Czy nie odnoszą Państwo wrażenia, że logika polskiej sceny politycznej odbiega w dosyć dużym stopniu od norm obowiązujących w innych krajach? Wszędzie przecież, gdzie ma miejsce wyraźna polaryzacja sceny politycznej na dwa rywalizujące ze sobą o władzę obozy, a u nas ponoć ma, nie ma mowy o powyborczych koalicjach między rywalizującymi stronami. Wyobraźmy sobie koalicję republikanów z demokratami w Ameryce albo konserwatywnych liberałów z socjaldemokratami z Partii Pracy w Wielkiej Brytanii. Nonsens. Albo jeden program albo drugi, albo jedna wizja państwa albo druga. Co innego u nas. U nas gdy tylko jedna ze stron wygra wybory, zaraz rzuca się ją w ramiona drugiej, choć z logicznego punktu widzenia wydaje się to po prostu ani możliwe ani przyzwoite. Niemniej stojące na straży młodej demokracji media zrobiły ludziom taki mętlik w głowach, że przed rokiem daliby się zabić, by bronić tezy o absolutnej konieczności koalicji dwu najbardziej skonfliktowanych z sobą partii. Nikt z niezależnych, a jakże, komentatorów nie zdobył się wtedy na odwagę, by jasno ludziom wyperswadować, że nic dobrego się nie urodzi, gdy strony z zapamiętaniem skaczą sobie do gardeł. A tak przecież działo się nie tylko w kampanii, bo już zaraz po wyborach przegrani rozwinęli apokaliptyczną wizję zagłady państwa pod rządami swoich niedawnych potencjalnych i wielce pożądanych koalicjantów. Szczucie przeciwko rządowi i urzędującej głowie państwa z mniejszym może trochę natężeniem praktykują zresztą do dziś.
Ta sama schizofreniczna logika obowiązywała także i w czasie ostatniej samorządowej kampanii wyborczej. Z jednej strony jeden z najbardziej liczących się liderów Platformy Obywatelskiej został skarcony przez jeszcze bardziej liczącego się lidera Platformy Obywatelskiej za poparcie udzielone w grodzie Kraka reprezentantowi niedoszłego koalicjanta na centralnej scenie politycznej i zarazem obecnego koalicjanta na wielu lokalnych scenach politycznych. Nie powinno być w tym nic gorszącego, bowiem tłumaczono nie raz, że lokalne sceny rządzą się innymi regułami niż scena centralna i to co nie jest możliwe na scenie centralnej, jest jak najbardziej naturalne na scenie lokalnej. Tą z kolei logiką musieli kierować się nasi płoccy liderzy Platformy, ale zamiast choć parę dni odczekać dla przyzwoitości i odprawić niezbędne egzekwie żałobne po przegranej w wyborach prezydenckich i samorządowych, już następnego dnia, kiedy jeszcze Państwowa Komisja Wyborcza do końca nie zliczyła głosów, padli w ramiona zwycięskiego przeciwnika, doprowadzając zapewne – tego żąda przyzwoitość – do rozłamu własną partię. Mnie się wydaje, że to wstyd, ale może trzeba na to spojrzeć po ludzku: czego to bowiem się nie robi w końcu, „by żyło się nam lżej”.
Zresztą patrzenie, jak lokalni działacze tej partii lgną dziś do kogo się tylko da, by uszczknąć coś z lukrowanego tortu, który oferuje władza, napawa coraz większym obrzydzeniem. To, co jeszcze niedawno wydawało się dla tej strony sceny wstydliwe, czyli mariaż polityczny z SLD, dziś staje się w wielu samorządach faktem. Najpierw, aby osiągnąć prorokowany już z 15 lat temu „historyczny kompromis” pożenili się pałętający się jeszcze gdzieniegdzie pogrobowcy z dawnej Unii Wolności ze swymi historycznymi przeciwnikami z SLD. Tak oto historia zatoczyła koło, w jednej partii zaczęli (nieboszczka PZPR) i w jednej skończą (dziś jeszcze koalicja: Lewica i Demokraci). Teraz tylko czekać, jak dołączą do tego doborowego „towarzystwa” ich koledzy z Platformy. Swój zawsze ciągnie do swego. Natury jednak, choćby bardzo się chciało, oszukać się nie da. Tym bardziej, że jedni i drudzy już otrzymali błogosławieństwo na wspólną drogę od byłego prezydenta, który z braku zatrudnienia być może już ostrzy sobie apetyt, by tym historycznym kompromisem po męsku pokierować. A to będzie zabawa.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze