Sylwester, ostatni dzień roku, z założenia ma być dniem innym niż pozostałe. Przez cały rok bywało raczej szaro, smętnie, nijako, więc tym razem niech będzie kolorowo, wesoło i w podskokach.Minione trzysta sześćdziesiąt parę dni zbyt często patrzyło spode łba i spuszczało nosy na kwintę, niech zatem ten jeden fika koziołki i łapie się za brzuch ze śmiechu. Okrągły rok znowu nie był wcale taki okrągły, tylko kanciasty, nieforemny, tu i ówdzie przyklapnięty, ale ten wyjątkowy dzień ma być całkiem odmienny, choćby na przekór swoim poprzednikom, nudnym, nadętym i ponurym współpasażerom dojeżdżającego do ostatniej stacji wagonika. Aby powyższym założeniom uczynić zadość, i ja spróbowałem ten kończący rok, stulecie, a wręcz millenium - dzień - spędzić zupełnie inaczej. Nie być, jak zazwyczaj, zgryźliwym malkontentem, który chronicznie stroni od cieszących się powszechnym społecznym uznaniem sposobów spędzania wolnego czasu i programów o największej oglądalności. Choć raz znaleźć się w najszerszych rubrykach statystycznych tabeli. A więc żadnego zamykania się, samotności lub izolacji w wąskim gronie starych znajomych, dobrze znanych alkoholi i słuchanych na okrągło ulubionych płyt. Wręcz przeciwnie: rozłożyć szeroko ramiona i wyjść do ludzi, do świata. Mało wyjść – wybiec. Ba, tyle daleko, malowniczo i romantycznie, by pozostawić za sobą cały stary, niespecjalnie szczęśliwy rok i całego starego, niespecjalnie szczęśliwego siebie. Ba, na ten jeden dzień wręcz zapomnieć, że ktoś taki w ogóle istnieje. Podjęta bez dłuższego namysłu decyzja o podróży do Pragi wydawała się spełniać wszelkie sylwestrowe wymogi. Cel został obrany wystarczająco romantycznie i malowniczo, by przerwać zaklęty krąg codzienności, rutynowych obowiązków, pałętania się po tych samych kątach i użerania z tymi samymi kłopotami, wiernymi przez całe życie jak niepowtarzalny wzór kodu genetycznego, klątwa Odyna albo kurz za lodówką. Symfonia architektury ... to przecież chyba jest ładnie wyjechać z piękną kobietą. Zabrać ze sobą tylko paszporty, podręczny bagaż i mocniej niż zwykle bijące serce. Korzystając z sezonowej obniżki cen biletów, wsiąść w Krakowie w nocny pociąg, pozwolić się ukołysać miarowemu stukotowi kół i otworzyć oczy dopiero sinym od grudniowego chłodu świtem, gdy w jego mglistym oddechu, powoli żegluje miasto. Kwadrans później wysiąść na secesyjnym dworcu i mijając Teatr Wielki imienia Smetany oraz Muzeum Narodowe, dotrzeć do Placu Wacława. A potem już tylko schodzić przez Stare Miasto, uliczką Kralovą aż do Mostu Karola, by za chwilę, już na drugim brzegu Wełtawy, zacząć wspinać się zaułkami Małej Strany w kierunku Zamku Hradczańskiego, ze stojącą w jego centrum gotycką Katedrą Św. Wita, i jeszcze wyżej, do Klasztoru Strahowskiego, a tuż przed jego murem odwrócić się nagle i pozwolić wzrokowi na swobodny lot w dół, prosto w otwartą nagle u stóp zapierającą dech panoramę Pragi. A przecież to zaledwie główny wątek, podstawowa linia melodii miasta, jego architektoniczna oś, kamienny rytm, któremu podporządkowują się ciała spacerujących ludzi. Bo pozostaje jeszcze to, co zawsze najważniejsze: szczegóły i niuanse, cała misterna osnowa, kontrapunkty bocznych uliczek, echa ocenionych zaułków, powracające refreny placów. Narastająca wzdłuż i wszerz przestrzeni, wynurzająca się z głębi czasu symfonia, której najpiękniejsze motywy zrodziły się w głowach architektów, rzeźbiarzy i malarzy. No i podmywająca to wszystko podziemna rzeka szeptów, jęków i wołań, skrzypienie obcasów Franza Kafki, przemierzającego Złotą Uliczkę, głuchy stuk pustego kufla o masywny blat w gospodzie „Pod Kocourem”, gdy Bohumil Hrabal podnosi się ciężko i wychodzi, wieczorem szelest żwiru na Cmentarzu Olszańskim -–to Gałczyński błąka się alejkami, szukając grobu matki. Tak, zaledwie jeden dzień, kilkanaście godzin w Pradze, a już można zapomnieć o własnym życiu, o szczęściu i nieszczęściu, nadziejach i rozpaczach, miłościach i niemiłościach, o całym swoim istnieniu, bo tyle wokół istnień o wiele bardziej intrygujących i wartych uwagi. Na południe od wszędzie Jakby nie wystarczyło bicie dzwonów w kościołach, zalewający miasto niczym wezbrana rzeka szum rozmów w dziesiątkach języków, popiskiwanie tramwajów, przemykających ciasnymi jak mysie dziury uliczkami, na samym środku Mostu Karola stanął uliczny bard Jiri Wehle wraz ze swoim przywiezionym dziecięcym wózeczkiem majdanem: pękiem drewnianych fletów różnej grubości i długości, kilkoma mandolinami, lutniami oraz krzyżówkami jednych i drugich, rozmaitymi ustnikami, stroikami, stojakami, a do tego dwiema podartymi parasolkami, podłączonym do turystycznej butli z gazem słoneczkiem do ogrzania dłoni i całym zestawem innych dziwnych, lecz fascynujących urządzeń. Ten zarośnięty, byle jak ubrany, niewysoki mężczyzna wykonuje tu od lat stały repertuar, złożony ze średniowiecznych i renesansowych pieśni trubadurów, tradycyjnych piosenek ludowych oraz własnych kompozycji, inspirowanych muzyką dawną i folklorem. Z kolei, w najniewinniej wyglądającym sklepiku, przy słynnej Złotej Uliczce, obok innych wypełnionych po brzegi turystyczną tandetą, nieopatrznie poprosiłem o włączenie nagrania Jany Lewitowej z „Pieśniami Sefardyjskimi”. Silny, ale niezwykle łagodny i melodyjny głos Jany nie pozostawił mnie w spokoju aż do końca pobytu w Pradze, a zabrany do domu na kasecie magnetofonowej nadal nie pozwala się otrząsnąć z rzuconego uroku. Chwilę ulgi przyniosła dopiero wizyta w normalnym sklepie muzycznym ze ścianami w plakatach Natalii Oreiro, Enrique Iglesiasa czy Carlosa Santany, kiedy wreszcie mogłem poczuć się bezpiecznie, jak w znanej na wylot, nudnej i oklepanej globalnej wiosce, gdzie wszystko jedno, czy jest się w Paryżu, Nowym Jorku czy Warszawie, bo wszędzie jest takie samo wszystko, czyli tak jakby nigdzie i nic. Niestety zaraz potem natrafiłem na półkę pełną albumów grupy The Plastic People Of The Universe, legendarnej formacji czeskiego undergroundu, związanej w latach 60-tych i 70-tych z polityczną opozycją (koncertowała m.in. w domu Vaclava Havla) i niespokojny, tajemniczy duch Pragi przystąpił do mnie z powrotem. Zapadł chłodny zmierzch, ostatni w roku, wieku, a nawet tysiącleciu. Trwały przygotowania do nocnych sylwestrowych imprez przed Zamkiem i na Staromiejskim Rynku. Stragany zapełniły się pamiątkami i piwem. Technicy sprawdzali sprzęt nagłaśniający przed koncertami modnych zespołów. Ale miasto niewiele sobie z tego robiło. Szeptało i nawoływało po uliczkach i zaułkach. Zapadało w mrok jak w niespokojny sen. Oddychało zamglonym chłodem, tak samo jak rok, wiek czy tysiąclecie temu. Maciej Woźniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze