Kiedy zasiadam przed klawiaturą, mam za sobą emocje pierwszego występu reprezentacji naszego pięknego kraju na Euro 2024. Przed nami… Mecz o wszystko z Austrią. Zgodnie z tradycją, której początek sięga pierwszego wielkiego turnieju w dwudziestym pierwszym wieku, czyli mistrzostw świata w Korei i Japonii. Mecz otwarcia, mecz „o wszystko”, mecz o honor! I trzeba przyznać, że nasze Orły mecze o honor wygrywali! Złamanie tradycji nastąpiło podczas ostatniego Mundialu. W Katarze po remisie w meczu otwarcia i zwycięstwie w meczu o wszystko, na koniec zamiast o zwyczajowo honor, w ostatnim spotkaniu walczyli o awans. I widocznie honor ma dla Polaków wartość szczególnie wysoką, bo nasze „orły” tę potyczkę sromotnie przegrały. Ale awans „wywalczyły”! A za „styl” wylała się na nich fala krytyki. Cóż, łaska kibica na pstrym koniu jeździ, jak mówi ludowa mądrość!
W europejskich czempionatach sprawy się komplikują. Raz udało się udział w finałach rozpocząć od zwycięstwa i skończyło się na ćwierćfinale. W pozostałych trzech występach po mniej efektownych otwarciach kończyliśmy na fazie grupowej. A tym razem kroczymy ścieżką numer dwa niestety…
To jak będzie? Tradycja, przebieg eliminacji i skład grupy finałowej jednoznacznie zapowiadają pożegnanie z turniejem po trzecim spotkaniu. Cień szansy daje fakt, że do fazy pucharowej awansują cztery zespoły z trzecich miejsc w grupach z najlepszym bilansem. Idąc tym tropem trzeba stwierdzić, że w najtrudniejszej sytuacji będą „trzeciaki” z naszej grupy, oraz grupy B. Jeśli nie zdarzy się cud („urwanie” punktów potentatom z Holandii, Francji, Hiszpanii, Włoch), będą miały po trzy punkty. W pozostałych grupach mamy po jednej mocnej ekipie, więc jeśli dwie z nich pokonają tę czwartą i zremisują ze sobą, to pozamiatane…
Tyle w sprawach historyczno – regulaminowych, bo piłka nożna, zwłaszcza dla prawdziwych kibiców, to nie historia i regulaminy, ale to co oglądają na boisku. Trzeba przyznać, że nasi zafundowali im całkiem przyjemne popołudnie, mimo finału jak zazwyczaj. Przegrali pechowo, bo pierwsza bramka dla „pomarańczowych”, ubranych dla zmylenia przeciwnika na granatowo, to fuks po rykoszecie i wcześniejszym prezencie od naszego „wahadłowego”. Ale grali w piłkę, nie tylko przeszkadzali holenderskim gwiazdorom. Tyle akcji ofensywnych, sytuacji i strzałów na bramkę w meczu z tak poważnym przeciwnikiem w wykonaniu naszych Orłów… No, no!
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze