13 listopada na Cmentarzu Północnym w Warszawie żegnaliśmy wieloletnią aktorkę Teatru im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku - wspaniałą Anię Shirley, wzruszającą Opalę, Panią Ford i Sonię. Wielką Natalię Mooshaber.
Uroczystości pogrzebowe rozpoczęły się w Płocku. We mszy św. w bazylice katedralnej wzięli udział bliscy, przyjaciele, koledzy i koleżanki z teatru, widzowie, którzy przez ponad trzy dekady oklaskiwali jej role na scenie u „Szaniawskiego”.
W homilii ks. prof. Henryk Seweryniak mówił, że była aktorką przez wielkie „A”. Wcielała się w role, które znaczyły i znaczą naszą cywilizację, a jednocześnie nie wahała się grać epizodów. - Przez 36 lat pozostała wierna miastu, którego symbolem jest ta katedra. Miastu trudnemu, o czym wy, ludzie teatru, dobrze wiecie.
Marszałek województwa mazowieckiego Adam Struzik podkreślił, że grała do ostatniej chwili i cieszyła się ogromną sympatią widzów.
- Była cenioną artystką, a przy tym wspaniałą, otwartą, serdeczną osobą, pełną ambicji i pasji. Pozostawiła po sobie wiele pięknych ról. Dyrektor Teatru w Gorzowie Jan Tomaszewicz przypomniał, że chciała zagrać w „Czarownicach z Salem”. Spektakl planowano. Niestety nie udało się go zrealizować.
- (...) wiem, że tam na górze jest wielu mistrzów, którzy razem z tobą zrealizują twoje marzenie. Ciało aktora umiera, ale nie aktor. Jego wrażliwość zostaje w sercach widzów.
Reklama
W imieniu Związku Artystów Scen Polskich aktorkę pożegnał prezes ZG Krzysztof Szuster.
- (…) słyszę pełne zachwytu słowa rotmistrza z Fredrowskiej komedii kierowane do panny Anieli, którą tak barwnie kreowałaś: „Co to za kobieta, co to za kobieta. Rzadka kobieta" – mówił reżyser „Dam i huzarów” – ostatniego spektaklu, w którym zagrała Hania.
Wiesława Rybicka-Bogusz z Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru powiedziała, że aktorka cieszyła się wielką sympatią kolegów z zespołu.
- Była mistrzynią swojej sztuki i miała niesamowitą zdolność dotarcia do widza na najgłębszych emocjonalnych poziomach.
Reklama
W imieniu kolegów z zespołu aktorkę pożegnał Szymon Cempura.
- Haneczko, brakuje nam ciebie, twojego partnerstwa na scenie, twoich rad za kulisami, spotkania na spacerze, w sklepie. Nie zagramy razem, ale teraz ty tam, gdzie nie ma upływu czasu, możesz zagrać z największymi. Jestem pewien, że tam też jest teatr, tam też kochają teatr i pokochają ciebie jak my, Haneczko. Zientarko.
Na koniec katedrę wypełniła ostatnia owacja dla Hani. Zgodnie z jej życzeniem – zamiast kwiatów i świec, zebrano pieniądze na płockie schronisko dla zwierząt. Była ich wielką miłośniczką. Miała w domu psy i koty. Nie potrafiła przejść obojętnie obok zwierzaczka, który potrzebował opieki i pomocy.
Po południu na Cmentarzu Północnym w Warszawie przy rodzinnym grobie zebrali się przyjaciele i rodzina zmarłej. Przybyli związani wcześniej z płocką sceną Anna Apostolakis, Katarzyna Anzorge, Sebastian Ryś, reżyserzy Jerzy Bończak, Stefan Friedmann, Andrzej Walden. W ostatniej drodze towarzyszyły jej Olsztyn, Lublin, Częstochowa, Szczyrk, Bielsko-Biała, Płock, Warszawa. W tych miastach miała znajomych. W znajdujących się nieopodal Olsztyna Naterkach spędzała wakacje. W Szczyrku jeździła na nartach.
Marek Mokrowiecki niejednokrotnie żegnał swoich aktorów na cmentarzach. Mówił, że to po premierze najtrudniejsza chwila w teatrze. To pożegnanie miało charakter szczególny.
- Kiedy obejmowałem płocki teatr po Tomku Grochoczyńskim prowadziłem rozmowy z aktorami. Nie znałem ich w ogóle. I weszła taka okularnica, mała, drobna. Mówię: pani się nazywa Hanna Zientara. Ma pani ochotę zostać w teatrze czy nie? Ona mówi: proszę pana, ja mam kłopot. Jaki kłopot? Proszę pana, ja mam psa Kłopota. Jeśli pan pozwoli, że on będzie do teatru przychodził ze mną, to zostanę. Jeśli nie, to nie. No i Kłopot został. Grał później w różnych przedstawieniach. (…) Była naprawdę fantastyczną aktorką. Nie mówię tego jako jej wieloletni partner życiowy i mąż, ale była tak wrażliwa na tekst, na słowo, na sytuację sceniczną. Kiedy ona się uczyła tekstu to ja, słowo honoru, nie wiem. Samo od siebie to przychodziło. Dla niej nie było choroby. Kiedy tuż przed premierą „Dam i huzarów” wylądowała na kardiologii i chciano ją zatrzymać, spytała ordynatora: Ma pan zaproszenie na premierę? Mam. To jak pan mnie nie puści, to pan nie zobaczy premiery. Taka ta Haneczka nasza, moja kochana, była.
Jedną z najważniejszych i najlepszych ról Hani była tytułowa Natalia w „Myszach Natalii Mooshaber” Ladislava Fuksa, za którą dostała nagrodę Cieszyńskiego Anioła na XVIII Międzynarodowym Festiwalu Moraw i Śląska w Czeskim Cieszynie. Dwukrotnie uhonorowana Srebrną Maską PTPT za rolę Puka w Śnie nocy letniej Szekspira oraz Haliny Kociemby w Wydmuszce Marcina Szczygielskiego.
- Miałam to szczęście zobaczyć jej kilka naprawdę wybitnych ról, a ta chyba największa, kongenialna – mówię o „Myszach” – tak czule wyreżyserowana przez Marka – powiedziała dziennikarka Krystyna Gucewicz.
- Hania kochała teatr, kochała zwierzaki, kochała Marka właściwie na równi. I mieli szczęście oboje, że spotkali się w życiu, bo przecież mogli przejść obok siebie i się nie zauważyć. Byli cudowną parą jako ludzie, ale też jako artyści.
Przejmująco zabrzmiała na ogromnym cmentarzu ballada „Kiedy góral umiera” w wykonaniu Ryszarda Wolbacha (wokal, gitara) i Krzysztofa Misiaka (gitara). Aktorka Magda Tomaszewska zaśpiewała dla koleżanki piosenkę „Co się z tym stało” z repertuaru Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej.
Hanna Zientara-Mokrowiecka zmarła 5 listopada w wieku 64 lat. W ostatnim czasie szukała dla siebie tekstu na monodram. Wybrała kameralną sztukę „Udręka życia” i rolę Lewiwy. Może ktoś z zespołu dokończy ten spektakl, dedykując go Jej pamięci?
Fot. Waldemar Lawendowski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze