Obserwując solową karierę Anity Lipnickiej coraz bardziej się bałem, że wokalistka – nagrywając kolejne mdłe i nijakie albumy, na których rozmieniała swój talent na drobne – niebawem stanie się taką milutką i ładniutką estradową maskotką, kolejnym wcieleniem śpiewającej Barbi, bez śladu charakteru i gustu w doborze repertuaru. Na szczęście nowa płyta Lipnickiej i Johna Portera ucisza wszystkie te obawy.
Choć mam wrażenie, że naprawdę niewiele brakowało, aby piosenkarka – której wyraźnie zawrócił w głowie sukces osiągnięty z Varius Manx, sesja dla “Playboya” oraz wietrzący łatwy zysk menadżerowie – przepuściła cały kapitał talentu na dziewczyńskie mrzonki o zostaniu księżniczką estrad. Można się było obawiać, czy nie zostanie kimś w rodzaju Edyty Górniak, Kasi Kowalskiej albo Justyny Steczkowskiej, czyli jeszcze jedną wielką nadzieją polskiej piosenki, która zaczyna śpiewać kompromitujący repertuar, wdzięcząc się do kamer w stroju taniej striptizerki na coraz bardziej żenujących estradowych jubileuszach i galach.
Podobnie wyboistą drogą na spotkanie z Anitą Lipnicką – które okazało się spotkaniem dwojga talentów i serc – szedł mieszkający od dwudziestu paru lat w Polsce Brytyjczyk John Porter. I w jego przypadku zaczęło się od sukcesu, czyli utworzenia grupy Porter Band i nagrania z nią w 1979r. znakomitego, dziś już legendarnego albumu “Helicopters”. Później bywało różnie (rozpad Porter Band, kilka albumów solowych z muzyką o ambicjach co najwyżej klubowych, gościnny udział na płytach i koncertach gwiazd polskiego rocka, m.in. Voo Voo, Grzegorza Ciechowskiego i Kayah, oraz współpraca z Maciejem Zembatym przy nagraniu polskich wersji ballad Leonarda Cohena), ale brytyjski gitarzysta zachował renomę i wielki szacunek środowiska – za artystyczną bezkompromisowość, no i za wierność niepozornemu krajowi nad Wisłą, mimo zmiennych kolei losu i kariery.
Anita Lipnicka i John Porter dotarli zatem do miejsca i chwili spotkania z dwóch różnych kierunków, dwóch różnych stron muzycznego świata, niemal z dwóch różnych epok. Ale efekt tego spotkania – album “Nieprzyzwoite piosenki” – tylko na tym zyskał. Wszystko, co najlepsze zarówno u Lipnickiej (mocny, wysoki wokal o dużej sile wyrazu, ale i wyjątkowej precyzji w detalach), jak i u Portera (bezpretensjonalny sposób obchodzenia się z gitarą i własnym głosem, dający wrażenie surowej naturalności), udało się na płycie zestroić nadzwyczaj zgrabnie, a oszczędność akustycznych, folkrockowych aranżacji pozostawiła obojgu duże pole do popisu. Zwiastujący płytę w radiu utwór “Bones Of Love” - oparty na brzmieniu akustycznej gitary, lekki, przebojowy (z wpadającym w ucho szlagwortem: She´s sipping cappuccino), lecz daleki od popowej tandety – nie jest bynajmniej typową singlową podpuchą, a tylko przystawką pod nie mniej apetyczne danie główne.
Na albumie dominują nastrojowe ballady o jawnie folkowych korzeniach i prostych, lecz intrygujących aranżacjach, zaśpiewane na dwa świetnie zharmonizowane, choć przecież tak różne głosy (“Beggar´s Song”, “Rose”, “Learning How To Fall”, “Way Back To Love”). Przeplatają się one z melodyjnymi piosenkami utrzymanymi w pogodnej atmosferze lat 60-tych, (“Everything Flows”, gdzie pojawia się dylanowska partia harmonijki ustnej, a Lipnicka brzmi niczym jakaś Judy Collins, a przede wszystkim wieńczący płytę, porywający “Sweet Jesus”, przywołujący klimat “Desire” Boba Dylana). Wyraźnie lżejsze są kompozycje Lipnickiej, lecz ani śladu w nich miałkiego, przesłodzonego banału, który dominował na solowych płytach wokalistki, sporo za to miłych dla ucha zabiegów aranżacyjnych (gitara, fortepian i wiolonczela w “Heaven Knows Why”), sugestywnej atmosfery i znakomitych partii wokalnych (przejmujące “Cry”). Z utworów Portera spogląda więcej mroku i niepokoju, czasem to kwesta frapującego elektronicznego tła (“Begger´s Song”), czasem zaś niespiesznie, z pajęczym wdziękiem snutej melodii (“Way Back To Love”). Kilka z nich jako żywo przypomina kompozycje amerykańskiej grupy The Walkabouts, a jeszcze bardziej – ze względu na folkową surowość i zestawienie gładkiego, damskiego i szorstkiego, męskiego wokalu – wspólne piosenki dwojga wokalistów tej grupy, wydawane pod szyldem Chris And Carla. Duch tych dwojga unosi się nad nagraniami Lipnickiej i Portera, i wydaje się, że prowadzi je szczęśliwą drogą.
Sen z moich powiek spędza od paru tygodni ballada “Cruel Magic”, mistrzowsko stylizowana na dawną balladę, jakby pieśń trubadurów, w której głosy wokalistów przylegają do siebie niczym twarda kolczuga do miękkiego ciała, niczym żebraczy kostur do dłoni. Zaś krótka solówka na mandolinie w finale przenosi utwór - a wraz z nim całą płytę Johna Portera i Anity Lipnickiej – daleko poza czas, poza doraźny zamęt półek z nowościami w muzycznych sklepach i recenzji w czasopismach. Tak jak spotkanie tych dwojga artystów nie skończyło się w studiu, na sesji nagraniowej. Jakby życie było czasami tylko echem muzyki.
Maciej Woźniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze