Felieton Wiesław Kopeć. Tygodnik Płocki
Zakończyły się matury, czas na podsumowania. Mówią wszyscy, że „podstawa”, czyli polski, matematyka, angielski, jak zwykle była łatwa, za to rozszerzenia trudniejsze niż w latach wcześniejszych, szczególnie rozszerzenie z biologii, które zaskoczyło wszystkich stopniem skomplikowania zadań, których nie dało się zrozumieć ani zdążyć rozwiązać. To ponoć sposób władz na wstępną selekcję w roczniku większym od poprzednich o jakieś 70-100 tysięcy maturzystów. Będą miały problem uczelnie wyższe z tą nadwyżką. Ale spokojnie, może uda się osiągnąć odpowiednie wyniki już na egzaminie maturalnym i problem sam się rozwiąże. Tak, wynikami matur można sterować, nie zależą one wyłącznie od umiejętności zdających. W równym stopniu zależą od „umiejętności” sprawdzających. Ci ostatni będą się dwoić i troić, aby na podstawie znaleźć dodatkowe punkty (zawsze są jakieś dodatkowe punkty – dawniej były „za pochodzenie”) i matura będzie zdana, władze będą zadowolone. Na rozszerzeniu może być odwrotnie, egzaminatorzy będą się czepiać przeróżnych szczegółów, szukać „kluczowych słów”, bez których odpowiedź nie będzie prawidłowa. Żeby w Polsce zdać maturę, trzeba zdobyć po minimum 30% punktów wyłącznie z przedmiotów z podstawy i „przystąpić do co najmniej jednego egzaminu z przedmiotu dodatkowego na poziomie rozszerzonym”, z którego nie trzeba zdobyć określonego minimum, można z niego uzyskać nawet 0% i matura będzie zdana. To taka specjalność „wspaniałego i dumnego narodu” znad Wisły, który edukację traktuje absolutnie priorytetowo.
Pewnym kuriozum, które ułatwia sterowanie wynikami egzaminu są już same kryteria oceniania, szczególnie z języka polskiego. Na podstawie są tak pomyślane, aby zdała jak największa ilość osób. Decydujące są tu punkty za tzw. kompetencje literackie i kulturowe (jak to patetycznie brzmi), czyli mówiąc normalnie – za treść. To tymi punktami można przede wszystkim manipulować (błędy językowe, ortograficzne i interpunkcyjne da się wyliczyć dosyć precyzyjnie). Punkty za te kluczowe „kompetencje literackie i kulturowe” są przyznawane dwustopniowo i można ich zdobyć aż 16 na 35 możliwych za wypracowanie. Na pierwszym poziomie przyznaje się je za „funkcjonalne” wprowadzenie do pracy informacji z przywoływanego utworu literackiego, a dopiero na drugim poziomie za „jakość argumentacji”. Niby logiczne, ale tu jest pies pogrzebany, bo za „funkcjonalność” można zdobyć aż 13 punktów, a za „jakość” tylko dodatkowe 3. To przeciwko tym „priorytetowym” rozwiązaniom buntuje się najwięcej egzaminatorów. Część nawet trzaska drzwiami i na zawsze nie chce mieć nic wspólnego z tą, jak to nazywają, prostytucją intelektualną.
Otóż osławiona „funkcjonalność” oznacza tu przywołanie informacji z utworu w sposób powiązany z problemem z tematu, co dla wielu młodych ludzi wyedukowanych w państwie polskim traktującym edukację priorytetowo stanowi problem przed egzaminem, na egzaminie i po nim. Teraz zgadnijcie, Państwo, ile takich informacji potrzeba, aby można było utwór uznać za wykorzystany funkcjonalnie? Niektórzy z państwa pomyślą od razu ambitnie, że może 10, inni, mniej ambitni, że co najmniej 5, a ja Państwu powiem, że według Centralnej Komisji Egzaminacyjnej potrzebna jest jedna taka informacja i w poszukiwanie takiej zaangażowane są wszystkie zespoły sprawdzające. I w końcu ją znajdują i tylko dlatego tak wysoka jest co roku zdawalność języka polskiego na poziomie podstawowym na egzaminie maturalnym (od 93 do 97%). Mogłoby to świadczyć, że kompetencje w dziedzinie pisania i argumentowania polskiej młodzieży są bardzo wysokie, ale tak nie jest. Co gorsza, nie można ich podnieść, ponieważ dawniej państwo Kaczyńskiego, a obecnie państwo Tuska priorytetowo robi wszystko, aby to uniemożliwić. Do klas ładuje się po 36 osób, aby nauczyciel nie był w stanie sprawdzić każdemu w ciągu roku po kilka prac. Nauczycielom przyznaje się głodowe pensje, aby musieli dorabiać po godzinach i nie mieć czasu na to, aby te prace sprawdzić, dlatego na końcu ustanawia się takie kryteria oceny, żeby to tak dobrze wyglądało. Ale to nie wygląda dobrze, na szczęście społeczeństwo zaangażowane w chocholi taniec z gwiazdami nie dostrzega tego, dlatego wybiera sobie na okrągło takich Kaczyńskich albo Tusków, a wybrańcy mogą sobie potem robić z nim, co tylko im się żywnie podoba i wmawiać mu, że to wszystko dla jego dobra. To jest możliwe tylko w narodzie tak dumnym jak nasz
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze