„Piyknie żeś tyn ausflug po Ślonsku zorganizował” - napisała w mediach społecznościowych jedna z uczestniczek teatralnego wojażu Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru do prezesa i organizatora. Jarosław Wanecki (na co dzień lekarz pediatra w przychodni na Podolszycach) planuje programy corocznych, kilkudniowych wyjazdów dużo wcześniej. Bilety do NOSPR-u w Katowicach, jednej z najpiękniejszych europejskich sal koncertowych, trzeba było zamówić przed kilkoma miesiącami. Odwołane w związku z żałobą po śmierci papieża Franciszka spektakle – zastąpić rozmową z aktorami. Tylko Marka Perepeczkę znaleźć można zawsze w tym samym miejscu, niezależnie od okoliczności. Przy jego pomniku-ławeczce w częstochowskiej alei wspominamy kreację w „Dwóch morgach utrapienia” na płockiej scenie, która przyniosła aktorowi tytuł laureata Srebrnej Maski.
W Zabrzu, ongiś stolicy polskiego górnictwa, rozpoczynamy podziemną szychtę. Kopalnia Guido i Sztolnia Królowa Luiza tworzą teraz Muzeum Górnictwa Węglowego. Są też częścią Szlaku Zabytków Techniki województwa śląskiego. Najpierw - „Luiza”. Kompleks Sztolnia Królowa Luiza to połączenie dwóch historycznych obiektów: kopalni Królowa Luiza oraz Głównej Kluczowej Sztolni Dziedzicznej. Kopalnia przez ponad 100 lat była jedną z najnowocześniejszych, bijąc rekordy wydobycia. Fedrować przestała 27 marca 1998, gdy szybem Poremba wydobyto na powierzchnię ostatnią tonę węgla.
Prace nad uruchomieniem Sztolni Dziedzicznej trwały aż 64 lata. Otwarto ją w roku 1863. Teraz dzięki wzorowej rewitalizacji obiektów turyści mają niepowtarzalną okazję odbyć kilometrowy spływ łodzią w historycznych wyrobiskach i jest to najdłuższa w Polsce podziemna trasa wodna. Sieć korytarzy biegnie prawie pod centrum miasta, a można w nich spotkać m.in. beboki ze śląskich legend, żywe rośliny i Morcinkowego Łyska.
W Kopalni Guido, podzieleni na trzy grupy, wyposażeni w żółte kombinezony ochronne, gumiaki, kaski, rękawice, lampy i pochłaniacze, zjeżdżamy na głębokość 320 metrów.
- To był prawdziwy zastrzyk adrenaliny. Przeżyliśmy niezapomnianą przygodę, chociaż na dole dostaliśmy solidny wycisk. Po szychcie, w najniżej położonym pubie w Europie, pajda „czornego” chleba ze smalcem i kiszonym ogórkiem smakowała wybornie – mówi Teresa Gos.
Dzień kończy wizyta w Teatrze Nowym w Zabrzu. Zabytkowa sala mieści się w budynku dawnego kasyna Huty Donnersmarcka, a jej ozdobą jest fantastyczny żyrandol. Niestety, nawet na Śląsku niełatwo utrzymać teatr. Ze względów finansowych zrezygnowano m.in. z organizowanego od 2000 roku Ogólnopolskiego Festiwalu Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość przedstawiona”, podczas którego do Zabrza przyjeżdżały spektakle z gwiazdorską obsadą. Mniej jest też premier i wydarzeń. Czy coś zmieni referendum w sprawie odwołania władz miasta? Czas pokaże. Póki co w repertuarze głównie komedie, farsy i spektakle dla młodej widowni na przetrwanie trudnych czasów („Niesamowite przygody skarpetek” – w czerwcu, „Ch**owa pani domu”, „Zemsta”, „Okno na parlament”, „Mały Książę”). Los teatru zależy od widowni, dlatego wypełniamy małą salę na monodramie „Mój boski rozwód” Geraldine Aron w wykonaniu Jolanty Niestrój-Malisz i reżyserii Julii Wernio.
- Chopie, ty długo w Górniku nie posiedzisz – mówi kibic (Ślązak z Hamburga) do jednego z piłkarzy zakwaterowanych w tym samym co my hotelu.
Razem jemy śniadanie. Drużyna Górnika przygotowuje się do meczu z Widzewem. My na dalsze zwiedzanie. Zdradzając, skąd jesteśmy, dowiaduję się, że w barwach Wisły Płock gra dwóch byłych zawodników Górnika Zabrze, m.in. pomocnik Dani Pacheco. Rozegrane po południu spotkanie na Stadionie im. Ernesta Pohla kończy się remisem 0:0.
Wieczorem odwiedzamy prywatny Teatr Bez Sceny w Katowicach. W repertuarze „Szczęście” Erica Assousa. Po spektaklu rozmowę z aktorami Andrzejem Dopierałą (szef sceny) i Anną Kadulską prowadzi Jarosław Wanecki.
W niedzielę gościmy w Śląskiej Izbie Lekarskiej w Katowicach. Oglądamy ekspozycję Muzeum Medycyny i Farmacji, po którym oprowadza Stanisław Mysiak.
Na placu Wojciecha Kilara jesteśmy przed południem. Żadna kulturalna wycieczka, również nasza, nie omija nowoczesnej siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, która w momencie otwarcia była największym kompleksem koncertowo-nagraniowym Polski. Urzeka architekturą (Tomasz Konior) i wspaniałą akustyką (Yasuhisa Toyota).
O 12.00 w sali koncertowej na 1800 miejsc wszystkie fotele zajęte. Jest stała widownia, są turyści. Z balkonu scena z orkiestrą w kameralnym składzie wygląda jak plaster miodu. Oklaskujemy norweską trębaczkę Tine Thing Helseth w długiej połyskliwej sukni do gołych stóp (stylowo). W programie: Koncert Es-dur na trąbkę Johanna Nepomuka Hummela oraz I Symfonia C-dur op. 21 Beethovena pod batutą Najdena Todorowa. Na bis solistka zagrała melodię ludową ze swojego kraju.
Po koncercie szybko przemieszczamy się do Częstochowy. Z pielgrzymami, którzy przybyli tu w Niedzielę Miłosierdzia, wędrujemy aleją wiodącą do klasztoru. W 1991 roku, w sierpniu, podczas Światowych Dni Młodzieży na tej samej ulicy obserwowałam tłumy młodych ludzi z całego świata. Ci z byłych republik radzieckich po raz pierwszy świętowali i spotkanie z papieżem, i swoją młodą niepodległość, która pozwoliła im wziąć udział w tym wydarzeniu. Wówczas przy nadkomplecie widzów w Teatrze im. Adama Mickiewicza Marek Mokrowiecki dwukrotnie pokazał swoją inscenizację młodzieńczego dramatu Karola Wojtyły „Jeremiasz”. Owacje na stojąco trwały kilka minut.
Częstochowska scena po latach wydaje się bardziej kameralna. Ograniczona scenografią do „Mewy” Czechowa, której premiera odbyła się w marcu. Publiczności też znacznie mniej. Reżyser Cezary Iber umieścił realizację w uniwersalnej przestrzeni, uwypuklając toksyczną relację matki (Teresa Dzielska) i syna (Karol Czajkowski). W monolog Niny (Aleksandra Skraba) włożył wątki ekologiczne, m.in. wypowiedź szwedzkiej aktywistki klimatycznej Grety Thunberg.
W przerwie robimy zdjęcia przed popiersiem Marka Perepeczki. W Częstochowie ma też swoją ulicę i mural. Ale ostatnią rolę – Horodniczego – zagrał w Płocku. Gdy go zabrakło, na scenie przez kilka dni stał pusty fotel...
Zanim w Płocku po północy opuścimy autobus, już wpisujemy w kalendarz termin następnej wyprawy. Śladem Melpomeny wyruszymy do Poznania, Gorzowa i Kalisza.
Fot. Teresa Gos
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze