrywała przetargi, wygrywała, ale te lepsze zlecenia, popłatniejsze, dostawała inna płocka firma, powiązana osobiście i kapitałowo z nieżyjącym już płockim biznesmenem – tłumaczy nam pragnący zachować anonimowość jeden z byłych pracowników Instalu. – Firma zarabiała na pracach coraz mniej. Żeby utrzymać się na rynku brała zlecenia, które wykonywała po kosztach i zaczęły się kłopoty. Rosło zadłużenie, a ponieważ firma nie płaciła podatków, nie mogła startować w przetargach.
Ludzie odchodzili z pracy wiedząc, że robi się coraz gorzej, a firma chyli się ku upadkowi. Wreszcie zostało około 300 pracowników, którzy żądali dostępu do informacji. – To były okropne czasy – dodaje. – Ludzie się denerwowali, wyzywali zarząd od najgorszych, zdawali sobie sprawę, że stracą pracę, że ktoś chce doprowadzić do upadłości firmy, bo to jest doskonały sposób, by na niej jeszcze zarobić.
Część osób odeszło, wypowiedziało umowę, bo na wynagrodzenie czekało się coraz dłużej, a przyszłość była bardzo niepewna. Wszyscy, którzy odeszli, złożyli do sądu wnioski o odszkodowania i sąd zasądził na ich rzecz wypłatę należnych, 2 lub 3 – miesięcznych odpraw. Niestety, nawet przez komornika nie udawało się tych pieniędzy odzyskać.
Ludzie, którzy pracowali w firmie w chwili upadłości, otrzymali pieniądze z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Nie od razu, ale w tym czasie było ogłoszonych kilka dużych upadłości i pieniądze z funduszu docierały do ludzi ze sporym opóźnieniem. Najważniejsze jednak, że docierały.
Pozostali jednak ci wszyscy, którzy mają wyroki sądowe nakazujące syndykowi wypłacenie dla nich należnych odpraw. – Minęły niemal trzy lata i nie możemy doczekać się tych pieniędzy, choć wypłaty pracownicze są w pierwszej kategorii zaspokojenia – dodaje nasz czytelnik. – Do syndyka nie można się dostać, choć naszym zdaniem można było już dawno uregulować wszelkie należne nam zobowiązania. W ostatnim czasie została sprzedana baza w Proboszczewicach i zgodnie z prawem, to właśnie my powinniśmy otrzymać pieniądze w pierwszej kolejności. Tymczasem czekamy i wychodzi na to, że się pewnie nie doczekamy. Niektórzy z nas mają niewielkie pieniądze do odzyskania, od 3 – 4 tysiące plus odsetki. Nieduże dla tych, co dostali pracę i zarabiają, ale jest dużo takich osób, które czekają na te odprawy, odsetki rosną, ludzie wpadli w długi. Co z tego, że pieniądze im się należą, że mają wyroki sądowe. Ktoś inny zarabia na tej upadłości, nie pracownicy, którzy przez lata pracowali na rzecz firmy. To dziki kapitalizm, w takiej odmianie nieznany nigdzie na świecie.

Pieniądze
tylko na papierze
Byli pracownicy, którzy sami zwolnili się z Instalu, z powodu niepłacenia przez pracodawcę wynagrodzenia, mają w ręku wyroki sądowe. – Co z tego, że mam wyrok, jak nie mogę w żaden sposób wyegzekwować swoich pieniędzy – tłumaczy inny, były pracownik. – Mieszkam pod Płockiem, nie mam za co przyjeżdżać do firmy by walczyć o swoje. Mam długi, bo czekam na pieniądze. Mam też na karku komornika. Jak to jest możliwe, że mam w ręku wyrok sądowy, który nakazuje firmie wypłacić należne mi pieniądze, ale ten papier mogę sobie powiesić w wychodku. Nie mogę go dać komornikowi, który nachodzi mnie w domu, za długi. To firma może mieć długi wobec mnie i ja ich być może nigdy nie dostanę, a ja nie mogę. Należy mi się ponad 10 tys. złotych z odsetkami, za odprawę i wysługę lat. Czy nigdy nie zobaczę tych pieniędzy?
Ponieważ do syndyka firmy trudno było dotrzeć, kilka osób złożyło zażalenia na jego czynności do sądu. Jedna z naszych czytelniczek otrzymała odpowiedź potwierdzającą fakt, że jej wierzytelność jest bezsporna. “ Dla istnienia i uznania w.w. wierzytelności w toku postępowania upadłościowego bez znaczenia pozostaje fakt ich stwierdzenia orzeczeniem sądowym…”. Syndyk potwierdza w odpowiedzi, że wierzytelności zaliczane są do I kategorii zaspakajania i zgodnie z przepisami, zostały umieszczone na liście wierzytelności.
Dalej w piśmie czytamy, że ich zaspokojenie jest uzależnione od podziału funduszy masy upadłości. Niestety, należności pracownicze, które syndyk musi zaspokoić, wynoszą niemal 1 800 tys. zł. W sumie należności I kategorii wynoszą ponad 3,6 mln zł, a do tej kwoty trzeba doliczyć także składki ZUS (ponad 81 tys. zł). “Masa upadłościowa taką kwotą nie dysponuje i tym samym niemożliwe jest zaspokojenie wierzycieli kategorii I.”
Należności pracownicze dotyczą 282 osób. Do zapłaty na ich rzecz syndyk musi znaleźć ponad 2,166 mln zł. - Średnia zaległość wynosi 6 682 zł, ale są to wierzytelności pracownicze powstałe po ogłoszeniu upadłości, które nie są zaspokojone tylko w 20% oraz wierzytelności sprzed upadłości, które do tej pory nie były zaspokojone wcale - tłumaczy syndyk masy upadłościowej Instalu adwokat Regina Biliniewicz Terebus. To właśnie ci pracownicy, których wierzytelności powstały przed ogłoszeniem upadłości nie mogą doczekać się swoich, w wielu wypadkach dużych pieniędzy.
Majątek
obciążony hipoteką
Jak nam wyjaśniła pani syndyk, do marca 2004 roku trwała inwentaryzacja i oszacowanie majątku.
- Począwszy od ogłoszenia upadłości do 27 września 2005 roku podjęto 9 prób sprzedaży majątku - wyjaśnia.
- Na majątek składają się ruchomości i nieruchomości, ale znaczna ich część jest obciążona hipotekami. W wyniku przetargu została sprzedana jedyna wolna nieruchomość, Baza w Proboszczewicach. Teraz trwa sprzedaż majątku ruchomego znajdującego się na terenie Bazy.
To właśnie po sprzedaży tej nieruchomości, byli pracownicy mieli nadzieję na odzyskanie swoich należności. Niestety, okazało się, że pieniędzy dla tych, którzy mają w kieszeni wyroki sądowe, nie wystarczy. Czy więc mogą liczyć na to, że jeszcze kiedykolwiek dostaną należne im odprawy?
Okazuje się, że teoretycznie tak, a praktycznie raczej nie. Teoretycznie dlatego, że zgodnie z prawem pieniądze im się należą, ale tylko wtedy kiedy będą fizycznie. Tymczasem, jak wyjaśnia pani syndyk – Najbliższy termin przetargu został ogłoszony na 15 listopada. Niestety, wierzyciele muszą się liczyć z tym, że pozostałe do sprzedaży nieruchomości obciążone są hipotekami, które za wyjątkiem jednej nieruchomości, znacznie przekraczają wartość obciążonej nieruchomości i szanse pozyskania jakichkolwiek kwot dla masy są niewielkie.
Sprzedaż ruchomości z Bazy w Proboszczewicach także nie przyniesie dodatkowych pieniędzy. Bazę trzeba opróżnić, by wydać ją nabywcy. – Z wydaniem wiąże się opróżnienie magazynów i terenu, a co za tym idzie jego przewiezienie – tłumaczy syndyk. – Wiąże się to z koniecznością użycia ciężkiego sprzętu, co oznacza kolejne wydatki.
Byli pracownicy Instalu proponowali, by sprzęt, który nie nadaje się do sprzedaży z różnych powodów, także z uwagi na zmiany technologiczne, sprzedać po prostu na złom. Niestety jest to niemożliwe. – Wtedy natychmiast naraziłabym się na zarzut niegospodarności – dodaje R. Biliniewicz Terebus.
– Majątek firmy został przecież wyceniony i poniżej wyceny nie można go sprzedać. Wiele rzeczy udało nam się sprzedać powyżej wyceny, tak więc oddanie niektórych na złom, nie może być nawet brane pod uwagę. Zresztą to też pociągnęłoby dodatkowe koszty, bo trzeba byłoby to pociąć, przewieźć, to wymaga czasu i ludzi. A my pracujemy tylko w cztery osoby, zaś sprzedajemy majątek rozproszony. Zdaniem fachowców i tak, przez niecałe dwa lata od ogłoszenia upadłości zrobiliśmy bardzo dużo.
Na pytanie, czy pracownicy, którym należą się odprawy, a którzy odeszli przed ogłoszeniem upadłości otrzymają pieniądze, pani syndyk powiedziała: – Wszystko zależy od tego, kiedy i za ile sprzedamy pozostałe nieruchomości. Do masy upadłościowej należy kilka budynków. Jednym z nich, budynkiem biurowym przy ul. Słowackiego zainteresowane było miasto. Niestety, na zainteresowaniu się skończyło, miasto wycofało się z tej transakcji, a osoba, która chce kupić tę nieruchomość proponuje bardzo niską kwotę, na którą nie można się zgodzić.
Na dziś nie mamy więc dobrych wiadomości dla byłych pracowników. Na pieniądze muszą jeszcze poczekać. Jak długo? Na to pytanie teraz nikt nie potrafi odpowiedzieć, wydaje się, że raczej te pieniądze nie są do odzyskania.
Jola Marciniak
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości