Jeden mały stolik, jedno krzesło, dwa łóżka i łóżeczko dla niemowlaka, niewielka szafa, lodówka i telewizor na szafce. Do tego wspólna łazienka na korytarzu i kuchnia z jedną kuchenką. Obecnie działają tylko trzy palniki, z których korzysta 14 kobiet i 15 dzieci. Tak wygląda, na pierwszy rzut oka, miejsce w noclegowni. W takich warunkach mieszkają samotne panie i niepełne rodziny, którym się nie powiodło. Anna mieszka w noclegowni przy ul. Misjonarskiej od maja 2014 roku. Dostała tam miejsce jako samotna matka w ciąży z dwójką małoletnich dzieci. Wcześniej z ojcem dziewczynek mieszkała na stancji, ale musieli zrezygnować. To nie był pierwszy pobyt Anny w noclegowni. – Nigdy nie dogadywałam się z matką, wyrzuciła mnie z domu, nie mam żadnego meldunku. Co miałam zrobić? Do pracy nie mogę iść, bo są małe dzieci, a ich ojciec musiał wyjechać za chlebem. Teraz przyjeżdża dwa razy do roku, nie pomaga mi w wychowaniu dzieci. Dobrze, że tu, w noclegowni, mam do kogo usta otworzyć. Są tu przyjazne dusze – opowiada. Każdy jej dzień jest taki sam. Rano pobudka, odprowadzenie starszej, 4-letniej i średniej, 3-letniej córeczki do przedszkola, najmłodsza 7-miesięczna wtedy jeszcze śpi. Jak jest zimno, to mała zostaje w pokoju, ale nie sama – ktoś musi jej pilnować. Potem Anna wraca, mała się budzi, trzeba sprzątnąć pokój, zrobić coś na obiad i już jest południe. Czas mija bardzo szybko, trzeba odebrać dziewczynki z przedszkola i jakoś im zagospodarować czas. Jakie zabawy można zorganizować na kilku metrach kwadratowych powierzchni?
Jola Marciniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze