Felieton Jerzy Ogonowski. Tygodnik Płocki
Zwycięstwo w Wimbledonie to jak dla himalaisty wejście na Mount Everest. Nie dlatego, że ta góra jest szczególnie niedostępna (dziś Szerpowie prowadzają na nią „wycieczki” zamożnych turystów), ale dlatego, że wyżej się nie da! Podobnie rzecz się ma z imprezą na wimbledońskich trawnikach, najstarszym i najbardziej prestiżowym turniejem tenisowym na świecie. Choćby gwiazda tenisa seryjnie wygrywała turnieje wielkoszlemowe, brak sukcesu w tym najważniejszym pozostanie czymś w rodzaju plamy na honorze.
Taka „groźba” zawisła nad naszą tenisową supergwiazdą. Każdy kibic wiedział, że Iga Świątek nie umie grać na trawie. A dokładnie: umiała, lecz zapomniała! Umiała, bo wygrała juniorski Wimbledon. Ale w „dorosłym” ledwo raz dotarła do ćwierćfinału. Nic dziwnego, że w tegorocznym turnieju nawet zagorzali wielbiciel jej talentu nie oczekiwali cudu. Tym bardziej, że dopiero mozolnie wychodzi z głębokiego kryzysu. A jednak cud nastąpił, a jego skala przerosła wyobrażenia najbardziej fanatycznych zwolenników jej talentu. „Rower” (niewtajemniczonych odsyłam do Wikipedii) w finale Wimbledonu to rzecz niebywała, która w historii tej imprezy zdarzyła się wcześniej tylko raz. Sto czternaście lat temu! Jak to się stało? I jaką rolę odegrała osoba nowego, zagranicznego trenera?
Odpowiedź na to pytanie może być szczególnie cenna dla naszych reprezentacyjnych piłkarzy, których łączy z naszą gwiazdą tenisa ta oto okoliczność, że oni też nie potrafią grać na trawie! Sprawa jest o tyle trudniejsza niż w przypadku tenisistów, że nie rozgrywa się meczów piłki nożnej na nawierzchni innej niż trawiasta. Nie można się odegrać na mączce czy na syntetyku… I nowy trener, na którego cały futbolowy światek od wielu tygodni w ogromnym napięciu oczekuje, niewiele wniesie do sprawy, bo kryzys jest głęboki, o czym mogliśmy się przekonać, oglądając „popisy” reprezentacji młodzieżowej (do dwudziestu jeden lat) czy kobiecej w finałach mistrzostw Europy.
Panie tak są zapatrzone w „popisy” panów, że najskuteczniejszą grę zaprezentowały w meczu „o honor”, co w męskim wydaniu było dobrze utrwaloną tradycją. Było, bo „młodzieżówka” z tą tradycją brutalnie zerwała i wraca do kraju ze słowackich finałów bez honoru, po porażce w ostatnim starciu z młodymi kolegami znad Sekwany jeden do czterech! Znikąd pociechy…
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze