Jeśli tylko zachodzi potrzeba przemieszczania się z miejsca w miejsce, płocczanin Jarosław Jankowski wiele się nie zastanawia i wsiada na rower. Jest to jego podstawowy środek lokomocji. – Innego mi nie potrzeba – podkreśla i nie ważne, czy jedzie na studia do Torunia, czy też na wakacje. Jego wyczyny można mnożyć. Zajmiemy się jednak jego ostatnią wyprawą. Od 11 lipca do 20 sierpnia samotnie pokonał na dwóch kółkach 6600 kilometrów. Przy okazji zwiedził ładny kawałek świata. Skąd pomysł na taką wyprawę? – Chciałem przeżyć przygodę i sprawdzić się. Poza tym wyprawa rowerowa jest bardzo ekonomiczną alternatywą na wypoczynek dla studenta – śmieje się Jarek, student V roku matematyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Ważny jest dla niego również bliższy kontakt z otoczeniem. – Zza szyby samochodu, przy szybko umykających widokach nie poznałbym tak dobrze miejsc, które odwiedziłem – dodaje.
Trzeba przyznać, że miał co oglądać. Wyruszył z Płocka. Pojechał przez Czechy, Austrię, Włochy, Słowenię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Serbię i Czarnogórę, Kosowo, Albanię, Rumunię, Mołdawię i Ukrainę. – Chciałem zobaczyć jak najwięcej. Nie ustalałem szczególnej trasy, uwzględniającej kurorty turystyczne. Właściwie droga sama mnie wiodła – tłumaczy zapalony rowerzysta.
W drogę zabrał ze sobą namiot, części do naprawy, mapę, trochę ubrań, maszynkę turystyczną i 200 euro. – Myślę jednak, że tego typu wyprawy można przeżyć bez większych pieniędzy. Latem owoce można znaleźć w lesie. Wiele razy jadłem makaron z jeżynami – przekonuje Jarek.
Rowerem w przepaść
Jest zaprawiony w rowerowych trasach. Przejazd do Torunia zajmuje mu cztery godziny. Rocznie przemierza na dwóch kółkach 13 tysięcy kilometrów. Mimo to zdarzało się, że podczas ostatniej wycieczki był potwornie zmęczony.
– Moim wyzwaniem były Alpy. Cieszę się, że dotarłem na alpejskie przełęcze, że dojechałem rowerem na 2758 metrów n. p. m. do Passo dello Stelvo. Cieszę się również, że nie straciłem tam życia. Na dość wąskim szlaku pękła mi nagle dętka. Z jednej strony miałem przepaść, a z drugiej skarpę, na którą się na szczęście przewróciłem. Czasem zdarzały się tu takie odcinki, że 5 km pokonywałem w dwie godziny.
Przez całą swoją wyprawę musiał być praktycznie nierozłączny z rowerem. W Wenecji pokonywał dużo kamiennych schodów i pewnie tam popsuła się piasta.
– Wsiadam na rower, wszystko się kręci, tylko rower nie jedzie i to jeszcze w sobotę wieczorem, kiedy wszystkie sklepy były pozamykane. Próbowałem sam naprawiać domowym sposobem, oklejałem taśmą izolacyjną i tak udało mi się przejechać 200 kilometrów.
Kiedy piasta popsuła się ponownie i to jeszcze w szczerym polu, gdy żar lał się z nieba, Jarek miał dość. Chciał wysłać sms do domu, że wraca. Na rozklekotanym rowerze pokonał jednak 70 kilometrów. -W Kosowie udało mi się w końcu zdobyć piastę, ale przepłaciłem za nią dwa razy tyle, niż była warta – wspomina chłopak. Kiedy naprawa się powiodła, od razu zapomniał o powrocie.
Chwile słabości dopadły go jeszcze w Rumunii. -Pogoda się załamała. Jechałem górskim szlakiem. Temperatura spadła do dwóch stopni. Padał deszcz. Przemarzłem wtedy okrutnie. Uratowała mnie maszynka, przy której się na szczęście rozgrzałem – opowiada Jarek o swojej samotniczej wyprawie. – Nie lubię jeździć w grupie, zawsze trzeba kogoś niańczyć. W pojedynkę sytuacja jest jasna – można liczyć tylko na siebie. Poza tym łatwiej o nocleg i schronienie.
Kolacja od pasterza
Gdzie go noc zastała, tam rozbijał namiot. Czasem były to skały w Chorwacji, czasem przydrożne pole. – Bardzo pozytywnie zaskoczyli mnie Albańczycy. Raczej brakuje tam turystów, wiec każdego gościa witają tam bardzo serdecznie. Spotkałem raz pasterza. Zauważył, że odpoczywam. Przyniósł mi kolację: twaróg, paprykę i chleb. Kiedy z kolei jechałem górską drogą mijały mnie TIR-y. Kierowcy zatrzymywali się i pokazywali, żebym przytrzymał się samochodu, to mnie trochę podwiozą – tłumaczy płocczanin.
Mijani po drodze ludzie nie zawsze byli jednak życzliwi. Pierwsze zaskoczenie Jarek przeżył już na polskiej granicy z Czechami. Celnicy uparli się, że jest to przejście dla samochodów, a nie dla rowerów. Na szczęście znalazł się sposób.
– Celnik stwierdził, że dopisuje mnie jako pasażera do samochodu osobowego, który akurat przekraczał granicę. Rower miał iść na bagażnik na dachu.
W te wakacje nie tylko Jarek podróżował rowerem po Europie. – Spotkałem się z Austriakiem, który jechał już 3 dni na rowerze, na spotkanie z żoną we Włoszech. Spotkany za Dubrownikiem Holender, jechał ze Striesty do Stambułu.
Dopiero w drodze na Krym, gdy w portfelu zostały same drobne, a do tego opony zaczynały przypominać starte kapcie, Jarek z żalem stwierdził, że czas najwyższy wracać do domu. Dziennie średnio pokonywał 160 km. Najdłuższy odcinek to 292 kilometry. Podczas tej wyprawy zdążył jeszcze odwiedzić swoją dziewczynę, która wypoczywała w Bieszczadach. Jarek dojechał do niej o 12.00 w nocy, startując ze Lwowa. Wycieczka po tylu krajach wcale nie wymagała znajomości języków. Czasami przydawał się angielski. W większości przypadków w Europie najlepiej sprawdza się język migowy.
Kolejny życiowy rekord
Rodzina Jarka przeżywa jego wielkie wyprawy. Dobrodziejstwem dzisiejszych czasów są komórki, choć w szczerym polu trudno mu było ją doładować. Znalazł i na to sposób. – Na aukcji internetowej znalazłem ładowarkę słoneczną, dzięki czemu kontakt był zawsze w 100% możliwy.
Po ostatniej wyprawie schudł 10 kilogramów, ale czuje się świetnie. Samotność mu również nie doskwierała. W końcu miał być to sprawdzian. Ogólnie jednak nie interesują go zorganizowane wyprawy. – To takie pójście na łatwiznę. Zapewniony jest nocleg w hotelach, jest ochrona, sponsorzy udostępniają najlepszy sprzęt. Człowiek ma tylko jechać. To nie jest żadne wyzwanie.
Wyzwaniem było na pewno bicie rekordu życia. Ze znajomym z Krakowa poznanym w internecie, w ciągu jednego dnia przejechali z Zakopanego do Włocławka 500 kilometrów.
Swoją przygodę realizuje dzięki zwykłemu góralowi z nieco węższymi niż to zwykle bywa oponami. Ma go od 2000 roku. Na liczniku widnieje imponujące 75 tys. przejechanych kilometrów. Trzeba jeszcze dodać, że poza ramą wszystkie części w tym rowerze kilkakrotnie wymieniał. Ze starych, składowanych, złożył już drugi rower, będzie ich pewnie jeszcze kilka.
Następne wakacje dopiero za rok. Jarek przygotowuje już jednak kolejną trasę. – Pociąga mnie Kaukaz. A najchętniej wybrałbym się do Norwegii. Na razie jest ona dla mnie za droga. Ale kto wie, co będzie jutro. Może się uda.
Zanim to jednak nastąpi, czas oddać się innym rozrywkom. Jarek lubi komputery i piłkę nożną. Kibicuje „Wiśle”.
Blanka Stanuszkiewicz
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze