Dawno nie było spektaklu, na którym co rusz widownia wybuchała śmiechem, a sceny przerywały oklaski. Pierwsze brawa dostał jednak nie aktor, a rozpoczynająca całość pyszna sekwencja filmowa z huzarami wjeżdżającymi konno do Płocka od najpiękniejszej strony. Z polowania w łąckich lasach, ulicą Mostową nad Wisłą, potem Tumską przez miasto, aż na scenę. Gdy ekran się podnosi, a światła rozjaśniają, męska kompania w dworku Majora celebruje stan wolny od kobiet. Ostatnia białogłowa „kłusem wywieziona”, będzie teraz cicho i spokojnie – stwierdzają z ulgą. Nagle, jak grom z jasnego nieba – wtaczają się znowu filmowe powozy. Gwałtu, damy jadą!
Reżyserii komedii Aleksandra Fredry w Teatrze im. Jerzego Szaniawskiego podjął się Krzysztof Szuster. Przedstawienie uczciło nie tylko Rok Fredry, ale również 50-lecie pracy artystycznej aktora i reżysera, który wystąpił w inaugurującym działalność płockiego teatru spektaklu „Cud mniemamy, czyli Krakowiacy i Górale” Wojciecha Bogusławskiego w reżyserii Jana Skotnickiego (premiera 12 stycznia 1975 roku).
„Damy i huzary” w Płocku nie debiutują. W 1981 roku sztukę przygotowała Maria Kaniewska, w 1997 – Adam Hanuszkiewicz. Kaniewska pozostała wierna tradycji, Hanuszkiewicz Fredrę unowocześnił. Szuster, który przed laty w Teatrze Narodowym, w słynnej „Balladynie” Hanuszkiewicza jako Goplana jeździł na hondzie, skupił się przede wszystkim na tekście. Powstał spektakl tradycyjny, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Dynamiczny: monologi, dialogi i sceny zbiorowe wyreżyserowane zostały z precyzją, podkreślającą zabawne puenty. Fredrowska „farsa” zaskakuje doskonałym tempem i trafnością obserwacji życia.
Scena teatru, na którą zjechali huzarzy, stała się dworkiem z krytym gontem dachem. Ze ścian spoglądają zacni protoplaści rodu, stroje i fryzury także są z epoki (scenografia i kostiumy Krzysztof Małachowski). Huzarzy nucą starą piosenkę myśliwską „Pojedziemy na łów”, a w finale pary tańczą poloneza.
Wyobraźni współczesnego młodego odbiorcy zapewne pomogą dodane sekwencje filmowe: ułani na koniach i przejazd dam w powozach, nakręcone specjalnie dla potrzeb przedstawienia w oryginalnych płockich plenerach. Elegancka klasyka ze szczyptą filmowej ekstrawagancji – w jednorodnym dobrym stylu!
W inscenizacji Szustera damy są zabawne, ale i przebiegłe. Na szczęście nie spełniają zapisanych przez Fredrę w didaskaliach kryteriów o tuszy i wieku! Huzarzy – raczej śmieszni. Wśród opornych i zatwardziałych przeciwników białogłów wszelakich wyróżnia się Major (Marek Walczak), świetny w każdej scenie. Co prawda próżny, bo gdyby panna Zosia (Maja Rybicka) tylko zechciała... „Nie uchodzi, nie uchodzi” – powtarza Kapelan (Dariusz Poleszak-Hass), którego słowa stanowią bon mot całego spektaklu. Według huzarów „uchodzi” natomiast wystrzał z moździerza. Świetnie zabawi damy – z radości i mniej lub bardziej udanego przestrachu zemdleją na kanapie.
Walczakowi sekunduje Krzysztof Bień w roli Rotmistrza. Pozostali panowie też spisują się na scenie bardzo dobrze i mimo kobiecej intrygi – pozostaną w kawalerskim stanie. Na nic wysiłki malowniczych dam: Pani Orgonowej (Magdalena Tomaszewska), Panny Anieli (Hanna Zientara-Mokrowiecka) i Pani Dyndalskiej (Barbara Misiun). Ta pierwsza pogodzi się z wyborem córki, bo kawaler okazał się nie tylko przystojny, ale i majętny.
W finale znów rozległy się gromkie brawa, komplementujące zarówno inscenizację, jak i płockie wątki, oraz filmowy odjazd Zosi z teatralnego dworku. Odtańczony przez zespół polonez rycerski wzbogaciły kuplety Macieja Woźniaka o tym, że Fredro pisał pięknie i nadal bawi: (…) Serce młode jest nad podziw/i w huzarskim chodzi czaku;/ nie uchodzi, nie uchodzi/ wierzyć w życie bez teatru. Nie uchodzi też nie znać twórczości hrabiego.
Lena Szatkowska
Fot. Waldemar Lawendowski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze