Tęgie i doktoryzowane głowy zadają sobie pytanie, dlaczego tegoroczne matury wypadły tak słabo, i udają, że znalezienie na nie odpowiedzi jest bardzo trudne. A odpowiedź znaleźć warto, ponieważ egzamin maturalny jest ważny. Finalizuje długi, bo aż dwunastoletni cykl kształcenia, stanowi zatem najlepszy wykładnik rzeczywistej kondycji oświaty, odzwierciedla stan umysłów młodego pokolenia, które zdecyduje o przyszłości kraju. Pokoleniu starszemu powinno zależeć na tym, aby ten stan był jak najlepszy. Od niego zależy poziom kształcenia na kolejnym etapie edukacyjnym, czyli na uczelniach wyższych. Tymczasem pracownicy akademiccy załamują ręce nad kondycją umysłową studentów i domagają się zmniejszenia pensum pracy dydaktycznej. Że mają wiele racji, świadczą wyniki egzaminu dojrzałości, które paradoksalnie mają niewiele wspólnego z dojrzałością.
Z pozoru może się wydawać, że jest nieźle, w wielu szkołach zdało egzamin 100% maturzystów. Natomiast w skali kraju nie zdało egzaminu około 15%, ale z tej puli egzamin ma szansę w sierpniu poprawić jeszcze 10% zdających. W najgorszym więc razie polegnie na egzaminie tylko kilka procent. Można by ogłosić sukces, ale powstrzymują przed tym średnie uzyskane przez maturzystów z poszczególnych przedmiotów, szczególnie tych zdawanych na poziomie rozszerzonym. Matematyka - 33%, wos - 35%, informatyka - 36%, chemia - 38%, biologia - 40%, fizyka i geografia - 41%, j. polski i historia - 42%, j. angielski - 62%. Jeszcze ciekawiej wygląda bilans obejmujący maturzystów, którzy zdali egzamin, choć nie powinni go zdać, gdyż na poziomie rozszerzonym uzyskali wynik poniżej progu zaliczenia, który ustanowiono na śmiesznej wysokości 30%. Pod kreską znalazła się prawie połowa maturzystów (i to jest rzeczywisty wynik egzaminu), z tego lawina zdających uzyskała wynik zerowy (co dziesiąty z matematyki, co piąty z j. polskiego). To niewiarygodne, ale prawie co drugi maturzysta z poziomu rozszerzonego, czyli tego najważniejszego, decydującego o przyjęciu na studia, zdał egzamin, choć w normalnym kraju nie powinien go zdać, ponieważ uzyskał wynik niedostateczny. Tylko w krajach nienormalnych, jak nasz, ten fakt nie stanowi bariery do studiowania na uczelni wyższej.
Jakie stąd płyną wnioski? Czy ktokolwiek w ogóle wyciąga stąd jakiekolwiek wnioski? Czy kogokolwiek jeszcze w ogóle obchodzi stan naszej edukacji? Czy ktokolwiek chciałby w niej coś na poważnie zmienić, a nie tylko pozorować zmiany, które mają utrwalić ten niekorzystny stan rzeczy i doraźnie zadowolić rzesze dzieci i młodzieży brakiem prac domowych? Są to ważne pytania, na które nikt nie szukał odpowiedzi przez ostatnie 30 lat. Tym bardziej nie będzie ich szukał teraz, kiedy prowokuje się wojnę i planuje wydawać na zbrojenia prawie 1/4 budżetu i budować tarcze obronne przed sąsiadami za 10 miliardów, zamiast dogadać się z nimi. Z jakichś powodów nie było dobrej passy dla oświaty ani w jednym momencie 35 lat transformacji ustrojowej. Teraz edukacja, ta najmniej ważna dziedzina życia społecznego w naszym nienormalnym kraju rządzonym przez nienormalnych ludzi, zbliża się do stanu katastrofy. Nie widać z tego powodu jakiegoś społecznego oddźwięku, choćby w mediach albo w debatach uczonych. Nikogo to nie obchodzi, nikt się tym nie przejmuje. Bo i po co, skoro dotąd było tanio i było dobrze, to może tak być dalej. A że nie jest normalnie? Nic nie szkodzi, mało kto zdaje sobie z tego sprawę.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze